Klub miłośników turystyki kamperowej - CamperTeam

Norwegia - Jacek w Norwegii

Jacek M - 2007-07-26, 22:03

Gość napisał/a:
A gdzie Ty się podziewałeś tyle czasu?

Cześć Kazek, Cześć Jerzy i wszyscy!
Objechałem właśnie Norwegię, ze wskazaniem na północ, z dojazdem przez Finlandię i Pribałtykę. Bajka! Od 23.30 w niedzielę nie kręcą mi się kółka i z trudem się przyzwyczajam do osiadłego trybu zycia.
I mój emeryt też wytrzymał, na swoje 18-te urodziny. Padła mu tylko wakumpompa gdzieś w dalekiej Finlandii, ale to zdarzyć się mogło wszędzie. W końcu wiek ma swoje prawa. Oblecieliśmy łącznie ponad 7500 km. Droga daleka i czasami trudna, ale jestem przekonany, że każdy sprawny emeryt z KDK jej podoła.
Mimo to zapadła decyzja o sprzedaży staruszka - tylko w dobre ręce - na pewno można mieć z niego pociechę jeszcze przez wiele lat.
Jesienią będziemy szukali +- 10 latka z większym motorem, w cenie gdzieś do 15 tys. EUR
I dlatego właśnie ciągniemy na targi, żeby się przyjrzeć możliwym ukladom wnetrz i zastanowić się jaki ma być drugi i 3-ci kamper w naszej rodzinie.
Pozdrawiam
Jacek M.

JaWa - 2007-07-27, 17:30

Jacek M napisał/a:
ze wskazaniem na północ

To prosimy trochę fotek z północy Norwegii :bigok

Paweł P. - 2007-07-29, 20:37

JaWa napisał/a:
Jacek M napisał/a:
ze wskazaniem na północ

To prosimy trochę fotek z północy Norwegii :bigok
Ja też bym poprosił :szeroki_usmiech
martes - 2007-07-29, 22:41

Jacku dawaj foty nie daj się prosić :-)
eeik - 2007-07-30, 08:55

Jacek ja też czekam :) )

Nie napisałeś czy zdobyłeś przewodnik.
:bajer :bajer :bajer

JaWa - 2007-07-30, 17:23

Tylko nie mów, że karty pamięci z aparatu położyłeś na magnesach neodymowych. :gwm :gwm
Jacek M - 2007-07-31, 08:06

JaWa napisał/a:
Tylko nie mów, że karty pamięci z aparatu położyłeś na magnesach neodymowych. :gwm :gwm

Nie położyłem, bo nie wiem co to są te neo...dymowe(?) poza tym brzmi jakoś tak... :oops:

Jacek M - 2007-08-01, 16:14

To może zacznijmy:
Droga nie zawsze była oczywista ale przez to może bardziej intrygująca...

eeik - 2007-08-01, 16:26

Jacku jeszcze :hello :hello
sasquatch - 2007-08-01, 21:33

Swietne zdjęcie - tym bardziej że zostało zrobione przez pasażera a nie przez szofera.... coś kręcisz JackuM :haha: (widać slad od wycieraczki pasażera)
Paweł P. - 2007-08-01, 21:37

sasquatch napisał/a:
zostało zrobione przez pasażera
pewnie na miejscu pasażera siedział szofer :haha:
Jacek M - 2007-08-02, 10:15

Komisja Rywina :-P
Niestety mam duże problemy z wklejeniem zdjątek - próbuję od wczoraj.
Spróbuję pozmniejszać...
Jacek M

Paweł P. - 2007-08-02, 10:59

Jacek M napisał/a:
Spróbuję pozmniejszać...
Wyślij na maila pawełpawlak@onet.eu chętnie pomogę wkleić każda ilość. Już sie nie mogę doczekać pooglądania twojego Detleffsa. Jestem bardzo ciekawy jak wygląda ten tajemniczy kamperek :bigok
Jacek M - 2007-08-02, 11:04

Próbujemy ze zmniejszonym... :shock:
janusz - 2007-08-02, 14:13

W takim tempie 1 zdjęcie dziennie :haha: to Będziesz ciągnoł ten serial dłużej niż "Moda na sukces" :haha: Oni mają ponad 4 tyśięczny odcinek :haha:
Jacek M - 2007-08-02, 15:45

Nie czepiaj się! Sie wprawiam. To moje pierwsze zdjęcia na forum.
Mody na Sukces nie dogonię... mam tylko 3,5 tysiąca zdjęć, ;-)
I w ogóle nie podpuszczaj, bo jak wrzucę wszystkie :haha:
A poważnie obiecuję, że najpóźniej w week-end przysiądę i wkleję z trzy :bajer
Ostatnio moi mocodawcy się wściekli i ganiają mnie po Polszcze z jednej narady na kolejną...
Rrrr...
Pozdrawiam, muszę jechać
Jacek M

Jacek M - 2007-08-05, 00:46

Skandynawia 2007

Dla mnie to trochę takie marzenie życia. Mam rozpisaną trasę na okładce atlasu drogowego z 1976 roku…

Plan-konspekt akcji:
Po pewnych modyfikacjach wersji sprzed 30 lat ostateczny plan był taki: Wyjeżdżamy świtem w sobotę 30 czerwca. W rejonie Białegostoku spotykamy się z kaimarem & Co. i wmichem & Co., którzy startują od siebie już w piątek po pracy i śpią gdzieś na trasie. Następnie, już wspólnie przemykamy się chyłkiem około Rospudy, żeby nas nikt nie oprotestował i jedziemy ekipą 3-kamperową, drogą Via Baltica przez Litwę, Łotwę i Estonię do Tallina. Tam okrętujemy się na prom Tallin - Helsinki (wykupiony wcześniej dla wszystkich przez Agnieszkę). Za mocno po drodze nie grymasimy, bo prom startuje w poniedziałek o 12.30. Zwalniamy tylko w stolicach. Nie wiadomo jak z Wilnem. Ja bym chciał choć zahaczyć, bo jeszcze nie byłem. Kombinuję nawet, żeby wyjechać wcześniej, czyli w piątek, raniutko w sobotę na Ostrą Bramę, godzinki i na spotkanie ze Ślązakami np. do Kowna. I dalej już razem do Tallina. Zobaczymy… Potem wśród fińskich jezior i komarów do Rovaniemi ucałować Św. Mikołaja (wariant szczegółowy przejazdu przez Finlandy do decyzji na trasie). Stamtąd do Norwegii (przez Karasjok) i na Nordkapp. I to wszystko raczej sprawnie, rezerwę czasową zostawiając na Norwegię. Cele główne wyprawy To Nordkapp, Lofoty i Drabina Trolli. Przy czym dla mnie ze wskazaniem na Nordkapp a dla Ani - Lofoty i Drabina Trolli.
Oboje jesteśmy zgodni – najbardziej zależy nam na północy. Południową część Norwegii możemy odpuścić na następny raz, gdyby okazało się, że północna nazbyt nas wchłonie. No i musimy zdążyć na 23-go do roboty. Nie ma więcej urlopu. Poza tym 21-go mamy zarezerwowany prom Trelleborg – Sassnitz. Wiemy, że Lofoty mogą nas ździebko wessać. Ze zdjęć z Internetu wynika, że są niemożliwie piękne. Na wszelki wypadek nie planuję zbyt długich przelotów w obrębie Lofotów.

Wyjazd…
Niestety nie udało się nam objechać Pribałtyki tak jak planowaliśmy ):
W fazie przygotowań i w początkowej fazie wyjazdu wkradła się albowiem pewna nerwowość i wyjechaliśmy z niewielkim, ale istotnym opóźnieniem. Jam to, nie chwaląc się, sprawił. Wyjątkowo na czas udało mi się przedłużyć OC, zdecydowałem się także na AC na 3 miesiące. Ponieważ troszkę bałem się o kondycję staruszka, wykupiłem za 170 pln Assistance w PZMot. W ramach assistance w razie potrzeby zholują mnie do pierwszego warsztatu w obrębie całej Europy, więc płacz na poboczu i ew. szukanie pomocy w kraju, gdzie 2 Lapończyków wypada na 1 km2 mamy z głowy. Udało się nawet wymienić wydech i cieknący kran w łazience. W specjalistycznym warsztacie od pomp wtryskowych przejrzano instalację paliwową. Pan wyregulował zapłon. W innym warsztacie wymieniono rozrząd i przesmarowano zbyt głośną wakumpompę. Własnymi rączętami skleiłem potrzaskaną szybę boczną. Teraz to już naprawdę pszczółka. No i można jechać, wszystko zrobione, 2 tygodnie do wyjazdu…
Otóż w tygodniu n-1 zauważyłem, że sprzęgło szarpie bardziej niż zwykle… Po krótkim wahaniu zdecydowałem się na naprawę. W końcu to górski kraj, sprzęgło i hamulce to podstawa. Mój stały warsztat nie mógł mnie wcisnąć przed week-endem. Przez protekcję kolegi z pracy trafiam do pana Arka Kuca z Sokołowa (polecam!). Termin ustalono na wtorek tygodnia n. Spoko – nawet jak naprawa zajmie 2 dni, to mamy jeszcze czwartek w rezerwie. Wyjazd w sobotę, pakowanie w piątek. Spoko. przy okazji naprawy sprzęgła poprosiłem o skrupulatne przejrzenie mechanizmów jezdnych i hamulców. „Proszę pana, tłumik panu poprawiłem, bo nie wiem, na czym się trzymał, hamulce i inne historie ok. sprzęgło zrobione - Niemiec złożył docisk i tarczę nie od kompletu i chodziło po blasze, ale poprawiliśmy, przy okazji dałem nowe łożysko wyciskowe. Do wymiany jest półoś decyduje się pan?” Pewnie! „Będzie na czwartek.” Wolę wymienić w Sokołowie niż na Biegunie Północnym. Na pewno taniej i szybciej. Dzwonię we czwartek. Jak to dobrze, że ten czwartek był w zapasie. Jak tam? „Przywieźli nie tę półoś, którą zamówiliśmy, wymienią na jutro, robimy?” Robimy. W piątek wszystko jest gotowe na 17-tą, ale nie zdążę już na przedłużenie rejestracji (wygasa ostatniego dnia wycieczki – masz babo placek – nie zauważyłem wcześniej). Nieoceniony Pan Arek załatwia w Sokołowie, tam zdążę. Rozliczyłem się o 17.30 i biegiem do diagnosty. Brama wysoka na 3.00, a samochód z „trumną” 3,20. „Mimo najszczerszych chęci…” Zakląłem szpetnie po francusku i pomknąłem do domku – „charaszo idiot” pomyślałem z uznaniem, cytując mało znanego, ale ulubionego przez nas bohatera filmowego.
Następnego dnia stałem pod drzwiami stacji diagnostycznej po sąsiedzku, jako pierwszy klient o 8.00. Mniej więcej o tej porze powinniśmy wyjeżdżać na umówione spotkanie z ekipą śląską. Motyla noga!
Zadzwoniłem do nich i przeprosiłem: jedźcie zgodnie z planem – my będziemy was gonić. W ostateczności do zobaczenie na promie. Będziemy się odzywać. Pa.
Diagnosta nie robi problemów. Nie bez satysfakcji ponownie słucham jego zachwytów nad doskonałym stanem auta. Pierwsze były, kiedy rejestrowałem sprowadzone auto. Troszkę nierówno bierze ręczny, ale prawie w normie. Może pan jechać nawet dookoła świata!
Świetnie! „Mmm… ma pan zbitą przednią szybę!” Jak to? Faktycznie, jest mały pajączek. Wczoraj strzelił kamyk z samochodu jadącego przede mną! Masz babo placek… Wyobraziłem sobie malowniczą rysę rosnącą przed oczami przez najbliższe trzy tygodnie… „To jeszcze nic – pocieszył diagnosta – mogą pana cofnąć na którejś granicy. Rzadko, ale się zdarza.”
Dobra, naprawiamy, nie dam się. Do niezawodnej firmy „Laser”: „bez kolejki natychmiast, wyjeżdżam.” Przypadkiem spotkany kolega gardłuje za mną. „Wjeżdżaj pan – decyduje sympatyczny właściciel – cala kolejka mi się rozpitoli….” O 11-ej szyba jest gotowa – po pajączku nie ma śladu! Dzięki!
A Karawana Północy już mija pewnie granicę…
No to teraz biegiem: kawa + krótka odprawa i – pakowanie. Szczęście, że wszystko naszykowane. „Moje ciuchy też?” „A skąd ja wiem, co ty chcesz wziąć?” Po kilku drobnych kryzysikach – w domu remont i nie do końca wszystko leży dokładnie tam, gdzie zawsze – o 15-ej z minutami jesteśmy już spakowani. Prysznic i świeże ciuchy. Nieoceniona Babcia wyczarowuje nieprzewidziany obiadek i dokładnie o 16.55 startujemy. Zeruję licznik. Wio!
No to ledwo jakieś dziesięć godzin opóźnienia. Nadrobi się…

Dzień pierwszy, sobota, 30 czerwca
Hm, jednak kamperem jedzie się nieco wolniej niż osobowym. O 20-ej dobijamy do Białegostoku. O 22-ej jesteśmy w Suwałkach, kolacja u Wujka i ok. północy mijamy granicę.
Europa. Tylko sprawdzono gęby ze zdjęciami i „miłej podróży”. Już za granicą elektryzuje mnie napis „winiety”. Pytam kierowców przez CB czy mnie tez obowiązuje? Cisza. Idę do budy. Kolejka do okienka. Sami Turcy, Węgrzy itp. Nie pogadasz. Sylabizuję instrukcję wywieszoną w okienku. Jest: samochody osobowe korzystają z dróg pierwszej klasy bezpłatnie. Ekstra. Jedziemy ze 20 km i śpimy na dużym parkingu przy szosie. Uff. Pierwsze koty za płoty. Teraz szybko śpimy i gonimy wycieczkę.

Dzień drugi, niedziela, 1 lipca
Rano pobudka i miłe zaskoczenie. Pagórkowaty krajobraz, inny niż w Polsce, ale jakże ciepły w dotyku! Zaczynamy rozumieć poetów.
Swojski klimacik: dwóch miejscowych w berecikach niesie bełty. Malowniczą dróżką nikną wśród łanów wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem…
Eh, łzy się serdeczne kręcą. Szkoda, że nie zdążymy do Ostrej Bramy…
Śniadanko i kopa. Lecimy. Tuż przed południem wpadamy do Kowna. Wprawdzie stolica przedwojenna, ale w zastępstwie może być. Chcemy trafić do kościoła. Wjeżdżamy w stare centrum, stawiamy samochód na parkingu. Msza tuż obok za 20 minut, ekstra. Hm… ale dlaczego ludzie wychodzą zamiast wchodzić? Podejrzenia rozwiewają dwie dziewczyny: czas! Mają tu przesunięty o godzinę i jest 13-ta, a nie dwunasta. Buuu. No cóż – mała wycieczka po mieście. Kowno robi na nas bardzo przyjazne wrażenie. Nie jest zbyt bogato, sporo pięknych budynków czeka na odnowienie. To co odnowione, nie kapie przepychem ale jest porządne i jakieś takie „smaczne”. Smaczków dodają kowalskie szyldy, którymi zachwyca się Ania. Piękna katedra z pocz. XV w. a więc z początków chrześcijaństwa na Litwie. Ciekawie czyta się o zasługach dla miasta W. Xięcia S. J. Poniatowskisa.
Ileż to historia ma perspektyw. W mieście sporo Polaków-turystów, głównie autokarowych. Obiecujemy sobie tu wrócić i lepiej przygotować się ze wspólnej historii.
Z wyjazdem mamy nieco problemów. Oznakowanie całkiem nieczytelne. Jak w domu! Pytamy jegomościa na stacji benzynowej – tłumaczy jasno ładnym rosyjskim. Ale jest z tego pokolenia, które powinno.
Żeby nabrać sił przed Norwegią i zaoszczędzić trochę czasu na pitraszeniu jedziemy do knajpy. 8 km od Kowna w stronę Wilna piękną dwupasmówką w stylu naszej gierkówki dojeżdżamy do doskonałego zajazdu. Drewniany, zbudowany na kształt dworu, jest zdolny przyjąć na raz chyba ze 300 osób. Autokary z Niemiec i wszelkich innych krajów przerabia jak biedronka mszyce (fuj, ale porównanie). Dzięki zmyślnej aranżacji wnętrze mimo obszerności robi kameralne wrażenie. Na zewnątrz w razie ładnej pogody dodatkowe 200 miejsc pod wiatą - jak oni to ogarniają? Miłe kelnerki w ludowych strojach uwijają się jak w ukropie. Wiem, że na Litwie z młodzieżą tylko po angielsku, rosyjskiego nie znają. Obsłużeni jesteśmy ekspresowo, z miłym uśmiechem. Z niejakim trudem znajdujemy w menu „borsch” i „dumplingsy”. Pychota. Za 4 osoby z lodami i kawą 120 zł.
Dobry wybór, ale nie przypadkowy – byłem tu kiedyś, zaproszony przez Litwinów, polecam każdemu.

Jacek M - 2007-08-05, 01:05

Skręcamy do Poniewieża.
Po litewsku Ponievyżius. Mszy po litewsku nie daruję. W miescie trochę pokropiło i w jednym miejscu musielismy chwilkę poczekać na przejazd...
Szczególnie rozbawiła nas miejscowa telewizja, która miast-to wypchnąć utkniety samochód, dzielnie majstrowała wiejący grozą reportaż :shock:

Jacek M - 2007-08-05, 01:10

Za Poniewieżem pogoda już nieco lepsza, choć czy na pewno?
Jacek M - 2007-08-05, 01:43

Wieczorem w niedzielę docieramy do Rygi. Europejskie miasto z miłą kameralną starówką. Docieramy dość późno, ale pierwsze uroki długiego dnia pozwalają nam bez przeszkód zwiedzić miasto. Jesteśmy do 21-ej z minutami. Z kawiarń dobiega muzyka na żywo. Jakiś aksamitny dżezik, przy katedrze duet na smyczki... Miło. Mimo późnej pory wrażenie bezpieczeństwa i luzu. Chłopaków zachwyca ilość bardzo drogich samochodów. Range Rovery, Porsche, Rajdowe Mitsubishi i Subaru, terenówki zza oceanu. Nas bardziej zastanawia młody wiek kierowców. Od mamusi, czy za kieszonkowe?
Za Rygą o zmroku jemy kolację na parkingu przy plaży. Fantastycznie. Ucinam długą pogawędkę z właścicielem rybnego smażala. O imporcie samochodów, pracy za granicą, sezonowym interesie - męskie sprawy...
Śpimy już w Estonii na parkingu przy szosie. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów rozmawiam przez CB z polskim kierowcą wożącym przesyłki kurierskie do Helsinek. Słucham także radia. W przeciwieństwie do Litwy i Łotwy radio estońskie nadaje także po rosyjsku i można co-nieco zrozumieć. Podobno Estonia była ulubionym miejscem emerytowanej generalicji radzieckiej. Faktycznie poradzieckiej brzydoty niemal się tu nie spotyka.

Jacek M - 2007-08-05, 02:16

Dzień trzeci, poniedziałek, 2 lipca
I już po spotkaniu z "Kaimarami" i "Wmichami". Dopadliśmy ich rano, na kampingu w Tallinie. Niestety sił starczyło nam tylko na wszechstronne zmywanie, kąpanie i inne czynności obsługowe. Z żalem zostawiamy Tallin na nastepny raz... Podobno piękny...
Jeszcze cię dopadniemy Tallinie!

OMEGA - 2007-08-05, 09:11

Jacku - super relacja czekamy na więcej , kiedy to wszystko napisałeś??
Jacek M - 2007-08-06, 00:56

Wieczorami...

Dzień trzeci - cd.

Ok. 18-ej lądujemy w Helsinkach. Wypatrzyliśmy na mapie, że wylądujemy w samym środku starówki, co doskonale ułatwiło zwiedzanie. Zjeżdżając z promu po raz pierwszy zetknęliśmy się z tajemniczym drogowskazem „Keskusta”, zresztą jedyny raz przetłumaczonym na jakiś zrozumiały język. Dzięki żonie Wojtka dowidzieliśmy się, że znaczy to "centrum". Od tej pory było to jedyne słowo w miejscowym narzeczu, które potrafiliśmy bezbłędnie rozpoznać. A – przepraszam – po dwóch dniach doszliśmy do przekonania, że „kahvila” musi niechybnie oznaczać kawiarnię a „ravintola” restaurację. I teraz to już naprawdę wszystko. Ale wróćmy do stolicy. Pierwsze wrażenie: deja vu – „gdie-to ja?” na Newskim Prospekcie? Pierzeja zabudowana klasycystycznymi budynkami żywcem jak z Petersburku (mam plan miasta w biurku) i co tu na pierwszym planie robi cerkiew? Dlaczego na środku placu stoi smukła kolumna z dwugłowym orłem Romanowów? Czyżbyśmy pomylili promy? Szybko otrzeźwienie - no tak – toż Fińczycy, nieboraczki, takoż pod carskim butem cierpieli. To znaczy – nie cierpieli. Podobno nawet lubili cara. Car odkupił ich w 1812 od Szwedów, podobno zrównał im w prawach język fiński z rosyjskim i wcale tak źle nie mieli. No i sam Lenin na parowozie się u nich skrywał. To zobowiązuje. Dobrze, że choć pałacu kultury nie dostali. Trzeba przyznać – ładny ten klasycyzm. Rosyjska forma i skandynawska dofinansowana czystość bardzo służą tej architekturze. I wszystkiemu zresztą. Jakiś taki fajny spokój tu mają i kameralność. Koło kolumny z orłem fontanna z delfinami. Od portu zaczyna się deptak – szeroka skwero – parko - ulica. Po środku pawilon z kawiarnią - oranżerią, obok fajne współczesne rzeźby – nie nadęte pomniki różnych wielkich, tylko kobitki w krynolinach (?). No i najciekawsze: grupki Finów piknikujących w najlepsze na miejskich trawnikach w promieniach popołudniowego słońca. Robi się nam też jakoś tak słonecznie bezpiecznie i beztrosko. Jakoś bardzo nam to „podeszło”, zupełnie jak wolny numer z pieśni p. Wojtka M. – zbliżony klimat. Luzik, uśmiech, pośpiech – a co to? Już wiemy, że lubimy tu być. Zapadła decyzja, że próbujemy zobaczyć kościół wykuty w skale – szacujemy czas i odległość – GO!
W połowie drogi zauważamy nadchodzący deszczyk… a właściwie ulewę. Próbuję delikatnie nakłonić towarzystwo do przeczekania w obszernym podcieniu jakiegoś dość nowoczesnego budynku. I co ciekawsze – z podcieni jest wejście do takiej -sympatycznej na oko „kahvili”, dokąd w przypadku dłuższej niepogody możnaby się mężnie salwować, albo i zgoła zakotwiczyć na dłużej. Wszak kościoły wykute w skale nie uciekają na ogół przed oczekującymi pokornie na zmianę pogody… Zakrzyczeli mnie… „GO!” Oczywiście ulewa wybuchła z tropikalną żarliwością jak tylko oddaliliśmy się od zbawczych podcieni na odległość uniemożliwiającą sprawne salwowanie. Dobra, markiza od wystawy też może być. Na 8 osób jak znalazł. Po pół godzinie… skokami – naprzód! Przemykamy od witryny – do witryny – moknąc tylko gdzieniegdzie. Udało się – jest nam niemal sucho. Możnaby rzec, utrzymując się w klimacie, że jesteśmy „półsuchoje”.
Kościół – jak to kościół w Skandynawii o 19-ej – zamknięty. Wykonujemy dziwne wygibasy, żeby przez szklane drzwi dojrzeć cokolwiek we wnętrzu. Część stropu jest zapewne szklana – wewnątrz jest dość widno, więc po wielu wyczynach gimnastycznych coś tam wydaje się, że widać. Po kościele, z lekka namoczeni, zwalniamy nieco tempo i odpuszczamy czoło peletonu. Podziwiamy dworzec kolejowy – jak stwierdziliśmy - perłę architektury dworcowej. Niepodal uniwersytet i Katedra luterańska, podobno dar od któregoś z carów, o dziwo otwarta i bez biletów. Jak zwykle w świątyniach ewangelików brak malowideł – można za to do woli podziwiać architekturę…
Plac Senacki wokół katedry obudowany pięknymi gubernialnymi domami z końca XIX w. Perełka.
Jeszcze rzut oka na sobór Uspienski. Chwilkę snujemy się po nabrzeżu. Hm… chyba Helsinki też wabią nas na dłużej. Na pewno nawet. W myślach szykuję przyszłą wyprawę „Stolice Pribałtyki”. Tymczasem nieodwołalnie startujemy na nocleg. Wypadło na bardzo przyjazny parking przydrożny, ze 40 km od stolicy: standard - jak w Niemczech, spokój jak w Skandynawii. Miód. Nawierzchnia tylko nieco pochyła, ale nie chce nam sie poziomowac kampióra. Chłopaki nie wytrzymują i zaczynają bębnic piłą do kosza o podłoże – lodu! 1-sza w nocy! „No tak, zagalopowaliśmy się – widno”.
Tak skończył się dzień trzeci..

WHITEandRED - 2009-02-05, 14:37

:spoko
Jacek M - 2009-02-06, 22:45

"Nooo, zraniłeś mnie Shrek!" Jak ktoś opieprza mnie niesłusznie to się na ogół nie przejmuję, ale Ty niestety masz rację, co mnie zawsze wzrusza, a w tym konkretnym przypadku także mobilizuje do działania :)
Wprawdzie pamięć już nie ta, ale... W sumie lepiej późno niż wcale, jak powiedziała pewn babcia, po nieznacznym tylko spóźnieniu się na pociąg.
No to pojedziemy dalej.

Jacek M - 2009-02-07, 00:54

Dzień 4, wtorek, 3 lipca.

A właściwie jeszcze jedna ciekawostka z dnia poprzedniego: na "noclegowej" stacji benzynowej o zaawansowanym zmroku (tj. coś ok. 23.30) pojawia się dziwny - jak na tutejsze standardy - pojazd. Pamiętacie pewnie takie obrazki z czasu raczkującego kapitalizmu w naszej Ojczyźnie: stary osobowy mercedes z przyczepką, p.o. pojazdu zaopatrującego wczesnokapitalistyczną firmę? Taki to był właśnie pojazd. Na oko miał ze 20 lat, za młodu niewątpliwie luksusowy, a idziś krzepki jeszcze, choć z nieco matowym już lakierem, z dość silnym motorem i sporą porządną przyczepką towarową zaopatrzoną w solidną plandekę. Właściciel samochodu - ok 60 letni szpakowaty mężczyzna, podszedł do nas i z determinacją zaczął namawiać nas do zakupu ... wody mineralnej własnej produkcji. Tłumaczył długo o jej nadzwyczajnych właściwościach, zawartości cukru w cukrze, czy czegoś tam - dokładnie nie zrozumiałem.
Sprzedawanie źródlanej wody w Finlandach, gdzie w każdej kałuży jest wyłącznie źródlana woda, a kranówa wszędzie nadaje się do picia, to zaiste donkiszoteria w najlepszym wydaniu. Facet mi zaimponował. Nasi współpodróżnicy grzecznie odmawiają - cena wody, mimo, że hurtowa jest sążniście :shock: słona, szczególnie, że jeszcze świeżo mamy polskie cyferki w oczach. Ja jestem ostatni w kolejce do namawiania. Po dłuższych namowach postanawiam zapłacić po 2 euro za butelkę, żeby nie robić przykrości, ale sprzedawca zniechęcony naszą bierną postawą zostawia nam butelkę okazową w prezencie. Rozpijemy ją na Nordkappie. Przed snem krótka odprawa - potwierdzamy ustalenia: planujemy dojechać na noc do Oulu. To prawie 600 km, czyli jak na kamperki całkiem spora odległość, szczególnie, że chcemy dojechać przed nocą, żeby zwiedzić miasto przed snem. Pierwszy postój w Lahti - zwiedzanie skoczni narciarskiej. Regulujemy zegarki i ustalamy pobudkę na jakąś bandycko wczesną godzinę - chyba 7 rano? (brrrr...)

No i dzień 4

Wstajemy (na żądanie większości!) o jakiejś 7 czy coś. Na moim zegarze cyferblat zaczyna się ok. 9-ej, a w wakacje nawet nieco później więc przeżywam katusze. Ania staje na wysokości zadania - skromne codzienne śniadanko pojawia się niepostrzeżenie na stole. Z dość dużym trudem wywlekamy dzieci z barłogu i spożywamy sobie te skromne dary ze smakiem, choć przeczuwając coś przez skórę popędzam chłopaków, narażając się na ich niechętne pomruki, wszak jak świat światem wiadomo, że pospiech jest wskazany wyłącznie przy łapaniu pcheł - w żadnym wypadku przy śniadanku, wakacyjnym zresztą. Pchany tym samym nieznanym przeczuciem wypełzam przed budkę, ledwo przełknąwszy ostatni kęs śniadanka (chłopaki są w połowie). I - już wiem skąd ten dziwny niepokój - pozostałe 2 ekipy, w zupełnym przeciwieństwie do naszej porannej beztroski - działają wyjątkowo sprawnie - powstanie, toaleta, śniadanie, sprzątanie - razem 16 minut i - "go". U nas ta procedura (z ziewaniem, przeciąganiem się, dłubaniem w uchu etc.) zajmuje na ogół półtorej godzinki... Dobra, gazu chłopaki! Jesteśmy zespołem, nie możemy opóźniać innych. Ratuje mnie Mariusz, który niedoskonale opanował obsługę GPSa. Daje to dodatkowe cenne minuty. Kawa w "termokubek" trudno wypiję po drodze. Chłopaki w biegu kończą śniadanko, naczynia do zlewu - umyjemy później i - w drogę. Ustalamy, że będziemy jechać ze średnią prędkością 80 na godzinę, żeby dostosować się do najsłabszego, czyli do mnie :bajer Pierwszy jedzie Mariusz, z GPSem i tempomatem - nadaje kierunek i równe tempo, drugi - ja, Wojtek na końcu - też ma silny samochód i łatwiej będzie mu w razie czego nas dogonić. Ustalamy łączność na kanale 28 CB, żeby w razie czego usłyszeć jakichś rodaków.
I - w drogę.
Jedziemy. Jest ładnie. Droga wije się malowniczo. Wkrótce - dojeżdżamy do Lahti. Zwiedzamy skocznię. Tęcza jest zjawiskiem nadprogramowym, zupełnie nie szkodzi, że nie całkiem naturalnym :) Startujemy dalej. I dalej też dalej ładnie. droga wije się nawet jakby bardziej malowniczo i zaczynają się pagórki. PaGóRkI. Wreszcie: SPORE PAGÓRKI. Mariusz - chyba 2,8 td, Wojtek - świeże 2,8 (?) td... I my 2,5/70KM na emeryturze... Pod górę jedziemy dziarsko: 80-70-60...i z góry: 60-70-80 i ... odstajemy delikatnie ... No to zmieniam system - ruszaj się chabeto: z góry - gaz do dechy: 60-80-100-105-105,5 - motor mało nie wyskakuje z ramy ale system działa :idea: Na zjeździe doganiamy Mariusza, a na podjeździe Wojtek dogania nas. Po kilku godzinach mam dosyć i zaczyna mi być żal mojego staruszka - niczym nie zasłużył na takie traktowanie. Do tego zaczyna łamać nas sen. Wojtek "deleguje" żonę która dzielnie daje mu zmianę za kierownicą, Mariusz daje radę a ja piję trzecią kawę i podpieram oczy zapałkami. Kiedy wreszcie obiad... Jest. Mamy odpowiednie miejsce - kawałek trawki nad jeziorkiem, pierwsze kamienie wystające z wody - atmosfera niemal podniosła. Klecimy jakieś szybkie jadło, rozmawiamy, jest fajnie. Do Oulu dojeżdżamy wieczorem - Mariusz i Wojtek z ekipami po szybkim jedzeniu udają się do miasta, my odpuszczamy. Dzieciaki wymagają gotowanej porządnej strawy, my też zasłużyliśmy na jakieś domowe klopsy by "Pudliszki". Ja padam na pysk - kilka dni wyścigu z czasem zrobiły swoje - musimy odpocząć. Po kolacji idziemy na spacer nad morze. Ok. północy obserwujemy dziwny pokaz w wykonaniu słońca. Polega to na tym, że jest ono tuż nad widnokręgiem i przesuwa się wzdłuż niego prawie się nie zbliżając do "linii zanurzenia". To całkiem inaczej niż u nas, gdzie słonko im bliżej horyzontu tym bardziej przyspiesza, a ostatni akt "wskakiwania do wody" trwa chyba kilkanaście sekund. A tu nie. Skandynawia. Spoko. Spokojnie wracam na kamping po aparat i Ania macha serię zdjęć. Słońce zachodzi przez pół godziny. Prawie jak na planecie Małego Księcia. Pycha!
Po powrocie spotykamy się z resztą ekipy. Podjęliśmy decyzję - oddzielamy się. Musimy się wyprać, odpocząć, odchamić samochód. A poza tym także chcemy zobaczyć Oulu. Liczymy że zajmie nam to minimum pół dnia. Będziemy jechali dzień za wami - w razie jakichś kłopotów będziemy się zdzwaniać. Koledzy na początku nie chcą nas puścić -jesteśmy przecież zespołem i to coraz dalej od domu, ale przekonuję ich po dłuższej chwili, że tak będzie lepiej. Mariusz w końcu daje się udobruchać - sprawdzamy jeszcze raz numery telefonów - w końcu pozostajemy w niewielkiej odległości od siebie, gdyby coś się działo będziemy dzwonić - i umawiamy się na Lofotach, gdzie wszyscy planujemy kilkudniowy pobyt. Powinniśmy się tam spotkać.

Tak to - skromnie i bogobojnie - minął nam dzień 4.

OMEGA - 2009-02-07, 09:43

Dziękuję Jacku za fajną relację ale to dopiero 4 dzień ,
myślę że cdn nastąpi i do tej relacji dołączysz fajne fotki.

Czekamy.

Jacek M - 2009-02-07, 15:56

Fotki dokleiłem - tu jeszcze dorzucam zachód słońca nad morzem. Kicz jak złoto :) Ale jaki piękny...
WHITEandRED - 2009-02-07, 18:40

:spoko
KOCZORKA - 2009-02-07, 20:23

Jacek M napisał/a:
Wstajemy (na żądanie większości!) o jakiejś 7 czy coś. Na moim zegarze cyferblat zaczyna się ok. 9-ej, a w wakacje nawet nieco później więc przeżywam katusze.


Relacja SUPER!!! i fotki też. :bigok :bigok

U mnie jest dokładnie tak samo. :szeroki_usmiech

7 rano i to w wakacje!! Zgroza!! :wow

Koczorki wszystkie to śpioszki :haha: , u nas też byłyby katusze. :-/
Jacek M napisał/a:
Podjęliśmy decyzję - oddzielamy się. Musimy się wyprać, odpocząć, odchamić samochód. A poza tym także chcemy zobaczyć Oulu. Liczymy że zajmie nam to minimum pół dnia.


Dlatego, ja mam mieszane uczucia jeśli chodzi o wakacje w kilka kamperów.

Każdy z nas ma swój sposób zwiedzania. Ja nie lubię się nigdzie spieszyć, a czytając Twoją

relację, zauważyłam, że wiele miejsc musieliście sobie odpuścić.

Jacek M napisał/a:
zachód słońca nad morzem. Kicz jak złoto :) Ale jaki piękny...

Mnie ten zachód słońca się bardzo podoba, szczególnie to pierwsze zdjęcie. :bigok

Czekam na dalszą relację, ciekawie i z humorem opisujesz, a dzięki temu miło się czyta. :bukiet:

Pozdrówka :spoko

Jacek M - 2009-02-08, 01:20

KOCZORKA napisał/a:
czytając Twoją

relację, zauważyłam, że wiele miejsc musieliście sobie odpuścić.

To prawda - przyczyny były wszelako dwie, a nawet trzy:
1/. Umiłowanie luzu na urlopie ("budzikom śmierć") to tylko część prawdy :)
2/. Jednak opóźnienie wyjazdu miało dużo większy wpływ niż przypuszczaliśmy - to z tego powodu Kowno przelecieliśmy bardzo "po łebkach" a Tallin zostawiliśmy "na potem". Czas na nadrobienie spóźnienia był ściśle określony przez wykupione wcześniej bilety na prom. I tu uwaga: o ile dobrze pamiętam w Polsce u pośrednika wyglądało, że z miejscami na prom jest dość gęsto już na kilka tygodni przed wyjazdem. Szczegóły zna kaimar, a właściwie Agnieszka, bo ona wzięła na siebie zakup dla całej grupki. Na miejscu, na przystani wszakże nie sprawdzałem czy jakieś bilety są na bieżąco dostępne.
3/. Założenie było takie, że celem wyjazdu jest Norwegia, w związku z tym trasy dolotowe przez Pribałtykę i Finlandię zostały zaplanowane po macoszemu - z przebiegami po 500 i więcej km dziennie (dniówki w obszarze "docelowym" planowałem od kilkudziesięciu do maksymalnie 200 km). To samo dotyczyło "wylotu" przez Szwecję i Niemcy. Uznaliśmy - słusznie - że ten wyjazd trzeba poświęcić na atrakcje możliwie najdalej oddalone od domu, czyli Nordkapp i Lofoty. Finlandię myślę jeszcze kiedyś "przerobić" - zachwycił nas wodno-leśny urok tego kraju. Będzie o nim trochę w następnym poście. Pribałtyka jest od nas o "rzut beretem" - do Wilna mamy 444 km - niemal można wyskoczyć po pracy. Co myślę wkrótce nastąpi. Norwegia jest tematem na jeszcze na pewno jedną, a lepiej kilka wypraw...

Pozdrawiam

Jacek M

BoHuN - 2009-02-08, 12:12

Czad-relacja Jacku, zupelnie jakbym czytal Wisniewskiego;-) Pozdro
Jacek M - 2009-02-08, 12:48

BoHuN napisał/a:
zupelnie jakbym czytal Wisniewskiego
Mam :wyszczerzony: nadzieję że Janusza L.?
Jacek M - 2009-02-08, 14:47

Dzień 5, środa 04 lipca - do Mikołaja :)

Każdy chce pojechać do Mikołaja. Kiedy przed wyjazdem rozmawiałem ze znajomymi, że Rovaniemi jest jednym z punktów wyznaczających trasę, niektórzy patrzyli na siebie znacząco ale nikt w oczy nie skrytykował :)

Ale póki co budzimy się w Oulu na kampingu Nallikari. Już bez gwałtu na cyferblacie. Jednak jasność dzienna różni się od nocnej. Jest po pierwsze jaśniejsza, a po drugie jednak słoneczna. Przy śniadanku podejmujemy ostateczne decyzje odnośnie planu dnia dzisiejszego: najprzód jedziemy rowerami do Oulu. Potem obiadek i droga do Rovaniemi. Tam sprawdzimy, czy wystarczy nam zwiedzanie św. Mikołaja późnym wieczorem, czy czekamy do rana, na otwarcie przybytku (niestety nie znamy ani formy tego przedsięwzięcia, ani jego organizacji, słyszeliśmy tylko, że jest istotnie skomercjalizowane – się zobaczy). Z wyjazdem rowerami do Oulu jest pewien drobny problem - rowery są trzy, bo tylko tyle mieści się na bagażniku, a nas 4. Ania przed wyjazdem bez protestu zgodziła się na taką rozbieżność - oględnie mówiąc rower nie był dotąd jej ulubionym środkiem transportu. Ale od czego przebiegłość – przebiegle zauważyłem spory parking na „kampingowe” rowery – cichaczem wynająłem jeden z nich i podprowadziłem „pod dom”. Nie, no na takim to ja mogę jechać – odrzekła najpiękniejsza z żon. Faktycznie rower z wypożyczalni charakteryzował się niezwykle pewną konstrukcją – siedzi się dość nisko, kierownica pozwala siedzieć z zupełnie wyprostowanymi plecami, a kąty ramy i przełożenia są tak dziwnie dobrane, że pojazd sam jedzie. Uroda wprawdzie zbliżona do saaba 900 poprzedniej generacji, ale kto by zwracał uwagę na takie duperele. I to na urlopie?. Dość, że na miejskie wojaże był idealny. Jedziemy. Najprzód szeroka ulica z drogą dla rowerów. I motorowerów. Jadących 80 km/h. Finlandia to dziwna kraj. Skręcamy do parku położonego na wyspie – to skrót do miasta. Na części parku zorganizowano skansen – stare drewniane domki są zamieszkałe. Nieopodal uniwersytet. Szeroką promenadą wjeżdżamy na centralny plac – z jednej strony szpetny, jak w każdym mieście świata, hotel SAS Radisson, na wprost - zabudowania już milsze oku – piękne klasycystyczne drewniane domy – troszkę skandynawskie – troszkę gubernialne. Piękne. Po prawej obszerny plac. Z rynkiem warzywnym oraz z drewnianymi zabytkowymi budynkami, będącymi pozostałością zabudowy portu rybackiego. Obecnie mieszczą się tu kawiarnie, galerie i inne turystyczne udogodnienia. Dalej przystań jachtowa, dawniej port rybacki. Plac tętni życiem, ale nienerwowo, po skandynawsku. W centralnym punkcie wielki parking dla rowerów – widać, że to ulubiony środek transportu miejscowych i turystów. Łazimy i łapiemy rytm. Skądś dochodzą dźwięki akordeonu w jakimś klasycznym choć lekkim utworze. Nutka się zmienia i na tle gubernialnych domów widzimy matrosa z Odessy (?) w pięknym już czysto białoarmiejskim repertuarze. Bubliczki – jak w domu. Jest tu też piękny pomnik jakiegoś lokalnego Szwejka. Nie możemy się nigdzie doczytać o co w nim chodzi, ale na oko wydaje się, że zupełnie o to samo co w Szwejku :wyszczerzony:
Na straganach owoce, warzywa – ceny jeszcze mrożą, przełamiemy się dopiero za parę dni, jak skończymy wszystkie owocowe zapasy. No i lody – w jednym ze starych porybackich domów – lodziarnia. Chyba najlepsza w okolicy, bo kolejka na 2 godziny. Jako „znawca wszystkiego” przekonuję: chcecie dobre lody, to tutaj! Wybieramy inną budkę - bez kolejki. Zgodnie z oczekiwaniami. Zimne. Kręcimy się trochę po przyległych uliczkach – drewniane centrum/keskusta ma ich kilka. To tu ewidentnie rozszerzamy i gruntujemy naszą fińską wiedzę językową: „kahvila” to musi być kawiarnia, a „ravintola” – restauracja. Bezapelacyjnie.

Jacek M - 2009-02-09, 00:54

Dzień 5, środa, 4 lipca cd.

Prawie zgodnie z planem startujemy z Oulu. Droga pachnie północną przygodą. Teren faluje dość malowniczo. Po bokach tylko brzózki – mizerotki. Jakoś tak wyobrażałem sobie zawsze tereny, gdzie rosyjska tajga ustępuje miejsca tundrze. Liche roślinki walczące z klimatem. Surowa północ. Bezludzie? I - zaskoczenie: przy drodze przystaneczek autobusowy, zbudowany na wzór fińskiego domku, z obowiązkowymi pelargoniami w oknie – „w samym środku niczego”. Moja babcia w takich razach mawiała „Popatrz: i tu ludzie żyją…”. Zastanawiamy się – skoro tu takie odludzie, to jak będzie na Nordkappie?

I jeszcze jedna kwestia – coś w motorze. Wczorajsze napięcie osłabło – spokój pozwala się wsłuchać w naturę (tym razem naturę motoru). Po licznych próbach przyspieszania i zwalniania z góry, pod górę na tym i owym biegu - wyraźnie słychać coś nowego w jego melodii. Jakby czasem nic, a czasem coś. Niedobrze. Nic to, jedziemy do Rovaniemi. Póki co nikomu nic nie mówię. Może przejdzie?
Z niejasnymi przeczuciami zjeżdżam do Rovaniemi. Niby poszukać namiarów na Mikołaja, w środku kołaczą mną wszakże nerwy: jechać dalej? Zostać? Rovaniemi otacza nas spokojem. Jakiejś zdecydowanej starówki w stylu jakiego-bądź Ludwika nie znajdujemy. Zachwyca nas natomiast jasna bryła „kirchy” – całkiem jak z podalpejskich miasteczek, jednakże odbija się w jeziorze już na tutejszą modłę. Jeziora w środku miasta, park z fontanną i altana jak z rosyjskiego filmu – tol’ka „zanimat’sa wostoczniej meditac’ej”…
Wyszło nam, że Mikołaj zamieszkuje jednak kilka kilometrów za miastem, w „naszą” stronę. Jedziemy zbadać.
No i wkrótce po wyjeździe z miasta coś, co wprawiło nas w świetne humory, a mnie dało sporo do myślenia o różnych odcieniach kamperyzmu... Owóż jedziemy sobie mostkiem nad rzeką, aż tu naraz - dołem płynie dom. No - domek. Fiński domek w miniaturze, Szczytem do przodu - w okienku jejmość sprawdza kierunek, a domek zapycha, że aż miło! Ledwie udało się Ani uchwycić go rogiem obiektywu. Zdjęcie w każdym razie na dowód istnienia zjawiska jest, a ja myślę, jakby taki wodny domkokamper wykombinować...
No ale póki co - jedziemy. Faktycznie, za kilka kilometrów jest: „Santa Park” ! Zjeżdżamy z szosy skomplikowanymi wywijasami na obszerny parking. Wprawdzie nie ma tu nikogo ale jest już po 20-ej. Pozamykali.
Trudno. „Z wozu” – popatrzymy co widać po nocy. Zaznaczam, że mimo 20:30 słonko jeszcze na niebie – oj, trudno nam będzie się do tego przyzwyczaić… Podchodzimy do wielkiej planszy w poszukiwaniu godzin otwarcia przybytku… „Tatusiu, looknij-no: data otwarcia – 22.11.2007”. Hm. 22 listopada. Za 5 m-cy. Nie czekamy. W ramach rekompensaty wbiegamy na górę kryjącą grotę św. Mikołaja, która po głębszej analizie okazuje się faktycznie „w budowie”. Za szklanymi drzwiami widoczny długi korytarz, taczki, kupy cementu – widocznie zanadto się spieszyliśmy. A na górze – wieża widokowa i widok zapierający dech – jak okiem sięgnąć lasy, lasy, rzeka, jeziora…. Bajka.
Po niejakiej chwili dostrzegamy miasto Rovaniemi. Położone nad wijącą się rzeką, z daleka widać charakterystyczne skocznie narciarskie. Chyba tu wszędzie tak mają?

rafalcho - 2009-02-12, 10:06

Jacek M,

Fajny wyjazd, super relacja ... ode mnie piwko :ok

:spoko

KOCZORKA - 2009-02-12, 23:43

Jacek M napisał/a:
Owóż jedziemy sobie mostkiem nad rzeką, aż tu naraz - dołem płynie dom. No - domek. Fiński domek w miniaturze, Szczytem do przodu - w okienku jejmość sprawdza kierunek, a domek zapycha, że aż miło! Ledwie udało się Ani uchwycić go rogiem obiektywu. Zdjęcie w każdym razie na dowód istnienia zjawiska jest, a ja myślę, jakby taki wodny domkokamper wykombinować...

Jacuś :bigok , a kiedy będzie zdjęcie. Bardzo bym chciała ten domek zobaczyć :bigok :bigok
Rowerków faktycznie tam sporo, ale to samo zdrowie. :szeroki_usmiech

Czekam na dalszy rozwój wydarzeń :ok :ok :ok

rafalcho - 2009-02-13, 06:49

Ja również czekam na dalszy ciąg Twoich opowieści o "północnej" wyprawie

:spoko

Arturo - 2009-02-13, 11:35

Jacek M napisał/a:
IMG_0379.JPG
A kto podlewa pelargonie na przystanku?
Może kierowca autobusu :?: :szeroki_usmiech
Jacek M - 2009-02-14, 08:34

Dzień 5, środa 04 lipca, cd.

Zeszliśmy z górki i zauważyliśmy drogowskaz: Rovaniemi city 8 km, Arctic Circle 2,3 km. No i tutaj żarty się skończyły. Albo jedziemy z rozlatującym się motorem w nieznane, albo przerywamy podróż w Rovaniemi i naprawiamy tutaj. Rovaniemi jest ostatnim większym miastem, gdzie prawdopodobnie można znaleźć wyspecjalizowany warsztat samochodowy. Wg mapy dalej są najwyżej kilkutysięczne osady – miasteczka, gdzie na pewno znajdzie się specjalista od wszystkiego – przecież ktoś musi rwać zęby, ostrzyć nożyczki, stawiać bańki, naprawiać drwalom piły motorowe i sanie. Ale czy będzie fachowiec od 18 letnich peugeotów?

Telefon do przyjaciela:
- Cześć Marcin, dzwonię z Finlandii, posłuchaj, czy jak mi motor o tak (tu zbliżenie komórki do motoru) nap….. to można jechać dalej?
- Cześć, w mojej ocenie nie – jak tak nap… to trzeba zajrzeć. Diagnozy nie postawię, ale jeśli hałas dochodzi z miejsca o którym mówisz, to może się rozwalać
a/. pompa wodna – wtedy poległeś, bo bez wody w chłodnicy nawet w relatywnie chłodnej Skandynawii daleko nie zajedziesz.
b/. wakumpompa wtedy możesz jechać ale hamulce będą bez wspomagania,
c/. najgorzej jak błędnie oceniłeś miejsce powstawania hałasu i nap… w motorze – choć to najmniej prawdopodobne – wtedy możesz mieć wszystko, z tłokiem na wierzchu włącznie.

Marcinie, dzięki za pomoc.

No to już wszystko wiem. Wariant a/. kiedyś przerobiłem – najgorzej, że w zależności od miejsca umieszczenia czujnika temperatury w obiegu brak płynu bywa sygnalizowany wtedy jak głowica jest już czerwona… Wariant b/. – kilka tysięcy po górach bez wspomagania hamulców …? Wariant c/. na razie zostawmy.

Krótka narada z Rodziną – wracamy do Rovaniemi. No i podstawowe pytanie: kto nam pomoże? Mam. Jakie to szczęście, że w Oulu daliśmy się namówić na członkostwo w jakiejś skandynawskiej organizacji kampingowej. Wzięli wprawdzie kilka Euro, co mamy odrobić w zniżkach przy następnych noclegach, ale dali w tej sytuacji nieocenioną pomoc – przewodnik po zrzeszonych kampingach z pełnymi danymi adresowymi.
Chwila poszukiwań – jest: Rovaniemi, adres, telefon, czy z psami, czy prysznic itp. Itd. Uwaga: recepcja czynna do 23.00. A – to kupa czasu, jeszcze widno. Widno. Widno???!!! Zegarek: 22.41!!!

Telefon: dzień dobry, chciałbym się zatrzymać u państwa, ale przyjadę 10 – 20 minut po 23-ej – czy da się to jakoś załatwić. Nie ma problemu – poczekam na pana (chyba trafiłem na szefa). To ja mam takie pytanie – czy jest w Rovaniemi serwis Peugeota? Jest, jutro rano Panu wyjaśnię jak dojechać. Ufff… kamień z serca. Do nas dojazd jest taki: pojedzie Pan w kierunku na … za mostem skręci Pan w prawo i zaraz nad rzeką jesteśmy. Czekamy.
I kto powiedział, że Skandynawowie są chłodni i nieprzystępni? Jedziemy. „Wszystko się zgadza, tu ma pan plan miasta – tu panu narysuję drogę do Opla – z tyłu planu jest reklama, otwierają o 7,30 niech pan będzie tutaj, to zadzwonimy razem i pana umówię. Wolne miejsca mam tam nad samą wodą – do jutra!” I jak się Państwu podoba?

Zatrzymujemy się nad samą wodą. Z okien panorama miasta. Do północy jemy kolację i rozmawiamy. Obserwujemy ruch na rzece – normalnie, co jakiś czas przemknie jakiś wyczynowy kajak albo gospodarska motorówka ale ok. północy jesteśmy świadkami dziwnego poruszenia: dwie duże łodzie z kilkunastoma umundurowanymi w jednakowe kamizelki osobami na każdej płyną w świat. Na każdej - flaga państwowa. Regaty ratowników-ochotników? Za jakiś czas są z powrotem. Ciekawe, co to było. Niestety, nie chce na dobre się ściemnić, choć słońca nie widać. Trudno, zasłaniamy co się da i śpimy w dzień :lol:
.

Tadeusz - 2009-02-14, 11:36

Wciąga mnie Twoja opowieść, Jacku. :)
Nie wiem dlaczego, ale bardziej mnie interesuje co za troll dobrał się do Twego auta, niż sprawozdanie z trasy. Myślę, że Ty to spowodowałeś barwnym językiem opowieści i swadą, a trasę tę znamy już z kilku relacji.
Wiercę się na krześle czekając na ciąg dalszy zmagań z przeciwnościami losu i filozoficznym doń podejściem.

Pozdrawiam. :bukiet:

Jacek M - 2009-02-14, 22:32

Dzień 6, czwartek, 5 lipca 2007 – Auto Huolto Sysmalainen

Punktualnie o 7.30 jestem w okienku recepcji, mój wczorajszy znajomy już na mnie czeka. Hi - dzień dobry. Dzwoni. Długo tłumaczy coś w miejscowym języku kilku kolejnym osobom. Ostatnia chyba jest tą co trzeba – pyta mnie o typ i rocznik pojazdu. Po dobrych kilku minutach rozmowy – dobrze, umówiłem Pana – czekają. Proszę jechać. Podziękowałem najładniej jak umiałem. Dzięki mapie docieramy jak po sznurku do dość odległej dzielnicy. Faktycznie – czekają. Miły facet z obsługi klienta wychodzi ze mną na plac. Podnosi maskę – bez dwóch zdań – wakumpompa. Wracamy do biura.
Zrobić możemy ale nie wiem jak będzie z terminem… Kalendarz. Najwcześniej mogę Pana umówić na wtorek. Na dziesiątą… (przypominam: mamy c z w a r t e k!).
No jak to – jestem z drogi – musi Pan mi pomóc!
Facet wyraźnie stropiony: Przepraszam - nie mogę nic zrobić – jestem poumawiany z innymi, nie mogę ich zawieść – rozumie Pan… Rozumiem. (rozumiem??? – a gdzie nasze polskie terminarze z gumy?? Jak to się nie da??).
I teraz będzie najlepsze: facet bierze opasłą księgę telefoniczną, odchodzi w głąb kantoru, żeby nikt mu nie przeszkadzał i próbuje wcisnąć mnie do konkurencji. Dzwoni w kilkanaście (!) miejsc. Z każdym długo rozmawia, szczegółowo tłumaczy, słucha wyjaśnia - wreszcie kiwa głową ze zrozumieniem - i dzwoni w następne miejsce. Pracuje w skupieniu. Po 45 (czterdziestu pięciu !) minutach walki w mojej sprawie - prawie się poddaje… ale zaraz jeszcze jeden adres… jest taki facet co w zasadzie robi citroeny i japończyki ale…

Jest!!! Przyjmie Pana! Od ręki!

No cud normalnie! Mało gościa nie uściskałem.

Jedziemy. Za fabryką noży. Jest! Uśmiechnięty od ucha do ucha szpakowaty właściciel zaprasza nas szerokim gestem z drogi na podwórze. Pokazuje, gdzie stanąć. Podnosi maskę – słucha, zagląda… wakumpompa. Bez żadnych wątpliwości. Zaraz przyjdzie chłopak i wymontuje. Jak zamówimy przed dwunastą, to na jutro do południa będzie i na fajrant was wypuszczę. Postawcie sobie samochód na skraju placu. Możecie tu pomieszkać – kran z wodą jest za budynkiem, ubikacja – w warsztacie. Bramy nie zamykamy na noc. Po co?

Myślę: Jak to na jutro? Dziś się nie da? Spokój, przecież to i tak szybko. Dwa dni w plecy. No i tu właśnie jest pora na ćwiczenia ze stoicyzmu: no to dziś w ramach dodatkowego dnia zajmujemy się gruntownym zwiedzaniem Mikołaja – wiemy już gdzie, trzeba tylko wydumać jak tam dojechać bez kamperka…

Tymczasem wakumpompa już wykręcona – z podziwem obserwowaliśmy pracę fińskiego czeladnika. Duży dwudziestolatek w wersji blond. Przyszedł niemal natychmiast. Wyjął z kieszeni kombinezonu śrubokręt. Odkręcił opaski. Od przewodów wodnych. Nie wszystkie. Poszedł po klucz. Ósemkę. Odkręcił kolejne. Poszedł po krzyżak. I odkręcił ostatnią. W podobny sposób odkręcił wakumpompę. Choć za chyba trzecim nawrotem przyniósł skrzyneczkę. Z narzędziami. Wprawdzie nie wszystkimi. O dziwo –
zmieścił się z robotą w obiecane pół godziny. Zresztą do tego systemu pracy jeszcze wrócimy przy zakładaniu wakumpompy, ale nie uprzedzajmy faktów…

Póki co – wymontowana wakumpompa wylądowała na biurku Szefa. Sprawdził wybite numery – tak jest, dokładnie ta, o której myślałem. Sprawdzę, gdzie jest dostępna i zamawiam. Po godzinie wychodzi z niewyraźną miną. Nie ma. Nigdzie. W żadnym magazynie Peugeota w całej Finlandii ani w żadnym serwisie.
Zaraz, zaraz… Odchodzi i za kilka chwil wraca rozpromieniony.
He, He. Znalazłem dwie. W całej Finlandii są tylko dwie ! I - jedna do nas już jedzie. Z Helsinek. Wie Pan, gdzie znalazłem? W serwisie Citroena. W BX - ach są te same. W autoryzowanym serwisie Peugeota by na pewno nie znaleźli. Bóg mi Pana zesłał, panie Sysmolainen, myślę sobie i obliczam ile trwałaby naprawa w Peugeocie.

Dobra – no to jedziemy do Mikołaja.

WHITEandRED - 2009-02-14, 22:58

:spoko
Jacek M - 2009-02-14, 23:23

Dzień 6, czwartek, 5 lipca 2007 – u Mikołaja.
Ze dwa kilometry spacerkiem na Dworzec Autobusowy – zapomniana już u nas instytucja. W poczekalni bujane zabawki dla dzieci, schludne ławeczki i sklepik z prasą i słodyczami. W kasie (?) panienka poinformowała nas, że bilety kupuje się u kierowcy. Do dziś nie wiem co robiła. Świetliczanka? Autobus jest punktualny co do sekundy. Jedziemy. Humory – niezłe.
Przyjeżdżamy na miejsce po 16-ej. Pora na małe conieco już od dawna się pogłębia. Decydujemy, że zanim zaczniemy pławić się w rozkoszach tego miejsca trzeba się posilić. Jest bar. Aluminiowe tace, dwa dania do wyboru – jemy. Ceny - jak na Finlandię całkiem rozsądne – tylko 2x więcej niż u nas. W smaku też obleci. No to czas na zwiedzanie. Pamiątki, pamiątki, pamiątki. Trochę normalnej w takich miejscach tandety ale są i sympatyczne akcenty. Kupujemy jakieś drobiazgi – ja portfel ze skóry renifera. Zadziwiające – jest miękka i cienka jak na rękawiczki ale podobno bardzo mocna. Zobaczymy.
Teraz do muzeum św. Mikołaja. Po drodze na placu znajdujemy „w podłodze” ułożoną z ciemniejszych kamieni ukośną krechę. To to. Znaczy – koło polarne. Natychmiast kojarzy mi się Przyprawa do Bieguna Północnego. Czujemy coś z ducha Wielkich Zdobywców. Tańczymy zaimprowizowany radosny i dostojny zarazem Taniec Koła Podbiegunowego. Wychodzi nam bardzo pięknie – zaśmiewamy się do łez. Ale nas zaniosło…
No dobra – muzeum. I – skucha. Trafiamy na Santa Official Sleeping Hours. Mikołaja nie ma, tylko z głośników dobiega chrapanie. „Chłopcy są trochę zawiedzione”. Na pocieszenie oglądamy wystawę zdjęć - kto się fotografował z Mikołajem: od Spice Girls przez Mela Gibsona do Myszki Miki, brakuje tylko Mieczysława Fogga. No i Kuźmicza, ale on tu na pewno był, tylko jak zwykle zabrał zdjęcie.
Wracamy ostatnim autobusem. Pierwszy cel wycieczki „zaliczony”.
Na szczęście jeszcze widno :)

Jacek M - 2009-02-14, 23:43

WHITEandRED napisał/a:
Jacku, Ty to masz problemy, a to z mechanikiem a to z panienką w kasie. Trzeba było za komuny jeździć do ZSRR, dopiero byś się za głowę łapał.

E tam - zaraz problemy :) po prostu od zawsze fascynują mnie różnice kulturowe i chyba głównie to napędza mnie do ruchu po świecie. U nas w Polsce wschodniej dziś i jutro to prawie synonimy. A taki szczegół jak pół godziny w ogóle nie występuje. A tu - "zajmie mu to pół godziny" i faktycznie - załatwia temat w 30 minut i 00 sekund. Jakieś jaja.
Facet mówi, że jest poumawiany do wtorku i nawet nie próbuje znaleźć pół godziny, bo skąd? Skoro jest zaplanowany do wtorku...?
U nas by było: pan poczeka, się zobaczy, jakoś się upchnie.
I rzecz absolutnie zadziwiająca choć w strefie wpływów Kalwina i Lutra zupełnie normalna: jeśli mamy pół godziny pracować - to pracujemy. Zamiast przed robotą łbem zarzucić - po mankietach, po pazurach - pogadać 20 minut porobić 10 zostać odwołanym do innych, pilniejszych zleceń. No, słowem: "straszny tu macie burdel, siostry!".
Z drugiej strony każdy polski mechanik zrobiłby to w 10 minut, więc per saldo...?
Pozdrawiam
Jacek M

WHITEandRED - 2009-03-02, 17:05

:spoko
KOCZORKA - 2009-03-02, 17:24

Jacku :bigok , bardzo fajnie i barwnie opisujesz. :szeroki_usmiech
To lepsze niż niejedna książka. :bigok
Czekam na więcej. :bigok

StasioiJola - 2009-03-02, 18:29

Jacku- super relacja , a kłopoty z autem na wyjazdach za miedzę poznałem nie tak dawno!!! i nie zazdroszczę Ci tego wcale!!!! :szeroki_usmiech Czekamy na dalszy ciąg tej relacji. Pozdrawiamy Jola i Stasio. :spoko
Pawcio - 2009-03-02, 21:23

Dawaj Kubuś dalej, dawaj. Ciekawe co Was tam jeszcze ciekawego spotkało?
Jacek M - 2009-03-02, 23:03

Trochę mi się długopis przytarł ostatnio. Zaraz pociągnę i nie "kubusiać" mnie tutaj, bo podpis zmienię. :haha:
Pozdrawiam
Jacek M

Pawcio - 2009-03-07, 11:56

Jacek M napisał/a:
Trochę mi się długopis przytarł ostatnio.


Łoj... poważna sprawa. Tyle czasu to chyba kulkę w tym długopisie wymieniasz :haha:

Jacek M - 2009-03-08, 17:13

Dzień 7, piątek, 6 lipca 2007 – chyba po kłopocie...

Po pierwsze - śpimy. To znaczy - ja zrywam się tuz po otwarciu zakładu. No dobra - k. 10-tej. Dzień dobry panie Sysmalainen. Guten Morgen? Good morning? Po holendersku jest jakoś: [hujchemorchen] (?!) po szwedzku: god morgon. Ale po fińsku ???
Good morning! - wita mnie rozpromieniony właściciel. Nie mam jeszcze części ale potwierdzili wysłanie, czekamy na listonosza. O której będzie? Między 11-tą a 1-szą. Średnio: ok.12, wie pan, to zależy od liczby przesyłek ale niech Pan się nie martwi - na 17-tą na pewno skończymy. Dobra. Się nie martwię. Niespiesznie zatem zaczynamy dzionek. Ok 12-ej jesteśmy wyszykowani. Kaffka. Ok. pierwszej mimochodem zagaduję szefa: i co, nie ma jeszcze pompy? Nie, pompa jest - przywieźli kwadrans po 11-ej. Mówiłem, że muszę skończyć inne pojazdy, jestem poumawiany: ten na 14-tą, ten na 15-tą i ten na 16-tą. A pan na 17-tą. Szef wyjaśnił to z minimalnym, acz bardzo przyjaznym zniecierpliwieniem. Jak dziecku. Odszedłem uspokojony. U S P O K O J O N Y ! ! ! Liczymy obłoczki. Czytamy. Drzemiemy. O 15.30 zarządzam obiadek, żeby o 17-ej ruszyć z kopyta. I - o 16.15 przychodzi zapoznany chłopak z pompą. I zkompletem pasujących kluczy. Po półgodzinie - niech Pan zapali silnik... W porządku! Nie chce nam się wierzyć! Szef wzywa do kantorka - pompa tyle, robocizna - tyle. Razem tyle. W porządku? Co nie ma być w porządku? Ciągniemy kartą - ok. Ze szczęścia obdarowuję mojego Dobroczyńcę "Luksusową" przyjmuje ze zrozumienem - czy pozwoli kierownik pracownikowi również? Jasne, on będzie bardzo zadowolony... Jest, choć nie kryje wielkiego zaskoczenia. Ale my byśmy dziś obdarowali cały świat.

Jedziemy!!!!

WHITEandRED - 2009-03-08, 18:37

:spoko
Aulos - 2009-03-08, 18:48

Jacku, literat z Ciebie i antropolog kultury. Pisz dalej, bo świetnie Ci to wychodzi. :ok
Pawcio - 2009-03-08, 18:56

WHITEandRED napisał/a:
nooo, wreszcie :wyszczerzony: .

:jump: Tia... Czekamy na jeszcze ...

fest2 - 2009-03-08, 19:21

Jacku pisz ,pisz - jak dojechałeś, Jak będziesz jechał jeszcze raz ,ja jadę w ciemno :spoko
Jacek M - 2009-03-08, 20:48

Rad starat'sa! :oops: :oops: :oops:
Pawcio - 2009-03-08, 20:52

Jacek M napisał/a:
Rad starat'sa!


:shock: Że co :?:

MILUŚ - 2009-03-08, 22:03

Utkneliście w Noszkach czy cuś :?: :?: :?:
Jacek M - 2009-03-08, 22:53

MILUŚ napisał/a:
Utkneliście w Noszkach czy cuś :?: :?: :?:


Jak to, że w Noszkach? To raczej ja utykam w pisaniu... :shock: Praca to albowiem ciężka, a i przerwać czasem muszę, jako, że życie miewa swoje całkiem inne wymagania. Takoż. :mrgreen:

Pawcio napisał/a:
Jacek M napisał/a:
Rad starat'sa!


:shock: Że co :?:


Na tak obcesowo postawione pytanie nie pozostaje mi nic innego jak udzielenie odpowiedzi pogłebionej :bigok

Otóż: :ok
Armia carska stosowała 3 odpowiedzi dozwolone dla szeregowca w odniesieniu do zwierzchności, odpowiadające zgrubsza polskim:
- Tak toczno! = Taa-est!
- Nikak niet! = Nie! (a bliżej: W żadnym wypadku!)
- Rad staratsa! = to relatywnie najrzadziej stosowana - i może dlatego najtrudniej przetłumaczyć - odpowiedź na pochwałę. U nas w Polszcze stosowano ostatnio: Ku chwale Ojczyzny! choć nie jest to w pełni to samo :)

W armii carsiej po zastosowaniu którejś z trzech dopuszczalnych odpowiedzi - zależnie od kontekstu - należało dodać obowiązkowo "Wasze Wieliczestwo" - tłumaczone najczęściej na polski jako Wasza Wielmożność (taki właśnie skromny tytuł bezwzględnie przysługiwał ze strony żołnierzy carskim oficerom).

Swobodną adaptację tego obyczaju pięknie opisuje Melchior Wańkowicz w rozdziale "Facecjoniści Kresowi" swojej książki wspomnieniowej "Tędy i owędy", którą PT Publiczności jak najserdeczniej polecam - z niej zresztą ten zwrot pamiętam.

Podsumowując: "Rad starat'sa" - innemi słowy : “Glad to try my best” - czyli piękna, po wojskowemu skromna i oszczędna w formie, regulaminowo pozytywna odpowiedź na zasłużoną pochwałę :haha: *)

Pozdrawiam
Jacek M

________________________________
*) albo według wersji pogłębionej Szwejka: "Maul halten und weiter dienen!" - jak nam mawiali w wojsku. To najlepsze i najpiękniejsze.

Jacek M - 2009-03-09, 00:53

Dzień 7, piątek, 6 lipca 2007 - do krainy Samów!

Jedziemy! Motorek brzęczy jak pszczółka. Sliczności! Ambitny plan - dojechać do granicy z Norwegią. To ok. 450 km - 8 godzin. Od 18-ej wychodzi 2 w nocy. W razie czego - nocleg po drodze. Zaraz po starcie wpadamy ponownie do św. Mikołaja - zdecydowałem, że na pamiatkę z Wyprawy kupuję fiński nóż. Nie jestem jakimś zagorzałym miłośnikiem noży - to pomysł raczej praktyczny - całe lata z jednej strony programowo nie przywiązywałem do noży żadnej wagi, z drugiej zaś, niestety, wielokrotnie brakowało mi na wyjeździe zwykłego porządnego noża. Takiego żeby coś zastrugać, wydłubać, ciachnąć, skaleczyć się przy robocie, czy cuś. Czyli jest okazja na "nóż z charakterem". Trafiamy do sklepu tuż przed zamknięciem - przyjemnie i kameralnie. Samoobsługa. Ceny od 50 EUR. Fajne noże. Rozmaite kształty i fasony. Wszystie sprawiają bardzo solidne wrażenie. Dużo noży przemysłowych - firma zaopatruje przetwórnie ryb. Noże dla nich mają bardzo wąskie i mocne klingi o różnych długościach i w kilku kontrastowych kolorach plastikowych rękojeści. W fabryce takie noże są ostrzone i dezynfekowane co kilka godzin - np. do 10-ej pracujemy niebieskimi a potem żółtymi itd. żeby się nic nie pomyliło - głasnost i pierestrojka. Ja waham się pomiędzy dwoma: piękna finka z rękojeścią z czeczotki czyli brzozy syberyjskiej, w ręcznie szytej pochwie, wzorowanej na wyrobach Samów i - raczej nowoczesny duży solidny nóż z patentowym mocowaniem klingi w powlekanej gumą rękojeści. Wszystko robi bardzo solidne wrażenie. Nóż wychodzi ze skórzanej pochwy z lekkim kliknieciem. Bajer. Co wybrać? Dzwonię do kumpla, nożoluba: słuchaj, chcesz fajny oryginalny nóż fiński oprawiony w brzózkę? Dobra. I - tym sposobem biorąc jeden mam przyjemność kupowania dwóch :) oops - znajduję dolną półkę z napisem "2 gatunek". Ceny od 30 EUR. I oba moje noże w tańszej wersji. Pytam Panią przy kasie: dlaczego drugi gatunek, czy są jakieś wady? Nie, technicznie nie ma żadnych. Mogą być jakieś estetyczne, ale na większości nie widać. Faktycznie. Nic nie widać. To dziwna kraj!
Kombinuję z finką dla kolegi - psze Pani, a można od tego noża zamienić pochwę do tego? (są z jednego rodzaju, ale odcień skóry lepiej pasuje do drewna... w końcu za 30 EUR można trochę powybrzydzać, nie?) I znów znane mi już spojrzenie pełne łagodnej nagany - ale mam nadzieję, że Pan nie zamienił noży? No jeszcze nie :oops: , dopiero mam zamiar... To proszę mi dać oba, absolutnie nie można zamieniać! Noże są spasowane z "kaburami" w procesie produkcyjnym - proszę zobaczyć, każdy wyjmuje się lekko ("klik") ale odwrócony do góry nogami - trzyma się pewnie. Jak zamienimy... wypada.
No i proszę, jaka wiedza na temat. Kto by podejrzewał?
Kupujemy, dziękujemy.
Zrobiła się prawie 19-ta. No to tradycyjna fińska pizza na drogę. Pewnie to ostatnia szansa - w Norwegii podobno jeszcze sporo drożej. Dzieciaki uszczęśliwione a i my nie przeciwni :)
I tym sposobem już o 20-ej startujemy na dobre... :spoko :mikolaj

Pawcio - 2009-03-09, 08:19

Jacek M napisał/a:


Otóż: :ok
Armia carska stosowała 3 odpowiedzi dozwolone dla szeregowca w odniesieniu do zwierzchności, odpowiadające zgrubsza polskim:
- Tak toczno! = Taa-est!
- Nikak niet! = Nie! (a bliżej: W żadnym wypadku!)
- Rad staratsa! = to relatywnie najrzadziej stosowana - i może dlatego najtrudniej przetłumaczyć - odpowiedź na pochwałę. U nas w Polszcze stosowano ostatnio: Ku chwale Ojczyzny! choć nie jest to w pełni to samo :)

W armii carsiej po zastosowaniu którejś z trzech dopuszczalnych odpowiedzi - zależnie od kontekstu - należało dodać obowiązkowo "Wasze Wieliczestwo" - tłumaczone najczęściej na polski jako Wasza Wielmożność (taki właśnie skromny tytuł bezwzględnie przysługiwał ze strony żołnierzy carskim oficerom).

Swobodną adaptację tego obyczaju pięknie opisuje Melchior Wańkowicz w rozdziale "Facecjoniści Kresowi" swojej książki wspomnieniowej "Tędy i owędy", którą PT Publiczności jak najserdeczniej polecam - z niej zresztą ten zwrot pamiętam.

Podsumowując: "Rad starat'sa" - innemi słowy : “Glad to try my best” - czyli piękna, po wojskowemu skromna i oszczędna w formie, regulaminowo pozytywna odpowiedź na zasłużoną pochwałę :haha: *)


... Aha ... :poddaj:

Pawcio - 2009-03-09, 08:22

Jacek M napisał/a:
I tym sposobem już o 20-ej startujemy na dobre...


Oczywiście czekamy na jeszcze... Ale kamaszy nie musisz już zakładać ... :spoko

Jacek M - 2009-03-09, 10:18

Dobra, już nie złośliwię :roza: :spoko :kwiatki: :bigok
Teraz będzie jezioro Inari... z kamaszami (to nie jest atak, zawsze tak miało być :gwm )
Ale nie wiem, kiedy znowu trafię do kompa :confused
Już po polsku: zrobię co w mojej mocy :bukiet:

Pozdrawiam
Jacek M

rafalcho - 2009-03-11, 14:54

No to czekamy ... :bajer

:spoko

KOCZORKA - 2009-03-11, 15:20

Jacek M napisał/a:
Już po polsku: zrobię co w mojej mocy :bukiet:

Jacuś rozumiemy i czekamy cierpliwie. :bigok :bigok

Jacek M - 2009-03-11, 22:49

Dzień 7, piątek, 6 lipca 2007 - do krainy Samów – wytrwale!

Ruszamy na dobre. Mkniemy – wreszcie kółeczka przewijają asfalt… Za oknem – laski, woda, droga nieco się wijąca i… A co to?

Ania zauważyła pierwsza: jakieś takie małe, myszate – lezie w poprzek drogi. W kilka sztuk nawet.
Saab przed nami staje. No co to? Może to te, no … renifery?
Renifery!!!!!!! – się zatrzymuj, gdziekolwiek, no przecież ja zdjęcia zrobić muszę!!! - to najmilsza z żon :bigok tedy jasne - postój. No dobra.
Takie myszowate jakieś… Stawiam taksówkę na awaryjnych – droga wąska, zakręty, las i w rzadkim lasku – rzadka osada. Domki jakby kołchozowe, czy coś. No – wiem, że nie kołchozowe, ale jak na Finlandię dość mizerne. Jak te renifery – też niewyrośnięte. Zawsze myślałem, że to duże jest. Wiem – chyba proporcję wziąłem z zaprzęgu św. Mikołaja (nie tego pobożnego z Miry tylko tego filuta w czerwonym od Ho!, Ho!, Ho! :mikolaj ). Tam one takie bardziej do jeleni były podobne, a w rzeczywistości – góra daniele. Chłopcy są trochę zawiedzione.
W sumie jednak stwory sympatyczne. Takie myszate. Sierść im jakoś dziwnie w kępy rośnie. Linieją, czy jak? I rogi - jak gałęzie mchem pokryte. Albo zamszem raczej. Najfajniejsze są młodziaki – gałązki mają jeszcze całkiem niewyrośnięte a mech zupełnie nie powycierany – super :ok

Im więcej ich widzimy – tym bardziej podbijają nasze proste serduszka. Mają w sobie jakiś filozoficzny spokój. Całe ich jestestwo niesie jeden komunikat: Co ja tu robię? Ja tu mieszkam. To my mamy na nie uważać. Znak z reniferkiem oznacza jedno: wyłazi to-to skąd-bądź jak nie przymierając krowa. Lezie najchętniej szosą. Wzdłuż, no w najlepszym przypadku na skuśkę ale w ostry kąt. Nie za szybko. On jest u siebie. A my u niego. Wszystko.

Święta krowa normalnie. Krowa. Właśnie. To przezwisko nadajemy im na stałe. Tym bardziej, że spora część z tych snujących się przy drodze to okazy hodowlane. Z kolczykami w uszach – szczególnie bliżej Nordkappu. Skoro już nazwaliśmy stworzonka, możemy sobie posłuchać: http://www.youtube.com/watch?v=fW86xdXjEnY Hasło „jaka jest krowa – niebezpieczna!” Ten tekst nieodmiennie wprawia nas w dobry humor, już do końca podróży, w zestawieniu z każdym napotkanym myszatym stworem z gałęziami.

Niech żyją renifery!

Pawcio - 2009-03-11, 23:47

Jacek M napisał/a:
Domki jakby kołchozowe takie, czy coś. No – wiem, że nie kołchozowe, ale mizerne czegoś. Jak te renifery – też niewyrośnięte. Jakoś zawsze myślałem, że to duże jest. (...) W sumie jednak stwory sympatyczne. Takie myszate. Ta szerść im jakoś tak w kępy rośnie. Linieją, czy jak? I rogi. Takie gałęzie mchem pokryte. Albo zamszem raczej. Najfajniejsze są takie młodziaki – gałązki mają całkiem niewyrośnięte a mech nie powycierany jeszcze – super


Bo to była Jacku wycieczka reniferów - emerytów z reniferami - wnuczkami :lol:

Jacek M napisał/a:
Znak z reniferkiem oznacza jedno: wyłazi to-to skąd-bądź jak nie przymierając krowa. Lezie najchętniej szosą. Wzdłuż, no w najlepszym przypadku na skuśkę ale w ostry kąt. Nie za szybko. On jest u siebie.


No i Jacek nam wyjaśnił, co za typ człowieka nakleja znaczek renifera na auto... :haha:
(bezu urazy :ok )

Jacek M - 2009-03-11, 23:51

Dzień 7, piątek, 6 lipca 2007 - do krainy Samów – kfiecie pachnie…

Po niejakich kilometrach … jakoś ochota do jazdy mnie odchodzi. Sceneria fajna. Groźnawa taka. Niby jak zmierzch – choć słońce nisko nad horyzontem - nie zajdzie, toż my już za kołem. Świeci jakoś tak … upiornie? Wokoło – wrzosowiska, czy bagna… Coś jakby dekoracja do Psa Baskervillów. Jest mini parking – i jakaś tablica. Rezerwat, na szczęście przyrody. Tego mi było potrzeba. Postóój! Z opisu na tablicy wynika, że mamy do czynienia z jakąś specjalną roślinnością. Bagienną czy coś. Nie znam się, z roślin rozróżniam marchewkę, goździk na 8 marca i choinkę. Ale wyjazd powinien mieć charakter dydaktyczny nieco – dla młodzieży. Ja po cichu liczę jednak na psa. Idziemy. Ścieżka prowadzi przez łąkę. Jest wyłożona deskami – chyba grząsko. Mokro. Podesty z desek ułożone na jakimś torfowisku. Z wierzchu woda. I coś białego. Pochylamy się: jakieś takie białe strzępki waty na patyczkach? A gdzieniegdzie różowe kwiateczki. Cudo. Pomosty pod nami interesująco sprężynują – jak się przyjrzeć to są ułożone na starych pomostach, które przykrywa woda. Myślę, że trzymają się na powierzchni tylko dlatego, że są zbite razem. Chłopców sprężynujące podłoże zachęca do ruchu… Dochodzimy do końca torfowiska (?) i znowu miła niespodzianka – wieża widokowa, a z niej widok na jezioro. Na drugim brzegu wypatrujemy chatynkę – jedno było okienko i jeden był wchód do niej. Ciekawe, jak tam dojeżdżają?

Pokrzepieni dydaktycznie (psa nie było) - startujemy! I wreszcie tuż przed północą - Sami Poarta albo jak kto woli: Bure Boahtin. Jak łatwo się domyślić - szczególnie oczywiście z drugiego napisu w narzeczu miejscowym - przejeżdżamy przez bramę krainy Samów.
Uff. Dzień zaliczony. Nocujemy nad brzegiem jeziora Inari - wiatr jak piorun - fale jak na morzu. Odwracam się kratkami od lodówki do zawietrznej - pomaga. Ale ogrzewanie włączam - po raz pierwszy. Boję się trochę, czy starczy gazu - mojej butli raczej nie nabiję a mam jedną. A do bieguna daleko...

Tak to skromnie i bogobojnie przeżyliśmy dzień 7.

Pawcio - 2009-03-11, 23:57

Jacek Ty nasz odkrywco!
Dzięki Tobie wiemy, skąd się bierze wata :!: :kwiatki:

Jacek M - 2009-03-12, 00:02

Toż to rezerwat! :zimno
Pawcio - 2009-03-12, 00:20

Jacek M napisał/a:
Toż to rezerwat!


Łoj! Czy to znaczy, ze wata już teraz będzie pod ochroną :?: :lol:

Jacek M - 2009-03-12, 00:52

Tak. Kiedyś już była... pamiętam, że dawno temu w aptece znajoma sprzedawała spod lady, więc coś w tym musiało być.
KOCZORKA - 2009-03-13, 16:46

Jacuś, tam jest pięknie. :bigok
Te widoki, kwiatuszki, ale najpiękniejsze są " święte krówki" - reniferki. :szeroki_usmiech
Kocham zwierzęta i takie spotkania są dla mnie niezapomnianym przeżyciem. :bigok
Super opisujesz!!! Czytanie Twojej relacji to dla mnie wyśmienita lektura i zabawa. :bigok
Stawiam Ci piweczko, ale czekam na WIĘCEJ!!! :bukiet: :bukiet:

Jacek M - 2009-03-14, 00:57

Dzień 8, sobota, 7 lipca 2007 – Kraina Inari

Budzimy się z Anią świtkiem – czyli gdzieś o 7 z minutami. Pierwszy raz od dawna poszliśmy spać jak ludzie. Dzieciaki śpią – jedziemy. Droga na dziś prowadzi nas przez Inari, dalej w stronę Kirkenes i skręt do stolicy Samów Karasjok - to już w Norwegii. Jezioro Inari jest fascynujące, na mapie ma kilkadziesiąt kilometrów szerokości i jeszcze więcej długości. Wyspa na wyspie. Właściwie archipelag. Po niedługim czasie widzimy drogowskaz w prawo – muzeum jeziora Inari? Coś tam przemknęło mi w głowie o takim muzeum. Skręcamy!
Na zachętę mamy znak drogowy przy skręcie w żwirówkę: Uwaga, stromy podjazd. Eee, nie damy rady? Wg rad Sobiesława Zasady wrzucam jedynkę, obroty ze 2 tys, pewnie, tak kombinuję, w okolicy najwyższego momentu - nie mylić z "Najwyższym Czasem" – Go!

Faktycznie stromo. Jak wyjazd z garażu pod domem albo z dolnego pokładu promu. Stromiej nawet. Nawet dużo stromiej nawet! Gaz do dechy! Kurczę, poderwie nam przód do góry… ze śmiechem – nie do końca szczerym – odruchowo robimy „balast na przednią szybę”. Uff, wypłaszcza się… – widoki w lusterku w dół na jezioro zapierają dech w piersiach ale nie odwracam się – popatrzymy w drodze powrotnej. Po kilkuset metrach dojeżdżamy na parking przed muzeum. Póki co – jesteśmy tu sami. Gwiździ jak na peronie w Kielcach. Do tego – jakiś drobny deszczyk. Sobie mży. Robię krótkie rozpoznanie terenu – bilety po kilka EUR – jakaś prorodzinna zniżka na rodzinę z 2 dzieci. Nie jest źle. Póki co – biuro jest wymarłe – do otwarcia mamy jeszcze 40 minut. Wyciągam mapę, Ania w tym czasie pracuje nad morale naszego młodego wojska.

Otwierają kasę. Wyziębła obsługa zgrabiałymi rękami wydaje bilety. Ekspozycja nas z mety nie poraża, choć jak się przyjrzeć bliżej znajdujemy jednak ciekawe punkty. Najciekawsze są opisy. Jezioro było bardzo ważnym ogniskiem kultury ludu Samów. Było dość licznie zamieszkałe, jego wody żywiły sporo ludzi. Eksponaty zebrane wokół to zachowane egzemplarze akcesoriów myśliwskich oraz historia ich ewolucji w ciągu ostatnich 100 lat. Pierwsze łodzie z silnikami spalinowymi z początku XX w. Pierwsze sanie motorowe z lat 50-tych. I śmieszne sanie bez napędu przypominające te motorowe. Rakiety i narty do chodzenia po śniegu. Przybory do połowu ryb – sieci, wiersze, rozmaitego rodzaju paści i pułpki na rybę i zwierzynę. Wchodzimy do chatki myśliwych, zbudowanej z darni i gałęzi. Zaczynamy się czuć trochę jak traperzy. Dla chętnych – możliwość własnoręcznego porąbania drewna na ogień, ba mało tego – za drobną opłatą można sobie wyprodukować węgiel drzewny a nawet smołę. Pokazy o godzinach pokazanych na tabliczce albo jak będzie min. xx chętnych. Na razie jesteśmy my i dwójka Holendrów (?).

Dochodzimy do budyneczku – w sam czas, bo za chwilę zamarzniemy. Kahvila! W przeszklonym budyneczku można kupić pamiątki i obejrzeć część eksponatów. Świetne buty z wywiniętymi noskami – niestety – to eksponat. Ale znajdujemy coś dla siebie – rękawiczki! W piękne lokalne wzory, za to z nowoczesnego polartecu. Kupujemy, okazuje się, że wszyscy wzięliśmy z domu kurtki, czapki szaliki ale nikt nie pamiętał o rękawiczkach. Jakby mi ktoś powiedział, że w środku lipca uznam za najpotrzebniejszy zakup dla całej rodziny – ciepłe rękawiczki to chyba zabiłbym śmiechem! A tu proszę.
Dostajemy kawę. Paruje i nie jest zbyt smaczna. W pomieszczeniu zimno – pani za ladą ogrzewa się piecykiem na propan. Chłopaki rozgrzewają się pepsi z lodówki. Mogą sobie choć potrzymać przez rękawice. Widoki przez okna są całkiem odjechane. Jezioro w kolorach stalowo-brunatno-szarych. Gdzieś pomiędzy wysepkami widać miniaturowy stateczek – wycieczkowy? Na dużym zoomie przez kamerę można też dostrzec motorówki, a nawet domki na kilku z wysepek. Wszystkich jest podobno ponad 3000!. A do końca jeziora – 60 km. Potęga. Patrząc na to z góry już rozumiem, dlaczego całe pokolenia Samów mogły tu żyć i się nie nudzić. Wenecja!

Startujemy dalej. Teraz – zjazd. Pocieszam się, że z góry łatwiej. Można hamować, wakumpompa działa jak złoto! Przypomina mi się zeszłoroczny zjazd w dolinę Aosty – 20 km w dół przy ok. 20 stopniowym spadku i braku możliwości zatrzymania się, żeby ostudzić hamulce… Tu procentów więcej ale kilometrów znacząco mniej. Jedziemy! Dojeżdżamy do miejsca gdzie zaczyna się ostry zjazd. Kąt spadku faktycznie spory – za załamaniem terenu w dół - nie widać drogi! Całkiem, jak nartoskoczek nad bulą.
Mijamy jadących pod górę Niemców. Widzimy ich niedowierzające spojrzenia – nasz emeryt mknący z góry musi wyglądać nieco szaleńczo. Nas natomiast fascynuje ich samochód – na mercedesie chyba 410, napęd na 2 mosty, podwyższone zawieszenie, z przodu wyciągarka – na takie okoliczności przyrody – jak znalazł! Szkoda, że widzimy się tylko przez mgnienie, chętnie bym się temu cudowi lepiej przyjrzał. Widoki w czasie zjazdu – jak obserwacja makiety kolejki – z góry widać malutkie samochody między krzaczkami nad jeziorem, kilka TIRów na wijącej się szosie, no i jezioro. Extra. No może nie całkiem jak makieta kolejki, bo pociągów tu już nie ma.

Zresztą a propos pociągów – do Inari właśnie, na zawody poświęcone znajomości rozkładów jazdy, podróżują bohaterowie pewnego fińsko niemieckiego filmu – tytułu nie pamiętam, ale ten właśnie film zachęcił mnie do Finlandii, czego i Państwu życzę :)

I już na asfalcie. I zaraz przed nami drogowskaz: Inari 30 km. To gdzie myśmy u czorta byli?

Jacek M - 2009-03-14, 01:44

I jeszcze parę fotek znad Inari (?)...
Aulos - 2009-03-14, 11:06

Cytat:
Najciekawsze są opisy.

A te opisy to w jakimś języku z grupy indo-europejskich, czy może we współczesnej wersji pisma obrazkowego - piktogramach :roll:

Jacek M - 2009-03-14, 12:34

Opisy są na pewno nie tylko po fińsku, bo jakoś czytaliśmy. A po fińsku - nadal tylko "keskusta". W ilu językach nie pamiętam ale chyba po angielsku było. I były dość precyzyjne - wiadomo było, kto pierwszy na jeziorze w 1921 roku kupił silnik do łodzi, od kogo, wreszcie jakiego patentu był ów motor, przez kogo został z należytą starannością wyrobiony i do którego roku był używany. I to mi się właśnie spodobało, że zamiast "typowy" i "powszechnie używany w tym regionie, choć ten egzemplarz faktycznie sciągnięto z Jakucji" są to konkretne tutejsze wytwory. Sanie motorowe z ekspozycji można oglądać w lecie, bo w zimie są używane, znaczy - te wspólczesne :)
Jacek M - 2009-03-15, 01:27

Dzień 8, sobota, 7 lipca 2007 – pożegnanie z wielkim jeziorem.

Droga wzdłuż jeziora jest niezwykle malownicza. Brzegiem, groblą, wzdłuż moczarów. Zatrzymujemy się na posiłek - wybieram miejsce na dzikim parkingu nad sama wodą - można wjechać niemal do wody. Za chwilę okazuje się, że jest to przydatne. Podjeżdża duża terenówka z lawetą, na lawecie łódź - ale jaka! Terenówka porusza się jak po własnym podwórku - za pierwszą przymiarką cofa pochylnią do wody - laweta niknie pod wodą, wyciągarka zwalnia łódź. Patrzę z otwartą gębą - cała operacja trwa niecałe pół minuty, z zegarkiem w ręku. Mistrzem ceremonii jest - dziewczyna (!). Jedno z tutejszych biur podróży organizujące połów ryb na jeziorze - główny "przemysł" okolicy. Trzech panów w woderach zgrabnie ładuje się do łódki. Opierają wędki o rodzaj skrzydła. Odpływają i szybko nikną na horyzoncie. W sumie nie dziwne - łódeczka ma silnik Jonson 200 (liczba oznacza moc w KM).

Dojeżdżamy do osady Inari w języku Samów Anar. Napisy na tablicach są dwujęzyczne. W zasadzie cała osada to hotel z restauracją po jednej stronie, za hotelem przystań dla jachtów i ladowisko wodnosamolotów. Po lewej sklep. I już. Kupujemy potrzebne rzeczy - to chyba ostatnia możliwość przed Norwegią, czyli w relatywnie niskich cenach. Specjalnie poluję na filmjolk - rodzaj zsiadłego mleka w kartoniku - rewelacja, szczególnie do płatków. Nie odmawiamy też sobie owoców - polskie już nam znikły. Wkrótce za Inari skręcamy z głównej drogi nr 4 (E75), która prowadzi dalej do granicy z Norwegią w Utsjoki i dalej do granicy z Rosją w Kirkenes. Miałem wielką ochotę tam dojechać ale to dodatkowy dzień. Z drugiej strony Finlandia zasłużyła na oddzielny wyjazd - może by tak z powrotem przez Murmańsk...

Tymczasem skręcamy na Karasjok. To miasteczko już w Norwegii jest oficjalną stolicą Samów. Ich kraj nie zna granic państwowych. Mają tam swój parlament. Tak na prawdę bardziej chodzi o ochronę wymierającej kultury i języka. Poza parlamentem funkcjonuje tez lokalne radio w języku Samów, które takze ma na celu scalanie tej społeczności.
Droga naprawdę staje się wąska. Las ustępuje miejsca zaroślom. Zatrzymujemy się na herbatę z ciastkiem - a właściwie chcemy się trochę poprzygladać tej dziwnej okolicy. Drzewka są niewiele od nas wyższe. Jeziorko obok nie nosi żadnych oznak obecności człowieka. Krystalicznie czysta woda - na brzegu zwalony pień. Miękki wysoki mech ale wrażenie jest takie jakby nie rósł na stałym podłożu. Nie mam pewności jak to działa. Wracam na parking. Na parkingu oczywiście jest kibelek i stolik z krzesełkami. Jak zwykle porządnie ale nie do przesady jak np. w Szwecji

Startujemy dalej.

Jacek M - 2009-03-15, 02:08

Jeszcze przed granicą zjeżdżamy na duży parking. Robi wrażenie jakby był przy czymś. Ale przy czym? Tu pierwszy raz widzimy trawniki na dachach. Bardzo nam się ten patent podoba. Na końcu parkingu - duża tablica informacyjna. Już wiemy - tu zaczyna się rezerwat, a właściwie trasa turystyczna. Z tablicy wynika, że do wycieczki trzeba się odpowiednio przygotować, najbliższa cywilizacja i dojście do drugiej szosy - za 7 dni.
Rysunki szczegółowo instruują jak przechodzić przez most linowy, rozpalać ogień i inne poważne kwestie survivalowe. Ciekawe jak wygląda taka dzika trasa z miejscami na ogniska? Mają porąbane drzewo i zapałki w folii? Coraz bardziej mnie tu ciągnie. Jedziemy. Teraz tylko jeden skok do granicy. Na ostatnim skrzyżowaniu po prawej - stacja Statoil. Tankujemy - może w Norwegii paliwo też droższe?
Most, napis Norge. Już? A żołnież gdzie?

To chyba bajbardziej niepozorna granica, którą dotychczas przejechaliśmy.

WHITEandRED - 2009-04-09, 14:45

:spoko
Jacek M - 2009-04-09, 22:02

Zaczynałem, jak zwykle, żeby skończyć :spoko I ufam, że kiedyś to nastąpi. Ostatnio nie samym kamperem żyje człowiek. Zaglądaj czasem :roza:
ZetKa - 2009-04-10, 12:55

Norwegia to zarażliwa choroba a w połączeniu z moim ciągiem do łososi to jest już nieuleczalne. Cierpię, że nie mogę tam jeżdzić corocznie a tylko co dwa lata. Byłem w ubiegłym roku a więc w tym roku w okresie czerwiec - lipiec będe przeżywał katusze.
Jak mawia kolega "Gdybym nie wiedział, że wędkarstwo tak uspakaja to jak bym pier......ł tymi wędkami"
Pozdrawiam wszystkich chorych na Norwegię.

:gwm :placz

WHITEandRED - 2009-04-10, 13:00

:spoko
jolcia777 - 2009-04-20, 17:29

Pasjonujące! Swietne pióro! Czekam na dalszy ciąg ... z niecierpliwościa.
KOCZORKA - 2009-04-20, 20:38

WHITEandRED napisał/a:
Tak na marginesie czy na inne kraje też się choruje, może się ktoś taki odezwie?, ja osobiście słyszałem tylko o norweskich przypadłościach. Jacku może w święta ... pls

Z dziećmi TYLKO DANIA!!! Jestem zakochana w tym pięknym, sielankowym krajobrazie i w kraju stworzonym dla dzieciaków. :bukiet:

Jacek M - 2009-08-26, 01:04

Hmm, jakoś mi się tu zapuściło... może ze dwa zdanka?

Dzień 8, sobota, 7 lipca 2007 – Norwegia (!!!)

Norwegia. Granica – faktycznie zupełnie niepozorna. Rzeka tocząca dość sporo wody, a za rzeką już norweski Karasjok. A właściwie – Samski. Bez większego trudu znajdujemy parlament Samów, budynek góruje nad miastem, chociaż dojazd nie jest specjalnie oznakowany. Jest już ok. 18-ej i wejść do środka nie można. Mimo to budynek parlamentu robi na nas jak najlepsze wrażenie. Jest połączeniem blach ze szkłem i elementami drewnianymi. Trochę kojarzy się z namiotem Samów (taka była idea), trochę z lasem, a trochę z górą i oceniamy, ze bardzo dobrze koresponduje z tutejszą naturą. Jak wytrawni globtroterzy obchodzimy obiekt naokoło, co miejscami jest wyzwaniem – od strony rzeki skarpa jest dość stroma. Obcowanie z Parlamentem nastraja nas wzniośle. Na parkingu chłopcy odtańcują taniec Samów. Szkoda, że żaden z autochtonów tego nie widział, z pewnością „urzekłaby go nasza historia”. Po małej półgodzince startujemy… Wróć. Tu przecież jest muzeum Samów – o, po prawej widać budynek z odnośnym napisem ! Która godzina? 18.50 – no to jak do siódmej, to zdążyliśmy! Do 18-ej. Właśnie wieszają kłódki, ostatnia grupa Niemców na emeryturze wychodzi z pokazu filmu o Samach. Dyskutują machając rękami – chyba im się podobało. Sacrebleu.
Na pocieszenie oglądamy część napowietrzną ekspozycji pilnowaną przez p. Sama. Nie wiemy czy jest „typowy” – ma ok. 3 stóp wzrostu. Chociaż patrząc na skórzane spodnie z ekspozycji nabieramy przekonania, że jednak typowy. U Pana Sama można kupić jakieś nieciekawe lokalne atrakcje typu wycinanki czy cuś. Za to ceny już całkiem norweskie. Kłaniamy się grzecznie – salemalejkum Bracie-i-zgrabnie-w ukłonach-tyłem-bez zakupu-do drzwi-udało się! Pan trochę zaspany – nie goni.
Na ekspozycję składaja się: tipi, ziemianki, szałasy myśliwskie – specjalny typ na zamarznięte mokradła, budowane na specjalnym rusztowaniu, pół metra nad ziemią, wraz z wyposażeniem i strojami „przenośna osada” Samów, rogi i ostrzałka do noży. No i kilka sztuk reniferów żywcem - za siatką.
Tyle. Jedziemy. Trochę źli, że nam poprzestawiany zegar zwiedzanie zniweczył.

No to – nad pierwszy w życiu fiord – Porsangen. Zobaczymy na ile jest dziki i czy to prawda, że gościowi z ręki jadły… :lol:

Jacek M - 2009-08-26, 02:05

Jeszcze kilka fotek - muzealnych :bukiet:
Pawcio - 2009-08-26, 08:58

Zapuściło... Jak to delikatnie powiedziane. :lol:
Fajna data 07.07.07.

Jacek M - 2009-08-26, 11:30

Lata praktyki :roza:
Chyba się zepnę i skończę, bo za chwilę świat się zmieni na tyle, że nic się nikomu nie przyda :haha: :haha: :haha:

Jacek M - 2009-08-26, 14:39

Dzień 8, sobota, 7 lipca 2007 – Norwegia, Fiord Porsangen

Z Karasjok droga prowadzi nas już prosto na północ, w stronę gór. Jedziemy bezludną, zalesioną (a raczej zakrzaczoną) okolicą. W zaroślach przebłyskują drobne i większe jeziorka. Malowniczo – ten odcinek jeszcze żywo przypomina Finlandię. Dopiero przed samym fiordem droga zaczyna się robić bardziej stroma i pokazują się skaliste grzbiety gór. Miga nam za oknem pierwsza tablica z napisem Nordkapp 193 km. Autentyczne ciary. Przez chwilę się zastanawiam, czy nie pociągnąć na raz ale szkoda mi pierwszego w życiu fiordu. Jak on to odczuje, nieboraczek?

Tymczasem patrzymy dookoła siebie. Wygląda to tak, że ściany skalne widoczne są dopiero od wewnątrz fiordu. Najpierw po lewej stronie towarzyszy nam kamienny uskok. Urwisko ma może 200 m wysokości, chyba nawet więcej. Chyba na pewno. Po niedługim czasie po prawej stronie również pojawiają się skały. Wreszcie – jest. Robi na nas wielkie wrażenie. Fiord Porsangen otwiera się wokół nas, ma kilka a może nawet kilkanaście kilometrów szerokości, wysokości ścian nie potrafię oszacować. Z mapy wynika, że otaczające nas skały mają od ok. 500 m przy ujściu do ok. 1000 m tu gdzie jesteśmy!. Ujścia nie widać - fiord ma 130 km długości i jest czwarty co do wielkości w Norwegii. Decydujemy się znaleźć jakieś w miarę zaciszne miejsce i nocować nad fiordem. Jakżeby inaczej  Ciary non-stop.

Po kilkunastu minutach znajdujemy przydrożny parking – na cypelku pomiędzy skałą a fiordem, na sporym wypłaszczeniu. Można po kamieniach zejść do wody. Widok łeb urywa. Ustawiamy się „stołem do wody” - będzie ciepła kolacyjka z widokiem na fiord. Ania jest nieoceniona. Obok nas zatrzymują się Litwini w podobnym wiekiem kamperku ale siedzą w środku - pogoda niezbyt zachęca do spacerów. Jest zimno, pewnie z 10 stopni i zimny wiatr. I piękne słońce. Godzina: dochodzi 21. Fotografujemy okoliczności wokół. Po kolacji – druga sesja, tym ciekawsza, że ok. 23.20 mamy… lokalny wschód słońca. Ono właściwie nie powinno zachodzić, więc pod linię horyzontu się nie chowa, jeno za skały. No i zza tej skały „wschodzi” albo raczej „wyłazi” 

Ok. północy sen nas przewraca – chłopaki jeszcze buszują na brzegu…

Tak minął nieustający poranek – dzień 8.

Jacek M - 2009-08-26, 14:57

I jeszcze troszkę Porsangena. Teraz wschód słońca. O północy (niemal :mrgreen: ).
WHITEandRED - 2009-08-26, 15:31

:spoko
Jacek M - 2009-08-30, 23:15

Popróbuję :mrgreen:

Dzień 9, niedziela, 8 lipca 2007 – Norwegia, Fiord Porsangen – w drodze na Nordkapp.

Pobudka – jak na nas dość rano bo już koło dziewiątej. A jeszcze przed pobudką ciekawa opowieść o pewnym zjawisku kulturowo-społecznym – niestety bez fotek, bo wysnułem się z kajuty bez fotoaparatu, za to z kamerą, wszelako powiesić filmu nie umiem.

Mrożąca krew w żyłach opowieść o sławojce – czyli jak to się robi w Norwegii.


A więc do rzeczy: na naszym parkingu od rana niespiesznie pojawiają się różne pojazdy. Poza śpiącymi na parkingu 3-ma kamperami coraz ktoś przystaje, ponieważ jest to pierwszy w drodze z Finlandii widokowy parking nad fiordem. No i także - jak gdyby nigdy nic podjeżdża od przeciwnej strony (czyli od północy, lub jak kto woli – z głębi Norwegii) dość zwyczajnie wyglądający dziarski VW Passat B4 w wersji kombi. Wóz raczej dobry niż zły – dość zadbany 8-10 latek. Z wozu wysiada na oko dość sympatyczny facet ok. 40-stki. Nie wygląda na turystę, raczej na lokalsa – jakiś solidny gość - drobny biznesmen albo może jakiś geodeta, a może serwisant czy technik – niewysoki, raczej krępy, sympatyczna twarz - broda, okularki, dynamiczne ruchy. Idzie do kibla. Zapomniałem powiedzieć – na parkingu, jak zwykle w Skandynawii stoi sławojka. Wersja półekskluzywna, tj. bez wody bieżącej ale ze spłukiwaniem jakimś płynem dezynfekującym, z lusterkiem z blachy, ma się rozumieć z zapasem papieru - słowem standardowy tutaj bajer. Uwaga, teraz będzie najlepsze. Facet sprawnie otwiera kolejno obie kabiny, zagląda do obu – zdecydowanym krokiem wraca do auta. Podjeżdża tyłem dość blisko kibelka. Otwiera klapę bagażnika. Za kilkadziesiąt sekund wyłania się zza samochodu – w gumowym fartuchu roboczym, gumowych rękawicach, z wiadrem, mopem itp. utensyliami. W ciągu kilkunastu minut facet robi kompletny klar obu kibli, zabiera śmieci w czarnych worach foliowych, zakłada nowe worki w śmietniczkach, uzupełnia papier i płyny. Myje podłogę, przywozi sobie jakieś płyny w kanistrach, dezynfekuje ustrojstwa itp. itd. Po +- kwadransie – pakuje majdan, rozbiera się z roboczych ciuchów i odjeżdża. Prawdopodobnie ma jeszcze dalsze kible do obróbki.

Nie wytrzymuję – idę sprawdzić, co namieszał w tak krótkim czasie. Wszystko. Podłoga – jeszcze nie całkiem wyschła – lśni czystością, wszystko pachnie po myciu, nigdzie ani skrawka papierka, sraltaśma założona (plus zapas)… Słowem - szok. Kulturowy.

Gość najbliżej miał z wyglądu do tego faceta z telewizora, od kalgonu – na oko jakiś technik, kierownik tartaku albo co, ale na pewno nie czyściciel wychodków (wg. Latrinengenerała ze Szwejka: „Haizelputzer”), a już na pewno nie obesrany czyściciel wychodków (die bescheissener Haizelputzer) każdy przecie wie jak wygląda choćby u nas pisuardesa – dla niewiedzących - z grubsza jak Bronisław Maj w benefisie Znaku, ale nie jak ten tutaj gość!

Wniosek: skoro facet wyglądał na zdecydowanie dofinansowanego i nie półidiotę, wręcz przeciwnie nawet, z tego wniosek, że jego mocodawcy dość poważnie traktują jego pracę. Facet pracował w niedzielę, więc prawdopodobnie robi to nie co niedzielę, tylko codziennie.
I może dlatego Norwegowie mają w całym kraju czysto i schludnie.

To było tak na marginesie. Wróćmy do niedzieli.

Niedziela jako taka.

Obudziłem się więc rano, poczyniłem pewne, powyżej opisane, a z naukowego punktu widzenia niezwykle istotne obserwacje kulturowe i ze śpiącą rodziną wystartowałem na Nordkapp. Nie ujechałem daleko – zatrzymał mnie dziwny niepokój – po pierwsze: zaczyna się robić pięknie i rodzina – z wozu! Po drugie – czegoś mi brak… Jajecznica… Wiem! Niedziela – kościół!

Jak znaleźć katolicki kościół w Norwegii? I to za kołem podbiegunowym? Norwegowie, jak Szwedzi nie są katolikami tylko kalwinami, to pamiętam z Sienkiewicza (zresztą wtedy chyba było to jedno państwo). Dodatkowo są do imentu zeświecczeni, pamiętam, co uderzyło mnie podczas wcześniejszych pobytów w Szwecji - 100 tys. miasto, jeden czynny zbór, a w nim na niedzielnym naborzeństwie 100 osób. No to wychodzi, że kościołów tu nie ma.

Myślę. Wiem! Internet! Odpalam Blueconnecta – sygnał po byku – śmiga! Szukam – właśnie, czego? Kościoła po Norwesku. Katolickiego. Wychodzi mi po dłuższym namyśle i wydłubaniu z pamięci nikłych resztek szwedzkich wyrazów „Katolska Kyrkon” No i pamiętam opinię wujka Janka szwedzkiego Polaka, że norweski do szwedzkiego ma się tak jak góralski do polskiego – brat Googl dopowiada resztę – po Norwesku faktycznie jest „Den katolske kirke” czyli jak w Murzasichlu. No i tu kolejny dziś szok kulturowy – Norwegia to dziwna kraj: Otóż ich kościół katolicki ma spójną politykę informacyjną – jest kompletna baza danych w Internecie, z diecezjami, parafiami, kościołami, godzinami mszy świętych, mało tego – z namiarami na księży (prywatne adresy i … telefony!) wszystko wystandaryzowane, w jednym wspólnym serwisie – mają Państwo wyobrażenie? Żeby nie było żem gołosłowny: http://www.katolsk.no/ jak kogoś interesuje sytuacja kościoła katolickiego w Norwegii – zachęcam do kliknięcia na polską flagę u dołu strony, warto.

Kolejne zaskoczenie kościelne – wszyscy (lub prawie) księża na północy mają dziwnie znajomo brzmiące nazwiska. Np. w parafialnym Hammerfest - Dariusz Banasiak i Wojciech Egiert. No ale do poszukiwań. Wyszło mi, że do Honigsvag, które jest po drodze niestety nie zdążymy, a jedyna możliwość byłaby w Alta ale dopiero wieczorem ale jest to w zupełnie odwrotną stronę… Na wszelki wypadek dzwonie do księdza Banasiaka – może coś się zmieniło w rozkładzie jazdy? Niestety, jest mile zaskoczony moim telefonem ale potwierdza wersję ze strony – trudno. Kapitulujemy. Strata podwójna – raz religijna – dwa poznawcza – pogadać z polskim księdzem na końcu świata – to ci dopiero gratka!

Na pocieszenie – jajecznica na kiełbasie (z polski) i – chodu. Tym bardziej, że za oknem zaczyna się odlot… a my ciągle nie możemy wystartować - niemal pół dnia już za nami i ciągle prawie 200 km od celu...

WHITEandRED - 2009-11-28, 17:31

:spoko
Jacek M - 2009-12-01, 23:13

He, he - właśnie ostatnio niezbyt było ale pomału chce wrócić :)
Muszę tę relacyjkę skończyć nim zapomnę :haha:
Dzięki za motywację :kwiatki:

OldPiernik - 2009-12-02, 09:52

I co dalej??
Jacek M - 2009-12-13, 22:13

No to trochę zdjęć. Co tu pisać? "Koń jaki jest każdy widzi".
Jacek M - 2009-12-13, 22:29

No i dalej, na północ...
Jacek M - 2009-12-13, 22:43

I dalej...
Jacek M - 2009-12-13, 23:05

Coraz bliżej...
Pawcio - 2009-12-13, 23:05

Jacek M napisał/a:
No to trochę zdjęć. Co tu pisać? "Koń jaki jest każdy widzi".

Lepszy koń w garści ...

Jacek M - 2009-12-13, 23:08

to bardzo indywidualna kwestia :bajer - nie zmieniaj tematu :haha:
Jacek M - 2009-12-13, 23:35

Nie tylko Anglia, uważacie Panowie, jest wyspą...
Na wyspie - jak to na wyspie. Trochę wyspiarzy - tu nawet jak na Norwegię niezbyt wielu :)
Żyją trochę z ryb, a więcej z turystów. Wzdłuż drogi zdarzeją się chatki do wynajęcia - numer telefonu do właściciela najczęściej bywa nagryzmolony na jakiejś tabliczce...
Ciekawostka: ważnym elsmentem gospodarki wyspy jest hodowla (!) reniferów. Łażą sobie wolno - tunelem nie uciekną, a żadnych naturalnych wrogów na wyspie nie mają - sielanka?

Jacek M - 2009-12-14, 00:09

Wyspa - cd.
Krajobrazy - coraz bardziej północne. Roslinności - prawie zadnej. Wewnątrz dolin - trochę lichej trawy, od strony morza - raczej gołe skały. W zatoczkach - przycupnięte "rorbu" chatki rybackie - obecnie najczęściej na wynajem dla turystów, choć nie tylko. Miniprzystanie z jednym kutrem - tez się zdarzają. Zaraz po wjeździe na wyspę mijamy Mikroskopijną osadę Sarnes. Malownicze domki widać coraz - to z innej perspektywy. Topniejemy. Góry coraz wyższe. Wysokość bezwzględna kilkaset m.n.p.m. robi wrazenie. W środku wyspy osada Valan - mimo pięknego położenia robi nieprzyjemne, przemysłowe wrażenie - jakieś kontenery, beczki z ropą (?) - tu się pracuje. Wszystko zaopatrzone w silne okablowanie - oświetlenie jest niezbędne - w końcu pół roku to noc. Skręcamy do Honigsvag. To siedziba gminy Nordkapp i wszystkich jej instytucji: radio, biblioteka, hotele - słowem - wielki świat. Znajdujemy też bankomat i kamping. Na kempingu bez najmniejszego trudu opróżniamy kibelek i wymieniamy kamperkowi płyny ustrojowe - należy mu się. Od Rovaniemi nie znaleźliśmy nic odpowiedniego. Ucinam pogawędkę z Holenderką prowadzącą recepcję. Siedzi tu cały rok, mimo, że kamping pracuje przez kilka miesięcy. A może by tak p...nąć wszystko i do Honigsvag?

Jacek M - 2009-12-14, 00:26

No i wreszcie...
Jacek M - 2009-12-14, 00:35

Nordkapp...
WHITEandRED - 2009-12-14, 16:52

:spoko
darboch - 2009-12-14, 19:00

Pod sam koniec z tego co widze pogoda sie popsula a na przyladek [tuz obok] Knivskjellodden dotarliscie ??
Jacek M - 2009-12-14, 22:31

Śmy. W klasie w ogólniaku miałem kolegę, także Jacka, na którego mówiliśmy "Łysy" Poza tym , że jajcarz jak wszyscy, był takze typem mózgowca, charakteryzował się m.in. tym, że chętnie wchodził w spory, przy czym się fajnie zacietrzewiał i na ogół - niestety - miał rację. Otóż Jacuś na jakiejś lekcji geografii powstał i oznajmił "pani profesor, tu głupoty piszą, bo najdalej na północ to jest wysuniety Knivskjelodden, a nie Nordkapp..." jakoś mi to utkwiło w pamięci. Bydlątku nie darowaliśmy i o mgle też będzie więcej. Fajnie będzie.
Pozdrawiam
Jacek M

Jacek M - 2009-12-20, 23:13

Dzień 9, niedziela, 8 lipca 2007 – Norwegia, no i Nordkapp...

Wielka radość. Wszak to cel wycieczkowy, a nie zyciowy, wszelako chyba nic wcześniej w życiu nie sprawiło mi takiej satysfakcji :mikolaj

Jacek M - 2009-12-20, 23:31

Kilka refleksji z drogi:
1/. wyobrażaliśmy sobie, że odcinek drogi wzdłuż fiordu Porsangen będzie dziki i bezludny - nic bardziej mylnego. Nie było chyba takiego momentu, żeby w zasięgu wzroku nie było ludzkich siedzib - może jedynie w miejscu, gdzie droga po wyjściu z tunelu prowadzi wąziutką półką pomiędzy skałą a fiordem.
2/. chyba jedyny sklep jest przy skrzyżowaniu z drogą do Alty i Hammerfest
3/. polecamy tunel na Nordkapp - nie dość, że długi to w środku pełen zakrętów - na prawdę robi wrażenie - w pewnym momencie do hamowania używaliśmy 1 biegu (!). No i ta świadomość, że nad głową jest prawie 200 m wody... brrr! Niechby jakiś mały wstrząsik :shock: Do tego na samym dnie tunelu przeżyliśmy lekki stres z powodu bardzo silnego smrodu spalin - myślałem, że to wydech zaczął "przeciekać", co na końcu Norwegii nie byłoby bardzo przyjemne - okazało się, że to zwykły cywilizacyjny smog (!) - tunel ma zbyt słabą wentylację. Minęliśmy tam dwójkę rowerzystów - spotkalśmy się ponownie na Nordkappie - powiedzieli, że z powodu spalin ledwo przejechali.
4/. Prawdziwa dzikość zaczyna się dopiero za tunelem na wyspie Mageroya. Droga wchodzi w głąb wyspy - faktyczna "głusz".
5/. Bardzo warto podjechać do Honigsvag - miasteczko położone jest malowniczo na stoku nad brzegiem zatoki i stanowi samowystarczalny mikrokosmosik - klimaty iście jak z Przystanku Alaska, a brak reniferka na ulicy z pewnością był tylko chwilowy :) oczywiście komunikacja ze światem jak najbardziej jest - poza "naszą" drogą przez port i lotnisko
6/. Mgła - to właściwie nie mgła, tylko chmurki. Obłoczki nad morzem mają pułap 100 m, właśnie tyle ponad wodę jest wyniesiona wyspa, sam Nordkapp ma urwiska ok 200m.
7/. Tunel na wyspę jest płatny - od samochodu. Wjazd na parking Nordkapp też, dla odmiany od osoby. W sumie na 4 sztuki wyszło nam ok. 800 NOK. Na Nordkappie w ramach opłaty można przebywać 2 doby. W ramach opłaty - zwiedzanie muzeum Nordkapp, projekcja filmu i możliwość odpoczynku w pawilonie
8/. Zabudowania. Na zabudowania Nordkapp sklada się obszerny, wysoki i widny przeszklony hall - z niego jest przejście do innych części - duży sklep z pamiątkami, dwa autobusy na raz - spoko :) wybór średni ceny dość wysokie, ale można od biedy coś wybrać dla siebie i celem obdarowania tych co jeszcze nie byli :) Restauracja na Nordkappie - wykuta w skale grota, teoretycznie z widokiem z urwiska, z racji mgły - bez widoku. Jedzenie nie zainteresowało nas do tego stopnia, że nawet kawę piliśmy w kamperze... Sala kinowa prezentuje film nakręcony z samolotu i oglądany na 3 ekranach jednocześnie - otaczających widza - taka nowinka, podobno zapierająca dech w persiach. Mnie tam dużo bardziej zatykało to co sam widziałem niż szalone akrobacje lotnika-fotografa :bajer
9/. Kaplica "ekumeniczna" - dobrze sobie myślę, wszak niedziela, skupić się chwilę nie zaszkodzi. Jakoś wszelako mój zaściankowo-zakuty pogląd na ekumenizm nie ulepiał się z tym Nordkapskim. Ten tutejszy to raczej dla miłośników Neptuna, staruszki Gai i św. Ekologii ... Kaplica symbolizuje zdaje się morską toń, jako, że cała niebieska, jakoby podmorska grota. Jakieś krzesełka - przykucamy, gra: muzyczka z głośniczka - jakieś dźwięki niby szum moża, niby serce planety - jakas gaja, czy co? Jakoś zupełnie mi to nie konweniuje z jakakolwiek przyswajalną nam zakutym Polakom-katolikom ideą transcendentną. Wychodzimy - zupełnie nie przekonani.
10/. No i muzeum - Tajlandii(?)

A tu w głównym holu jakieś podniecenie - co w Norwegii dziwnem się zda...

Jacek M - 2009-12-20, 23:39

Kapliczka?
Jacek M - 2009-12-21, 00:02

Dzień 9, niedziela, 8 lipca 2007 – Norwegia, wreszcie Nordkapp... cd.

No i się nam trochę rozchmurzyło... Chłopaki stwierdzili, że bez chmur nie poszliby się drugi raz fotografować nad urwiskiem. Jednak chmurki dają poczucie bezpieczeństwa...

WHITEandRED - 2009-12-21, 16:14

:spoko
Jacek M - 2009-12-24, 03:12

Była trochę męcząca dla mnie - przy jednym kierowcy powinna być zaplanowana na 4 tygodnie, nie na 3, wtedy - luz - blues. Albo szofer na zamianę :mikolaj
Ale najmilsza z żon mi wyjaśniła: "przecież widoki wynagradzaja ci zmęczenie, prawda?"
Prawda.

Pozdrawiam

Jacek M

Tadeusz - 2009-12-24, 08:18

Jacek M napisał/a:
Ale najmilsza z żon mi wyjaśniła: "przecież widoki wynagradzaja ci zmęczenie, prawda?"


Skąd ja to znam!?
A swoją drogą - to prawda! :wyszczerzony:

Pawcio - 2009-12-25, 14:50

Jacek M napisał/a:
Ale najmilsza z żon mi wyjaśniła: "przecież widoki wynagradzaja ci zmęczenie, prawda?"


Święta prawda!

A w Norwegii jest to po trzykroć prawda! :ok

Pawcio - 2009-12-25, 14:57

PS

Ale naprawdę pięknie jest tam właśnie teraz!

http://www.nordkapp.tv/index.php?id=4626251

Jacek M - 2009-12-25, 21:17

Cytat:
A tu w głównym holu jakieś podniecenie - co w Norwegii dziwnem się zda...


Na Nordkappie - zgodnie z "biletem" zabawiliśmy 2 doby - to znaczy przyjechaliśmy ok. 20-ej potem chwila odpoczynku, fotografie, zwiedzanie zabudowań i ok. 2 w nocy - spać. Spało nam się wyjątkowo dobrze - od momentu zmiany kierunku parkowania. Otóż okazało się w nocy ( :shock: ), że spać nie idzie, po ... gwiździ panie tak, jak uczciwszy wszyskich kibiców Korony - w Kieleckiem. Oczywiście piecyk trumy na pełny "zicher", na zewnątrz - +4 (lipiec!!!), a w kamperze niewiele cieplej - wszystko pozamykane, a przeciągi, że mało łba nie urwie. Myślę... Intensywnie... - otwieram drzwi - mało nie odlatują. Wiatr wali w prawy tylny narożnik, a przeciąg atakuje z okolic lodowki... - mam! - łapiemy strumień lodowatego wichru przez otwory do wentylacji lodówki!!! - wiatr wieje prosto w nie!
Nie, no po nocy nie będę ich zamykał zresztą pewnie nawet po zamknięciu kratek pozostałe szpary wiatrowi wystarczą - niewiele myśląc odpalam kamperka i odwracam kratkami do zawietrznej... i zapanowała błoga cisza. Dobranoc.

WHITEandRED - 2010-04-02, 19:15

Rano wstaliście i cooo?
darboch - 2010-04-03, 08:53

WHITEandRED napisał/a:
Rano wstaliście i cooo?


mgła 8-)

Pawcio - 2010-04-03, 13:01

Nie wstali.. śpią dalej! :szeroki_usmiech
Jacek M - 2010-04-03, 15:50

WHITEandRED napisał/a:
Rano wstaliście i cooo?

Obiecuję, że w Święta napiszę :aniolek
W TE święta :-P

WHITEandRED - 2010-04-03, 21:59

:spoko
Jacek M - 2010-04-04, 23:36

Właśnie jakimś nieopatrznym kliknięciem skasowałem sobie gotowy post. Nie będzie w święta. :obojetne
Pawcio - 2010-04-05, 20:38

Hehe... Śpijcie smacznie! :bigok
WHITEandRED - 2010-12-11, 11:12

:spoko
neptyk - 2010-12-11, 16:46

Przeczytalem z zapartym tchem

Panu Jackowi M stawiam piwo za jezyk polski, no i to cos z Wankowicza, Lesmiana no i moze jeszcze z Janka Pietrzaka...
I za ortografie...

Brawo!

neptyk

Camp77 - 2011-01-23, 15:05

Przeczytałem dzisiaj. :shock: Super relacja. :brawo
Właśnie zastanawiam się na Norwegią. Nie pomyslałem aby przez Finladię a nie przez
Niemcy i Danię. :shock:
Gratulacje za wspaniałą relację.
Pozdrowionka :spoko :spoko :spoko

jacekj - 2011-01-23, 18:10

Super relacja!!!!Super fotki!!!!Pozdrawiam :spoko
Pawcio - 2011-01-24, 09:29

Jacenty, może Wielkanoc? :ok
Jacek M - 2011-05-03, 22:45

Jaszcze mnie tu pamiętają... :mikolaj
StasioiJola - 2011-05-03, 22:48

Pamiętają, pamiętają Jacku!!! :szeroki_usmiech :spoko I Twoje opowiesci z Norwegii!!! :bigok :bigok
Andrzej 73 - 2011-05-03, 22:50

Jacek M napisał/a:
Jaszcze mnie tu pamiętają...


Fajnie , że zaglądasz czasem ;)

:spoko

Tadeusz - 2011-05-04, 08:32

Jacku, to oczywiste, że pamiętają. :wyszczerzony:
Pamiętają również Twoją obietnicę kontynuacji opowieści o norweskich przygodach.

Pamiętliwi są. :szeroki_usmiech :spoko

Pawcio - 2011-05-04, 11:34

Jacek M napisał/a:
Jaszcze mnie tu pamiętają... :mikolaj


Pamiętliwe z nas bestie.. i cierpliwe! :mikolaj

WHITEandRED - 2011-06-10, 20:46

:spoko
eMKa - 2011-06-14, 22:09

Chyba Cię dogonie, :) wyruszam taką sama trasa 25.06.2011
WHITEandRED - 2011-10-28, 17:41

:spoko
Pawcio - 2011-11-02, 18:04

eMKa napisał/a:
Chyba Cię dogonie, :) wyruszam taką sama trasa 25.06.2011




Hej eMKa, już wróciłeś? Nie widziałeś gdzieś tam po drodze naszego Jacusia? ;)

darboch - 2011-11-03, 10:24

Pawcio, z tego co zauważyłem Jacek "żegna" się ze swoim kamperem a więc może i z forum również :roll:
Jacek M - 2011-11-03, 11:52

Pawcio napisał/a:
eMKa napisał/a:
Chyba Cię dogonie, :) wyruszam taką sama trasa 25.06.2011


Hej eMKa, już wróciłeś? Nie widziałeś gdzieś tam po drodze naszego Jacusia? ;)


Znowu wyciągacie niedźwiedzia z gawry...
Nic nie obiecam - od pół roku bujamy własny biznes, rozumiecie :shock:
Właśnie próbuję się przełamać przez break even point - co powinno przynieść również i taki skutek poboczny, że od nowa zacznę postrzegać świat zewnętrzny (jako taki).
A wtedy - kto wie... :ok :spoko :aniolek :haha: :kwiatki: :mikolaj :roza:

Jacek M - 2011-11-03, 11:53

A z kamperem się nie pożegnałem - nikt go nie chciał :haha: :haha: :haha: :bajer
WHITEandRED - 2011-11-04, 15:23

:spoko
eMKa - 2011-11-04, 21:29

Pawcio napisał/a:
eMKa napisał/a:
Chyba Cię dogonie, :) wyruszam taką sama trasa 25.06.2011




Hej eMKa, już wróciłeś? Nie widziałeś gdzieś tam po drodze naszego Jacusia? ;)


Wróciłem - po 5 tygodniach i ponad 10500 km.(dom-dom)
Pełny wrażeń, przymierzam się do relacji, ale aż strach zacząć :shock: .Na forum kilka relacji non stop i to pisanych jak profesjonalne przewodniki.

WHITEandRED - 2011-11-04, 21:39

:spoko
darboch - 2011-11-05, 10:18

eMKa napisał/a:
Pełny wrażeń, przymierzam się do relacji, ale aż strach zacząć .Na forum kilka relacji non stop i to pisanych jak profesjonalne przewodniki.


Zachowaj swoje wrażenia i dawaj, wtedy będzie napewno świetna...nie przejmuj się sie innymi relacjami.
Z ciekawością czekamy na to jak Ty widziałeś Norwegię. :spoko

Pawcio - 2011-11-05, 23:02

eMKa napisał/a:
Wróciłem - po 5 tygodniach i ponad 10500 km



WOW! :ok

Czekamy na relację! :bigok :bigok :bigok

Jacek M - 2012-11-26, 00:55
Temat postu: Come on the road again!
Powrót po chwili. No dobra - po kilku chwilach :mrgreen: .

Minęło czasu mało-wiele aż nadeszła chwila, w której poczułem, że już mogę pisać dalej – skromnie: przypływ natchnienia, jak to zwykle u wielkich artystów bywa. Parę spraw się widać musiało zadziać, a to bądź: po kilkakroć (coś 4 czy 5 razy) musiałem przerobić stawanie się bezrobotnym, wreszcie ożenić syna, wreszcie otworzyć firmę, wreszcie zarobić, wreszcie stracić na niej, aby na koniec zostać szczęśliwym dziadziem pięknej Zuźki, żeby pojąć, że świat nadal działa, rzeki płyną, słońce wschodzi i zachodzi, a krowy wciąż nazywają się Mećka i Raba, a wszystko to najprawdziwsza prawda! I szczerze mówiąc całe szczęście, że nie musiałem dla rozpoczęcia pisania spalić jakiego Zatybrza, jak ten idiota Neron.

Dziękuję tym z was co dawali mi sygnały, że jestem komuś potrzebny – to ważne. Tedy dla tej wiernej grupki druhów (no i wszystkich pozostałych) opowieść na nowo potoczę.

Zakończyła się ona gdzieś na Nordkappie, a zapowiedziałem pewne ciekawe wydarzenie, którego byliśmy zaskoczonymi świadkami – no to teraz będzie o tem.

Dzień 10, poniedziałek, 9 lipca 2007 – Nordkapp - do godz. 13.30

Na samym wstępie

Otóż więc na samym wstępie - nie do opowieści, tylko do ośrodka Nordkapp, w szklanej gablotce, znajdziemy spory kamień – jest na którymś zdjęciu. Kamień zaopatrzony jest dość sporym wykutym reliefem – bohomazem. Bohomaz rzeczony wygląda jak jakiś znak runiczny choć na pierwszy rzut oka jego kształt kojarzy się raczej z jakimś symbolem azjatyckim. Nie ma żadnego opisu, przez szpary w szklanej gablotce turyści wrzucają kamieniowi drobniaki, którymi jest gustownie oprószony. Co to?

Na razie bez odpowiedzi. Podróżując podziemnym korytarzem prowadzącym do niezachęcającej restauracji z niewidocznym (mgła) widokiem mijamy po drodze atrakcje Nordkappu, takie jak: toaleta, kino z samolotem, kapliczka - niekapliczka i – muzeum Tajlandii (??!) A co robi muzeum Tajlandii na Nordkappie? W pierwszym ruchu – pomijamy jak każda niepilnowana wycieczka jakąś lokalną „izbę pamięci”. Jednak po skorzystaniu ze wszystkich dostępnych z korytarza atrakcji – ciekawość zwycięża - wejdziemy też do muzeum Tajlandii (?!) – co tam. Pierwsze wrażenie – pusto. No bo kto i po co miałby oglądać Tajlandię na Nordkappie – logiczne. Ale w muzeum coś nas zaciekawia – czy nowoczesne rzęsiste oświetlenie wyodrębniające eksponaty? Czy – właśnie cisza i spokój – sami nie wiemy dość, że zaczynamy czytać opisy. I zaczynamy się wciągać w pasjonującą historię, przedstawioną przez ekspozycję.

Kto był turystycznie na Nordkappie?

Na początku dowiadujemy się o odkryciu Nordkappu w XVI w., pierwszej zanotowanej wizycie turystycznej księdza Francesco Negri z Ravenny, który był tu w 1667 podczas swej samotnej podróży na północ, podczas której chciał zgłębić możliwości przetrwania człowieka na dalekiej północy. Swoje podróże ksiądz skrupulatnie opisywał był, dzięki czemu wiemy, co zanotował: "Oto jestem na Nordkapp - na samym skraju cywilizacji - i mogę powiedzieć, że mój głód wiedzy jest zaspokojony. Teraz mogę podróżować na powrót ku ojczyźnie, jeśli Bóg dopuści". No to w sumie - jak my! Po długiej przerwie w znanych ludzkich odwiedzinach, zawitał tu król szwedzki Oskar II w roku 1873. Po prostu stwierdził, że warto sprawdzić, czym też z Woli Bożej przyszło mu zarządzać. Ponieważ relacje tak króla jak i świty były entuzjastyczne – rozpoczął się słaby zrazu, lecz rosnący „ruch turystyczny”. Oczywiście pomogły tu pewne udogodnienia wykonane na cześć królewskiej wizyty – prowizoryczna przystań u stóp Nordkappu i prowizorycznie zorganizowane dojście na górę (nie mogło przecież Królisko najprzód wskakiwać do wody a potem skrabać się po grani). Powstało też na górze pierwsze prymitywne schronienie, z czasem rozbudowywane.

Nic też dziwnego, że Nordkapp, jako północny koniec cywilizacji, pokazano w 1907 odwiedzającemu Szwecję Ramie V, królowi Syjamu. Dziś wizyta kierownictwa azjatyckiego kraju wygląda całkiem normalnie ale na tamte czasy było to dla Europy zjawiskiem dużo ciekawszym niż jakakolwiek z dzisiejszych wizyt – no może gdyby wkurzeni kolejną sondą kosmiczną odwiedzili nas wreszcie kurtuazyjnie Marsjanie – byłoby to zjawisko podobnej skali. W czym rzecz?

Rama V – władca oświecony.

Ano rzecz w tym, że wizyta w Europie króla Chulalongkorna, była pierwszą w historii oficjalną wizytą monarchy Azjatyckiego na dworach europejskich. Mocarstwa europejskie budowały wpływy w koloniach, obalając lokalnych monarchów i obejmując „protektoratem” coraz większe połacie kolonii ale aż do wizyty króla Tajlandii, zwanej wtedy Syjamem, nie znalazł się nikt umiejący nawiązać z Europą równorzędne stosunki. Znaczenie stosunków z Europą docenił podobno już król Dżessadabodindra (Rama III), stryj Chulalongkorna. Pozostawił następcom silne państwo, zwyciężał w konfliktach z Birmą (wspierając Brytyjczyków), Wietnamem i Kambodżą, w znaczny sposób uzależniając te kraje od Tajlandii. Jedyne zagrożenie, przed którym przestrzegł następców, to rosnące wpływy Zachodu. Jednocześnie nie czuł do Europy niechęci ani obawy. Jego następca i jednocześnie brat Mongkut, wprowadził na swój dwór Europejczyków i chętnie korzystał z ich wiedzy. Znał angielski, zatrudnił również angielska nauczycielkę dla swoich dzieci (na kanwie tej historii powstał w 1999 r. film „Anna i król” z Jodie Foster).

Syn króla Mongkuta, wychowanek wspomnianej Jodie Foster (oryginalnie Brytyjki, Anny Leonowens), nazwany później Rama V, postanowił uprzedzić zapędy Europejczyków – jako młody król zdecydował zapoznać się z europejskimi systemami rządów – zwiedził w tym celu Indie brytyjskie i Jawę (rządzoną przez Holendrów). Na bazie zdobytej wiedzy rozpoczął bardzo głębokie reformy państwa i armii. Aby lepiej zrozumieć Europejczyków, król postanowił udać się do Europy. Pierwsza jego wizyta miała miejsce w 1897 roku – wtedy po wylądowaniu we Włoszech przejechał z Rzymu przez Wiedeń i Warszawę do Petersburga i Sztokholmu. Celem wizyty było pozyskanie przychylności cara Rosji jako przeciwwagi do zagrażających Tajlandii Brytyjczyków i Francuzów. Po raz drugi król był w Europie w 1907 – wtedy stocznia w Nicei zbudowała specjalnie dla niego supernowoczesny parowy jacht, którym opłynął Europę i ponowne odwiedził dwory panujące, wtedy też był na Nordkappie.

Rama V w swoich czasach był nazywany przez Tajów พระพุทธเจ้าหลวง /Phra Phuttha Chao Luang/ czyli “Królewski Budda”, ponieważ jako pierwszy z dynastii Chakri wstąpił do klasztoru aby zostać mnichem. Po jego śmierci, króla obwołano mianem พระปิยมหาราช / Phra Piya Maharat/ co można przetłumaczyć jako “Wielki, Ukochany Król”. Cóż takiego zrobił król Rama V, aby zasłużyć sobie na tak wielkie poważanie u Tajów?

Rama V dobrze wykorzystał europejskie podróże

- wprowadził w życie wiele reform, które usprawniły życie w Tajlandii. Począwszy od reform administracyjnych, przez usprawnienie komunikacji lądowej, założenie poczty, telegrafów i telefonów, skończywszy na utworzeniu szkół przy Wielkim Pałacu w Bangkoku, z której jedna wykładała język tajski dla osób mających pracować na dworze królewskim, a druga język angielski nauczany przez obcokrajowców. Rama V, był pierwszym tajskim monarchą, który nie tylko odwiedził sąsiadujące kraje, ale także dwukrotnie udał się do Europy ( był również w Polsce!). Dzięki zauroczeniu europejską kulturą, król Chulalongkorn nakazał wybudowanie wielu pałaców i domów na wzór europejski. Przywiózł z Europy do Tajlandii również zwyczaj jedzenia z użyciem sztućców (dotychczas Tajowie jadali tylko rękoma). Rama V, oparł się również naporowi kolonializmu, podczas gdy sąsiednie kraje stały się koloniami Wielkiej Brytanii i Francji. Tajlandia (ówcześnie Syjam) dzięki bardzo dobrze prowadzonej polityce swojego władcy, uchroniła się od zniewolenia przez inne narody. Dobrym przykładem tutaj wydaje się akt Brytyjsko – Syjamski podpisany w 1909, w którym to Syjam zrzekł się praw do 4 sułtanatów Malajskich na rzecz Wielkiej Brytanii, otrzymując jednocześnie wsparcie finansowe na budowę dróg kolejowych na południu kraju. Król potrafił też w drodze pokojowych negocjacji zagwarantować swemu krajowi pokój z kolonialną Francją i stabilną granicę na zachodzie.

Dla ciekawych podaję pełne imię króla: Phra Bat Somdet Phra Poramintharamaha Chulalongkorn Phra Chunla Chom Klao Chao Yu Hua – co zapisane w oryginale wygląda dużo prościej: พระบาทสมเด็จพระปรมินทรมหาจุฬาลงกรณ์ฯ พระจุลจอมเกล้าเจ้าอยู่หัว – zwanego także Rama V, jako piąty kolejny władca z dynastii Chakri.

Król miał królewskim obyczajem sporo żon, a kilkunastu swoich synów zdecydował kształcić w Europie.

Ciekawostka:

Rama V podczas pierwszej podróży zatrzymał się w Warszawie, mieszkał w Łazienkach, a z zachowanych źródeł wynika, że Polska (wielokrotnie w listach do żony użył tej nazwy, mimo iż formalnie Polska nie istniała) bardzo mu się spodobała. Wiadomo również, że na publiczności polskiej bardzo dobre wrażenie wywołał potężny król z dalekiego kraju, troszczący się o swoich poddanych i zabiegający o ich teraźniejszą i przyszłą pomyślność.

Bogatsi o wiedzę o Ramie V jak również o tajemniczym rycie na kamieniu (tak, ten bohomaz wydrapali Tajowie w 1907 ) rozpełzliśmy się po Nordkappie. Żona z dzieciętami udała się do zewnątrza – ja, markując zainteresowanie wystawą fotogramów rozstawionych u jednej ze scian rozległego hallu – schroniłem się wewnątrz przed dojmującym wichrem. Wystawa zaciekawiła mnie nieco, ponieważ przedstawiała na licznych historycznych fotogramach bardzo zamierzchły Nordkapp, a także wizytę króla Ramy V z początków wieku. Snując się tu i tam zauważyłem także stoliki przygotowane zdaje się do otwarcia tej wystawy – przykryte białymi obrusikami z jakimiś mikroskopijnymi ciasteczkami. Niestety obsługa starała się tak sprytnie manewrować po sali, żeby uniemożliwić mi niepostrzeżone łasowanie. Przyczaiłem się. Z doświadczenia albowiem wiedziałem, że w trakcie takiej imprezy dość łatwo załapać darmowego kielicha, byle tylko stać niedaleko…

Kto to?

Coś się nagle poruszyło - jacyś panowie odrobinę nerwowi pojawili się w okolicach wejścia, znajdującego się w połowie przeszklonej ściany, otwartej na morską perspektywę. No to zaraz zacznie się raut… Aż tu naraz: otwierają się drzwi na zewnątrz i wpadają do środka dziewczątka, młodziutkie speszone, ubrane jakoś ni to zwiewnie, ni to z chińska, sztuk kilka – kilkanaście. Pospiesznie składają parasolki i plastikowe pelerynki, które chroniły je na zewnątrz od wiatru niosącego mżawkę. W trakcie tej operacji drzwi otwierają się ponownie – dwóch szybkich panów z gumą w zębach sygnalizuje nadciągających oficjeli – godny Pan z ciężkim łańcuchem – jak u urzędnika stanu cywilnego toruje drogę dość korpulentnej acz energicznej niewieście lat niecałych 50-ciu. Niewiasta – dziarska, jedynie w sukniej, mimo wichru bez garderoby zwierzchniej, wszelako w odważnych fioletach, pięknie kontrastujących z czarnymi upiętymi w kok włosami i w ciemnych okularach.

I szok: liczne dziewczęta – padają w ukłonie, to znaczy może nie dosłownie na twarz ale wrażenie jest piorunujące – one naprawdę dygają w bardzo głębokich ukłonach i zastygają w bezruchu, a oczęta naprawdę wbijają w ziemię. I jest to najszczersza w świecie feudalna pokora, bez śladu udawania czy koniunktury – szczerze spuszczają oczy w najgłębszym szacunku. Szok!

Królowa – księżniczka (nie wiem) nie próbuje nawet wytłumaczyć dziewczynom, że ich zachowanie jest nie na miejscu, mija je jak powietrze, pozwala odebrać zdjęte okulary i przechodzi w głąb sali. Niestety, nie wiem skąd wyhynięte siły porządkowe w postaci pani policjantki nie pozwalają zbliżyć się w okolice tartinek… Telefon! Pal sześć roaming, królowe (księżniczki?) widuje się oko w oko nie co dzień… „Ania? Widziałaś? Co, też masz zdjęcia? Aleee!”

Dopiero za chwilę oczywista, zdawałoby się, refleksja – a którego to my dzisiaj mamy? Toż Rama V był tu równo 100 lat temu. Prawnuczka? Ale jaja!!!

Chłopaki i żona mają swoją rewelację: jedna z dziewczątek wypuściła na wietrze zwiewną apaszkę swą – Karol, urodzony gentleman, nie mogąc znieść troski młodej damy – puścił się skałami na pomoc i – ułowił, póki co – apaszkę. Oddał dziewczęciu. Jakżesz ono się spłoniło, ileż ukradkowych spojrzeń i nieśmiałych uśmiechów – poezja młodości. I co Karol wziąłeś telefon? (…) Cóż, młodość… 

Patrzę w samochodzie na zdjęcia – skąd ja ją znam? Tak! Wczoraj dość znudzonym krokiem chodziła po sklepie z pamiątkami, wyglądała jak Sophia Loren incognito: chustka na włosach, czarne okulary, spodnie, skórzana kurtka, plus dwóch bodygoryli i zwyczajnie, robiła zakupy. Pomyślałem wtedy sobie coś na temat milionerek z gorylami, nawet nie pamiętam już co prawie.

No takie coś!
Poniżej, na dowód, kilkoro zdjęć zamieszczam.
Aha - taką stronę http://tysiacusmiechow.wordpress.com/tag/rama-v/ wykorzystałem. Trochę. I tę też - nieco: http://www.rp.pl/artykul/869954.html?p=4 - tu jest zresztą więcej o królu w Warszawie - fajne :)

Tadeusz - 2012-11-29, 00:58

Jacku, stawiam piwo za fantastyczną pracę. Sporo się nauczyłem. :spoko
Jacek M - 2012-11-29, 01:20

Dzięksy :) ) powiem Ci, że dla mnie to też niezwykle fascynujący smaczek. Ponieważ od wizyty już chwila minęła, chciałem uporządkować wiedzę - okazuje się, że w internecie wcale nie tak łatwo coś znaleźć - o licznych przewagach tajskich królów dopiero na angielskiej Wikipedii jest sporo.

Swoją drogą zawsze uważałem, że najlepszym ustrojem jest oświecona monarchia, tylko skąd tu wziąć oświeconego monarchę? - a tu - proszę!

Skorpion - 2012-11-29, 08:23

Jacku wspaniala opowiesc. :spoko
Jacek M - 2012-11-29, 11:24

Dzięki :)
Jak w niedzielę znajdę chwilę - będzie thriller psychologiczny :) )

Skorpion - 2012-11-29, 12:32

Czy mam sie juz zaczac bac??
StasioiJola - 2012-11-29, 12:56

Trochę się naczekaliśmy na dalszy ciąg opowieści - ale tym bardziej lepiej smakuje!!! :szeroki_usmiech :bigok
Jacku piwko dla Ciebie!!! :spoko

Jacek M - 2012-11-29, 20:05

Lepiej późno niż wcale - powiedziała babcia
spóźniając się na pociąg.... :mrgreen:


Piffko lubię :ok
Výčapný Ležiak Tmavý 11.5%

Pawcio - 2012-11-29, 22:08

No! Cierpliwość się opłaca. :szeroki_usmiech


Jak widać na załączonym obrazku niejednokrotnie można się również samym tekstem zachłysnąć.
To jakie tam Jacku lubisz? Vaćpany 11,5% ? :pifko

PS
No i niedzieli niecierpliwie oczekujemy. :chytry

WHITEandRED - 2012-12-02, 21:57

:spoko
Jacek M - 2012-12-03, 01:09

Dzięki, dzięki :spoko
Nie rozleniwiłem się, tylko trochę za późno wróciłem :mikolaj
byłem Tyńcu pod Krakowem, gdzie spotkałem Mądrego Człowieka, a to zawsze wciąga :) )

Tak mnie zbudowaliście, że na pewno wkrótce cdn :mrgreen:

Jacek M - 2012-12-31, 02:49
Temat postu: Knivskiellodden - bestyja!
Dzień 10, poniedziałek, 9 lipca 2007 – od godz. 13.30 – najdalszy koniec końca, czyli Knivskiellodden

Takoż ok. 13.30 zamieszanie z tajską księżniczką się zakończyło – ostatnie pożegnanie z Nordkappskim globusem, wrzut kilku okolicznościowych pocztówek do Nordkappskiej skrzynki na listy – i… zgodnie z planem atakujemy Knivskiellodden, czyli najdalszy koniec końców świata. Przynajmniej w okolicy.

No bo przecież nie można dojechać na aż takie zadupie i nie postawić nogi na najdalszym skrawku lądu prawda?

Jak już wcześniej pisałem, dwadzieścia kilka lat wcześniej mój serdeczny kolega z klasy, „Łysy”(Jacuś Talacha) na lekcji geografii poświęconej rozmaitym Najdalszym Przylądkom wyprowadził nas z podręcznikowego błędu, jakoby Nordkapp był najdalej na północ. I jakoś mi się to zapamiętało. No i teraz przyszła pora zweryfikować dawne legendy.

Plan nie jest zbyt skomplikowany. Po drodze widzieliśmy parking, na którym można zostawić samochód i oznakowaną (?) drogą (ścieżką?) dostać się na rzeczonego Knivskielloddena. No i dobra. Jakaś zapamiętana z internetu relacja mówi o 4 godzinach w obie strony. Jestem dość już przesezonowanym ale jednakowoż wytrawnym turystą górskim i w swoich osiągnięciach mam m.in. wyjątkowo zasłużoną odznakę Organizatora Turystyki, bo zdobytą w czasach studenckich w ramach kursu przewodników górskich - więc pozostawiła pewną wiedzę.

Z tej wiedzy i pewnego doświadczenia w dreptaniu wprowadziłem sobie pewną roboczą korektę – skoro wybiegani jak kozice studenci potrzebowali 4 godzin, to my, wyrwani zza biurek dajmy sobie – powiedzmy 6. Wg mapy odległość do przejścia to ok. 8 km w jedną stronę, czyli w obie 16 km. Co powinno dać ok. 4 godziny. Dla wybieganych. Dla nas – niech będzie ok. 5. Plus przewyższenie zbliżone do Nordkappu czyli ok. 300 m. Znów: dla wybieganych – 45 minut. Dla nas – godzinka? No to niech będzie 6 godzinek. Plus odpoczynek na „końcu świata”. No dobra – 6-7 godzin, w zależności jak nam będzie zimno. Wiadomo, że im zimniej, tym szybciej.

Startujemy ok. 14-ej, więc powinniśmy wrócić ok. 20-21ej. Czyli – jeszcze widno – zapala się żaróweczka ostrzegawcza – a jak się przedłuży? No i – znowu dechą w czoło – toć tu przecie widno 24/7! Cha, cha!
Ubieramy się w polary i wiatrówki. Czapeczki. Zimowe. Rękawiczki – a jakże, mamy – znad Inari :) Zabieram mały plecaczek – termosik, pół chlebka, paszteciki drobiowe w puszce. Zjemy sobie po kanapeczce na popasie. Temperatura – ok. 7 st. C plus wiaterek, więc odczuwalna – pewnie ze 2-4 st. Powiedzmy: umiarkowanie ciepło.

Startujemy. Zaraz po starcie – drobna konsternacja: droga to raczej ścieżka, a właściwie raczej raczej nic nie ma. Bo bardzo trudno wydeptać ścieżkę w skalnym rumowisku. To znaczy: jak okiem sięgnąć widzimy skalne rumowisko – jakby ktoś nasypał luźnych kamieni. Wygląda nawet ciekawie. Gorzej się po tym idzie, bo kamienie są za małe, żeby postawić nogę na jednym ale wystarczająco duże, żeby usuwać się spod nóg albo przyjemnie się turlając pozwolić się nóżkom rozjechać. Mniej więcej co drugi krok. Ale co tam. Mamy mapę – wprawdzie w jakiejś nieokreślonej skali, na oko 1:200.000 – do chodzenia trochę za ogólna ale przynajmniej kształt wyspy widać i ścieżka zaznaczona. Chociaż na mapie.

To znaczy – wzdłuż "grani" – albo raczej linii łączącej najwyższe punkty wzniesienia ktoś usypał szereg kamiennych kopczyków, wysokich na metr, a nawet półtora. Prawdopodobnie wzdłuż drogi. Pamiętam, że przemknęło mi przez głowę „czemu te kopce są tak gęsto” – póki co jeszcze bez żadnej refleksji. Poza tym – jak każdy wytrawny turysta – idziemy „za ludźmi” :) Dobrze jest.

Po pół godzinie – nadal jesteśmy „w środku niczego”, a dokładniej: nadal kamienne rumowisko. Inwencja budujących kopczyki jakby trochę osłabła – są zdecydowanie rzadziej. Po kolejnej półgodzinie – zaczyna się coś przewężać – po prawej stronie widać jakieś obniżenie terenu i w oddali – morze… Sprawdzamy kompas i mapę – rzeczywistość zgadza się z mapą, po prawej zatoczka, a więc – jest OK. Mkniemy dalej. Powinniśmy ominąć zatoczkę po prawej i zacząć schodzić w dół - do następnej zatoczki, z której do końca już tylko 2 km plażą. Zatoczkę w praktyce obchodzi się dość długo ale w nagrodę, na jej końcu, otwierają się piękne widoki w kierunku Nordkappu.

Teren też jakby trochę ciekawszy. Po drodze znajdujemy wychodnię jakiegoś białego kwarcytu – bardzo fajnie wygląda taka biała skała pośród szarego rumowiska. Odpoczywamy chwilę. Biały kwarcyt (?) jest bardzo kruchy – kruszy się w rękach. Od „białej skały” teren wyraźnie zaczyna się obniżać. Po lewej stronie teren zaczyna się obniżać, widzimy w dole dwa maleńkie jeziorka, wypływa z nich strumyczek, właściwie płynie miejscami, a miejscami niknie wśród kamieni i wtedy koryto wydaje się suche. Ścieżka po jakimś czasie schodzi do tego koryta i prowadzi albo wyschłym strumieniem albo – kiedy między kamieniami coś płynie - tuż obok niego. Iść strumieniem jest trochę łatwiej, bo kamienie są większe i są pewniej „poukładane”.

No i wreszcie – dochodzimy do skraju półwyspu – stąd nasz strumień zaczyna opadać naprawdę stromo. Mamy piękny widok na zatoczkę, do której wpływa, a w dali wyłania się Nordkapp. Cudo. Chwilę odpoczywamy. Rzut oka na zegarek – jest 16.20 a więc w normie. No może trochę za późno. Ale tylko trochę – wiadomo, po ruchomych kamieniach idzie się dość wolno.

Jacek M - 2012-12-31, 03:14
Temat postu: Knivskiellodden - bestyja! cd.
Odsapnęliśmy – schodzimy w dół. Jednak takie pustkowie jest mylące. Zejście jest dużo dłuższe niż myśleliśmy. Na dole jesteśmy za kolejne pół godziny. No ale przecież – tu jest ciągle widno. Zatrzymujemy się na krótki postój. Na dole spotykamy dwóch Anglików – mają mikroskopijny namiocik i planują spać u ujścia naszego potoczku. Jakoś im nie zazdrościmy ale jeśli taka wola? Aha, pierwotnie mijaliśmy co kilka minut turystów wracających z Knivskiellodden. Na górze mówili, że to ok. pół drogi. W dali nie widać już nikogo. Pewnie wszyscy już wrócili.

Chowamy się przed wiatrem za skałą. Robię wszystkim po kanapce, chłopakom wydaję po Snickersie – jeszcze z Polski, popijamy chłodną herbatką – i w drogę. Trochę mnie niepokoi, że jesteśmy już całkiem solidnie zmęczeni. Ale co tam, młodzi się szybko zregenerują (kanapeczka), a starzy nadrobią wytrwałością – będzie dobrze.
Startujemy w ostatni etap. Teraz droga prowadzi skrajem „plaży”. Po prawej – skalisty brzeg. Po lewej – brzeg się stromo podnosi – idziemy jakby po płytach skalnych, nachylonych pod stałym kątem do morza – tak, że przez nieuwagę, gdyby np. było ślisko, to można by się do morza zsunąć. Brrr… Przecież to morze Barentsa i wcale nie jest spokojne. To znaczy całkiem ładnie gotuje się na postrzępionych skałach w prawo w skos. Nie znam się na Beaufortach ale 1 to to nie jest. Na szczęście nie jest ślisko, a do tego – uważamy. Idziemy więc dziarsko. Po ukośnych płytach. Czasem płyty są tak ułożone, że z pomocą rąk trzeba wspiąć się na płytę trochę wyższą, bo ta, po której się idzie kończy się w morzu albo zejść na niższą, bo ta nasza jest przywalona od lewej drugą, wyższą, na którą nie da się łatwo wejść.

To znaczy nam się nie da, bo z lewej strony sponad skały co i raz wychylają się gałęzie, znane już nam, omszałe sęczki, umieszczone po dwa na zgrabnej ciemnookiej główce – ciemne ślepka patrzą życzliwie i jakby z lekko drwiącym uśmieszkiem – a co wy, dwunożne sierotki tu robicie? Na wyspie Mageroya działa Kołchoz produkujący reniferki, jest ich tu parę tysięcy, niektóre mają na szyi obróżki z czerwono białej plastikowej taśmy, takiej jaką wygradza się roboty drogowe. Wyspa jest wygodna do hodowli – bydełko nigdzie się nie rozlezie :) więc i pilnować za bardzo nie trzeba.

Lezienie po ukośnych płytach daje się nam we znaki już po pierwszym kilometrze. A tu jeszcze drugie tyle. Niech ktoś spróbuje przez pół godziny stawiać nogi na podłożu o stałym pochyleniu ok. 15-20st w prawo. Kamienie wprawdzie już spod nóg nie uciekają jak na górze ale za to tym razem kostki się łamią. Dociągamy wreszcie do końca półwyspu… Ufff.

Teraz pozostaje znaleźć ten jakiś słupek, czy wskaźnik, z napisem, że to jest to! Przecież dzisiejszy człowiek jak nie ma napisane – to nie uwierzy. Może trzeba pójść dalej brzegiem, który już ewidentnie zawija w lewo. To nie może być daleko. Na szczęście skalne płyty zmieniły się w kombinację skalno – ziemną. Złamane kostki oddychają. Po 200 metrach dochodzimy do betonowej skrzyneczki, to znaczy – piramidki z tyczką i drzwiczkami. Drzwiczkami?

No oczywiście, że drzwiczki otwieramy, a tam: koszulka z segregatora z wyraźnym zapisem: 71° 11’ 8” czyli – to tu! Nordkapp ma 71°10' 21", a więc – wygraliśmy!!! Poza zapisem szerokości geograficznej znajdujemy skoroszyt w drewnianych okładkach i coś, czego przeznaczenia nie rozumiemy – jakby zszywacz, ale bez zszywek tylko z kolcami ułożonymi jak sztyfty w starych kasownikach tramwajowych (kto pamięta?) Kasownik? A bilet? Kasownik przyczepiony na sznurku, nie ruszamy. Studiuję Księgę Wizyt. Pierwszy wpis z tego roku – połowa maja. Na początku dziwię się, że tak późno – ale przecież jak tu dotrzeć w zimie, która z pewnością trwa do maja:) ? W maju nie ma dużo wpisów – co kilka dni jeden – dwa. Zagęszcza się pod koniec czerwca i na początku lipca – wiadomo, wakacje. Jednak w sumie wpisanych jest bardzo mało śmiałków – po ponad dwóch tygodniach wakacji wpisujemy się z numerami mniej więcej w połowie ósmej setki. To nas dodatkowo nobilituje. Jeszcze – telefon do przyjaciela – o dziwo nad morzem (Barentsa!) jest zasięg – i gadamy z Warszawą. Tak, zdobyliśmy. Owszem. I – duma nas rozpiera. Jeszcze tylko powrót. Jak to: Powrót ???!!!???

Tadeusz - 2012-12-31, 11:18

Jacku, czasem tak bywa, że człek kładzie łapska na klawiaturze i...nie bardzo wie jak ująć w zdania to, co mu się we łbie kleci.
Teraz tak mam. :)

Ty jesteś winowajcą. :-P

Ostatni dzień tego roku od rana jest słoneczny i sympatyczny taki jakiś. Twoja opowieść to sprawiła.

Nie będę pisać peanów, ale powiem krótko - kocham tę formę i atmosferę gawędy. I Twój styl.

Jacku stawiam piwo i czekam na kontynuację.

Cierpliwy jestem. :szeroki_usmiech :ok

:spoko

Jacek M - 2012-12-31, 12:27

No to Ci się zrewanżuję: jestem interesowny, małostkowy i sentymentalny - słowa Twoje to miód na moją grafomańską duszę :) Nie wiesz jak to przyjemnie, jak się komuś spodoba :mikolaj Obiecuję, że jak znowu nie będę mógł spać, to jeszcze coś naknocę :lol:
Tadeusz - 2012-12-31, 12:50

Jacek M napisał/a:
jak znowu nie będę mógł spać, to jeszcze coś naknocę


Zatem życzę Tobie z całego serducha bezsennej nocy. :-P :spoko

Zmobilizowałeś mnie i pewnie ja też przysiądę fałd. :wyszczerzony: Mam dużo materiałów i okrutnego lenia. :haha:

Jacek M - 2012-12-31, 13:20

Z leniem jest tak, że na początku trzeba zacząć... A potem pójdzie :ok
Ciągle mam problem z tym zaczynaniem... :haha:

jolcia777 - 2013-01-01, 07:46

Jacku, super! Świetna opowieść!! Czekam na ciąg dalszy... Kamperowa brać pragnie dowiedzieć się, jak stamtąd wróciliście!
Wielu takich podróży (a po nich podobnych relacji na forum) życzę w Nowym 2013 roku

Jacek M - 2013-01-02, 00:47
Temat postu: Knivskiellodden cd. "a kaczce było potąd"
Dzień 10, poniedziałek, 9 lipca 2007 – od godz. 18.00 – powrót z najdalszego końca końców.

Startujemy z Końca Świata – godzina 18.00. Około. Czyli – z górki zajęło nam 4 godzinki. Co tam – myślę sobie. Z powrotem droga znana. Jesteśmy trochę zmęczeni ale wiemy co nas czeka – powinno się wyrównać. Za 4 no może 4+ godzinki – będziemy z powrotem. Przecież damy radę przecież.

Zbieramy się, poprawiamy kurteczki – no to ja pójdę przodem, mówi najdroższa z żon, pójdę sobie pomalutku, wy mnie dogonicie przecież… I poszła. Zobaczyłem, że stanęła, oparła łapki o kolanka, tak, żeby grzbiecik był poziomo – odpoczywa. Niestety wiem co to znaczy – łupnęło ją w krzyżu, taka stara historia, odzywa się co parę lat, w najmniej odpowiednim momencie. Dochodzę – „co tam?”, „– nie nic, tak sobie tylko, ale ok. idziemy”.

To idziemy. Przecież i tak nic nie wymyślę – leków nie mamy, okazji nie złapię. Może się rozejdzie.

Droga po płytach ukośnych - teraz w drugą stronę – zajmuje nam godzinkę. Nie pogonimy, jak komuś słabnie kondycja - pogonić się go nie da. Jak się dobrze motywuje – może przeleźć całkiem sporo ale – rzecz główna – własnym tempem. A już wiem, że tak całkiem dobrze - nie jest.

Przed opuszczeniem klifu i wdrapaniem się na górę – palimy. To znaczy Ania pali a ja wprowadzam pozytywną atmosferę. Uspokaja mnie, że z tym kręgosłupem nie jest tak źle, ja ją uspokajam, że już sporo przeszliśmy, mamy coraz bliżej itp. itd. Z mojej perspektywy pięknie widać Nordkapp. Słońce jest gdzieś za nami, więc ładnie go oświetla. Mimo tego oświetlenia wydaje się, że chmur nad nim jest jakby więcej – czapka wygląda trochę grubiej, a wiatr od wschodu zdaje się delikatnie rozwiewać strzępki chmurki w naszą stronę. Jak się nawet dobrze przyjrzeć, to chmurka w części południowej – od nas - wygląda troszkę groźnawo. Burzowo nawet. Jakby. No ale to przecież daleko do tego Nordkappu jest – przez całą zatokę. I może się tylko zdaje przecież. A u nas słoneczko. Bardziej takie czerwonawe. Jakby. No to - idziemy pod górę.

Zaczyna się niewesoło. Z Ani kręgosłupkiem – to nie są całkiem żarty. Idziemy bardzo wolno. Na razie nie myślę o wołaniu jakiegoś GOPRu ale rozważam taką możliwość. Opowiadam jej różne znane chwyty – że już tylko pół godzinki do białych kamieni, a potem, to już tylko rzut beretem do parkingu. Pada bateria w aparacie – ostatnie zdjęcie na pustkowiu. Nad nami – zamiast błękitnego nieba coraz wyraźniej widać tiulowe, burawe zasłonki z chmurek. Wprawdzie słońce ciągle świeci ale wiem, że to zmyłka – promienie padają prawie poziomo z zachodu, a na zachód od nas chmur jeszcze nie ma. A od Nordkappu nadciąga burza. Nawet coś mruknęło ze 2 razy. Na szczęście daleko, nad Nordkappem. Komputer w głowie pracuje na przyspieszonych obrotach. Myślę, że uda mi się spokojnie Anię doprowadzić. Jest bardzo dzielna, niestety odpoczynki musimy robić bardzo często, wprawdzie ból kręgosłupa się nie nasila ale połączony ze zwykłym zmęczeniem daje mocno znać o sobie.

Liczę: jest godzina 22.14 a my jesteśmy na środku skalnego rumowiska, do samochodu mamy jakieś 4 km. Ale w tym tempie to minimum 2 -3 godziny. Sądząc natomiast po tempie załamywania się pogody - mamy jeszcze godzinę – góra dwie z jako taką widocznością. To wiem tylko ja. Dzieciaki jednak są też mocno zaniepokojone. Robią dziarskie miny ale widzą, że mimo że Mama jest bardzo dzielna - marsz jest dla niej dużym wysiłkiem. Idziemy bardzo powoli i często odpoczywamy, więc jest im też zwyczajnie zimno. Do tego mimo, że kozakują są też zmęczeni. Przeliczniki w głowie chodzą nadal… Jeśli nasza podróż potrwa więcej niż godzinę chłopaki zaczną mi się wychładzać i będę miał 3 sztuki do holowania. Już szczękają zębami – ile można szczękać? Zaraz im też zacznie siadać kondycja. Ubrani są dobrze ale do marszu, nie do siedzenia i czekania na nas. Bezpieczniej też będzie jak w razie poważnego załamania pogody nie zostaniemy wszyscy razem w środku skalnego rumowiska. Zostawić trójkę zmarzniętych i mokrych i lecieć po pomoc - to naprawdę nie będzie dobry pomysł. Lepiej się podzielić. Chłopaki jak wystartują już - na pewno dotrą do samochodu przed załamaniem pogody.

Nygusy mają po 16 lat, stanowią bardzo zgrany duet i wiem, że w górach orientują się całkiem dobrze, poza tym są mocno zestresowani więc będą uważni. Droga nie ma już niespodzianek – trzeba trzymać się grzbietu i kamiennych kopczyków, po mniej więcej kilometrze czyli 10-15 minutach powinniście trafić na poprzeczny słabo widoczny ale jednak grzbiecik, tuż przed nim będą – znane wam białe kamienie. Grzbiecikiem skręcacie w lewo, uważajcie, żeby nie schodzić z kulminacji na lewo ani na prawo – kontrolujcie to, bo jest bardzo wypłaszczona i łatwo z niej zleźć a półwysep ma minimum 2 km szerokości, więc po co kluczyć. Uważajcie na kopczyki z kamieni, żeby nie zejść z ich linii i żeby słońce było na początku po prawej a po skręcie za plecami. Im bliżej parkingu, tym ścieżka będzie wyraźniejsza, a kopczyków z kamieni – więcej. Idźcie szybko ale raczej bez podbiegania – łatwo skręcić nogę. Uważajcie na siebie. Wy powinniście dolecieć za godzinę czyli ok. 23-ej z minutami, a my powinniśmy dotrzeć godzinę – dwie za wami. Plus – minus do pierwszej - drugiej. Gdyby do 2-3 w nocy nas nie było, a pogoda się całkiem załamała – szukajcie pomocy – zabierzcie się okazją na Nordkapp i tam zgłoście co i jak. My będziemy na ostatnich dwóch kilometrach, więc fachowcy migiem nas znajdą – nie martwcie się. No to szorujcie - z Bogiem. Jak przyjdziecie – zjedzcie kolację, zróbcie sobie dużo gorącej herbaty i zagotujcie dla nas. Na nieszczęście komórki pośród skalnego rumowiska - nie działają.

O dzieciaki się nie martwię, wiem, że sobie poradzą. Z Anią mam troszkę kłopotu, przeżywa drobny kryzysik. Ale wiem, że na tym etapie można sobie z tym jeszcze poradzić prostą ściemą – jest parę wypróbowanych sposobów. Oszukuję w żywe oczy podając dużo mniejszą odległość – jak człowiek widzi, że cel jest osiągalny to się lepiej mobilizuje. No i – jakoś pełzniemy. W zupełnym kryzysie ratuje nas ostatni Snickers i łyk zimnej herbaty. Cuksy i czekolada bardzo pomagają – taki nawet drobny zastrzyk szybkich kalorii potrafi ożywić zupełnego zdechlaka. Aniu – już widać parking. Na szczęście Ania nie widzi (może nie chce?) że od dobrej godziny towarzyszy nam nad głową ciężka chmura z brudnej waty. Z chmury siąpi mżawka. Jest strasznie zimno, patrzę po kamieniach – nie, woda nie marznie, więc to jeszcze plus. Bardzo ciekawe. Pułap chmury – wydaje się, że ze 15-20 m. nad naszymi głowami. Wyraźnie widać płaską burą podstawę tuż nad nami. Prawie można dosięgnąć ręką. Podchodzimy trochę wyżej, to chyba ostatnie podejście… (takich ostatnich było… kilka…) Na koniec – pułap chmur wynosi 7m, 5m, 2m… Wtedy okazuje się jak pomocne są kopczyki z kamienia. Gubimy trochę orientację ale jak w chmurze za nami ginie jeden kopczyk, to przed nami z mgły wyłania się następny…. No i jednak pułap chmur osiąga 0 tylko czasami. W innych okolicznościach uznałbym to za bardzo fascynujące – głowa w chmurach a nogi nie… Jak się człowiek schyli – coś widać.

Widoczność autentycznie tracimy już poniżej 100 m. od parkingu. To znaczy: dochodzimy do końca „gołoborza” do czegoś jak ogrodzenie pastwiska z żerdzi i w przejaśniającej się mgle widzimy w oddali zarysy kilku kamperów i innych samochodów. Hura! Za chwilę wiatr nagania chmury i znowu do przodu widzimy – nic. W zamian za to wokół parkingu jest trochę więcej trawy i pod nogami widać coś - jakby ścieżkę. Ostatnie 40 m pokonujemy już wyraźną ścieżką. Uff. Parking. Wchodzimy do auta – chmury na zmianę to zakrywają całkiem widoczność, to cokolwiek widać – ale ciągle są 1-2 m nad ziemią. Deszcz zacina już całkiem nieźle.

Zastanawiam się, jak by to wyglądało gdybyśmy szli jeszcze trochę dłużej. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili przed utratą widoczności i sporo przed krytycznym limitem czasowym.

Obliczenia okazały się słuszne, a nasze młodociane wojsko - bardzo karne. Herbata czekała na małym ogniu, w kamperze napalone, suche ubranka naszykowane. Wolę nie myśleć o innych wariantach zakończenia tej wycieczki. „Tatusiu, droga była dokładnie taka, jak ustaliliśmy ale grzbiecika nie wyłapaliśmy – pocwałowalismy dalej dopiero jak zobaczyliśmy,że grunt raptownie opada i zatoczkę, zorientowaliśmy się, że musieliśmy przelecieć za daleko. No i kopczyków nie było – wróciliśmy po śladach do linii kopczyków i potem już bez przygód dotarliśmy do auta. Ale szliśmy sporo dłużej, bo prawie 2 godziny. Całe szczęście – nie czekaliście na nas zbyt długo.

Tak to z niewinnego spacerku - 16 km, 4 godzinki (kaczce było potąd) - wyszło nam ponad 12. Troszkę pogoda plus troszkę zdrówko i - proszę. Teraz już możemy z tego się tylko śmiać - i tak też robimy. Chyba rozumiemy, co czują rozmaici śmiałkowie po powrocie "do bazy" :)

Dobra jest gorąca herbata w kamperze.

Fux - 2013-01-02, 08:59

No nieźle... :kwiatki:
Jacek M - 2013-02-06, 00:19

Taka Knivskiellodzka refleksja jeszcze:

Nie skleciłem tej opowieści, żeby poćwiczyć budowanie napięcia ani po to, żeby opisać własną niefrasobliwość czy próby radzenia sobie w sytuacji, która z minuty na minutę z niewinnej próbowała stać się niemal ekstremalna. Przynajmniej jak na przeciętne "zabiurkowe" niedźwiadki. Raczej chciałem pokazać, jak pozornie zupełnie niewinny spacerek może z lekka zjeżyć kark. I zupełnie nic szczególnego nie potrzeba. Góry - niskie, temperatura - na plusie, odległość - śmieszna. Ktoś się słabiej poczuł, telefony, które traktujemy jako oczywistą oczywistość - bez zasięgu, pogoda - nagłe załamanie i już z majówki mamy kompletny kotlet - czy raczej 'klops papciu" jak w pewnym ulubionym za młodu serialu mawiała kol. Szykulska.

Kilka moich roboczych wniosków:
- bez kompasu w górach nawet do kibla nie idę.
- Zawsze trzeba założyć załamanie pogody
- rezerwa ciuchów i żarcia
- parka PMR, którą do tej pory uważałem za nieszkodliwy szpan - wchodzi na wyposażenie.
- i jeszcze proste i oczywiste: mimo, że widno jest całą dobę rozsądniej jest żyć w rytmie innych mieszkańców planety, tj. nie rozpoczynać wyprawy "pod wieczór". W "dzień" ta i każda inna wytyczona ludzką ręką trasa jest liczniej uczęszczana i zdecydowanie łatwiej o jakąkolwiek interwencję w syt. awaryjnej.

Bardzo jestem ciekaw, co ew. czytelnicy sądzą o poprzednim poście? Czy ktoś z Was miał podobną sytuację, że w "biały dzień" pogoda, zdrowie czy coś jeszcze innego odmówiło raptownie współpracy stawiając Was w - łagodnie mówiąc - "niezręcznej" sytuacji?

Tadeusz - 2013-02-06, 08:36

Jacek M napisał/a:
Czy ktoś z Was miał podobną sytuację, że w "biały dzień" pogoda, zdrowie czy coś jeszcze innego odmówiło raptownie współpracy stawiając Was w - łagodnie mówiąc - "niezręcznej" sytuacji?


Oj, Jacku, nie zliczę takich sytuacji. Głównie były to groźne przygody wspinaczkowe (bardzo dawne czasy) i żeglarskie ( to już niemal 50 lat pętania się po wodach).

Bywało tak ciężko, że po szczęśliwym zakończeniu ani ręką ani nogą ruszyć się nie dało. Dobrze chociaż, że we łbie wciąż było poukładane.

Nadal żegluję i kto wie co jeszcze mnie spotka. Właściwie nie ma sezonu, żeby nie bywało "ciekawie". :szeroki_usmiech

Przyjmij ode mnie piwko za powyższy kawałek literatury. :spoko

WHITEandRED - 2013-02-06, 09:28

:spoko
Ania i Zdzich - 2013-02-06, 23:12

No i cóż mogę, Jacku, powiedzieć... Jestem powalona Twoimi relacjami :spoko , czekam na cdn... Głownie na Wasze Lofoty.
A jeśli chodzi o "nieodpowiedzialne" zachowania dorosłych ludzi... To mam ich też kilka na swoim sumieniu:
1.przygoda przy podchodzeniu na Ben Nevis w 2008r
2. żeglowanie na samym foku przez wzburzone fale jeziora Dobskiego - brzmi śmiesznie, nieprawdaż? Ale zapewniam, że wtedy śmiesznie wcale nie było :(
3.Wycieczka nad Loch Coruisk na wyspie Skye i dramatyczny powrót stamtąd

Może kiedyś o tym napiszę. Co prawda niewiele ma to wspólnego z kamperowaniem, ale wiele z naszym poszukiwaniem przygód

pozdrawiam, stawiam browarka :pifko i czekam na cdn

Ania


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group