Klub miłośników turystyki kamperowej - CamperTeam
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Krew, pot i łzy czyli moje spotkanie z Czarną Afryką
Autor Wiadomość
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-01-03, 16:40   

Do Mopti, kolejnego celu, już tylko mojej podróży, zostało niespełna 90km. Jadę wolno oszczędzając paliwo, opony i siebie. Jest bezpieczniej, ciszej – mogę na dłużej odrywać wzrok od drogi, wzrok, który kieruję to na lewo - w kierunku rozlewisk rzeki Bani, zielonych łąk, czy to na prawo - podziwiając pierwsze, nieśmiało pojawiające się namiastki skał, gór. To one zwiastują jeden z żelaznych punktów do odwiedzenia w Mali – Bandiagara i ogromny klif, położony kilkanaście kilometrów na południe, w pobliżu granicy z Burkina Faso. Temperatura zaczęła nieśmiało rosnąć, choć we mnie, w środku, gotowało się już od samego poranka. Tak właśnie mam kiedy jadę solo. Burza uczuć, huragany doznań! Kwitnę, promienieję wtedy szczęściem!!!
Kilometry mijają jeden za drugim, zbiornik pełny, choć jeszcze wczoraj po południu był pusty... no właśnie, to wczorajsze popołudnie, to one zmieniło dosłownie wszystko!
.
.
.
.
.
… popołudnie, 18 dzień, czuję mocny uścisk dłoni, kilka sekund wcześniej padły słowa, które tego dnia miały jeszcze nie paść... uścisk dłoni na pożegnanie - tak mocny, że o mało nie zwalił mnie na ziemię wraz z motocyklem. A może to z zaskoczenia, że to już tu, tak szybko. W końcu wczoraj mój kompan mówił jeszcze o całym dniu, a może nawet dwóch czy trzech dniach razem. A może byłem zbyt mocno zamyślony i ten uścisk wyrwał mnie z letargu... do dziś tego nie wiem.
Ruszyłem nie zerkając w lusterko, nie oglądając się za siebie - tak zajadę zdecydowanie dalej! Bez oglądania się za siebie, bez wspominania tego co było, tego co zostało, patrząc jedynie w przód, w mapę, zaglądając jedynie pod pokład, pod którym skrycie chowałem swoje marzenia... To one dają mi siłę w dążeniu do celu, oni i ludzie, których marzenia przecież wiozłem ze sobą. Nie mogłem zawieść ani ich, ani siebie. Odkręcam manetkę ale po chwili odpuszczam, mam przecież resztki paliwa!

...zatrzymuję się 3km dalej od miejsca gdzie nasze drogi zdecydowanie zaczęły biec w innych kierunkach, gdy nasze potrzeby, odbiór otoczenia i oczekiwania co do przygody zaczęły się diametralnie różnić. Zjeżdżam z drogi by ochłonąć bo troszkę się zdenerwowałem tak nagłą zmianą decyzji kolegi. Troszkę - to bardzo delikatne słowo. I nie dlatego, że zostałem sam – to akurat mnie cieszyło. To dawało mi szanse poczuć Afrykę naprawdę a nie tylko lizać ją przez opakowanie, przez papierek, taki przezroczysty papierek, przez który coś tam widać ale nic nie czuć – smaków, zapachów, tego wszystkiego co daje możliwość powiedzenia tych magicznych słów – czułem,zrozumiałem a nie tylko byłem...! Miałem dość jazdy i tylko jazdy. Uwielbiam to ale ileż można się nią, i tylko nią cieszyć ? Przecież nie jechałem tu tylko dla nawijania kilometrów i dla zdjęć robionych „z drogi”, jechałem też po przygodę która nie nadchodziła. Nie wiem dlaczego ale kiedy jadę sam, uruchamiają mi się dodatkowe zmysły. Nawet to, że do tej pory, przez całą Afrykę, jechałem jako pierwszy, podejmowałem decyzję za nas obu - gdzie skręcić a gdzie się zatrzymać, gdzie zatankujemy, gdzie zjemy - nie dawało mi tego poczucia. Czułem delikatny niedosyt, czułem jak zasypiam za sterami. W głowie tkwiła ta euforia kiedy kilka dni temu kończyło nam się paliwo a ja byłem pewien, że nie dojedziemy do stacji benzynowej, ba, po ciuchu modliłem się o to by nie dojechać. Dlaczego? Bo to zwiastowało przygodę, bliski kontakt z miejscowymi, dawało możliwość podejrzenia jak żyją. I tak też było – spędziłem kilka godzin sam, w poszukiwaniu benzyny, wtedy mogłem poczuć to wszystko! 150km lokalnymi środkami transportu, 4km pieszo w upale sięgającym 40*C z dwoma pełnymi już kanistrami w dłoniach, tłumaczenie na checkpointach dlaczego nie mam paszportu, dlaczego idę pieszo, co tu robię i dlaczego w taki upał mam na nogach pancerne obuwie... Wtedy, dokładnie wtedy poczułem jak smakuje jazda w 8 osób samochodem osobowym - bez klimatyzacji, pasów bezpieczeństwa... zasmakowałem bagietki przewożonej w nylonowych workach w bagażniku starego mercedesa, zobaczyłem piece w których są one wypiekane, zerknąłem okiem na zapiski hurtownika. To wtedy odmawiając - dziękowałem za możliwość podjechania kolejnym mercem, bo to już było, ja czekałem na pikapa -chęć przejechania się na nieosłoniętej furgonetce była ważniejsza niż uciekające minuty, była ważniejsza niż wszystko inne. I wtedy nie ważne było to, że słonko spaliło by moje nieosłonięte części ciała – liczył się duch przygody, moje myślenie było przełączone na system zero jedynkowy – albo przygoda, albo … To tamtego popołudnia mogłem zrozumieć zasady panujące na drodze, uświadomić sobie jak działają tutejsze myjnie samochodowe czy w jaki sposób robi się tu drobne zakupy. To i wiele, wiele innych spraw. Teraz chciałem podobnie i los chyba też mnie do tego zachęcał bo ledwie co wyjąłem aparat z kieszeni a już w moją stronę podążał uśmiechnięty mężczyzna jasno dając do zrozumienia, że jak chcę to nie ma problemu, nie opierałem się:





Najciekawsze jest to, że nikt ode mnie niczego nie chciał w zamian. Wystarczyło uścisnąć owym ludziom rękę, poklepać po ramieniu, przytulić czy podnieść dłoń w geście podziękowania. To działa !!

Nawet ptaszki nie uciekały przede mną, podobnie jak do ludzi, wystarczyło wiedzieć jak do nich podejść, spokojnie, po ciuchu, z szacunkiem, z zaciekawieniem, z nadzieją i miłością, z uśmiechem na twarzy. Może ptak nie ale ludzie odpowiadali tym samym. Obyło się bez latających kamieni, wrogich gestów...zresztą, co ja tu będę uprzedzał bieg zdarzeń.



Ruszyłem dalej – jedyne co mnie delikatnie martwiło to pusty zbiornik ale nie byłbym sobą gdybym podświadomie nie cieszył się tym faktem! Świadomość nakazywała się obawiać, podświadomość – cieszyć.
- Chłopie, jesteś chory !!! – pomyślałem, śmiejąc się sobie w twarz.

Przecież nie jestem na środku pustyni! Są tu ludzie, ludzie, którym gdziekolwiek bym się nie pojawił, bez względu na rasę, kontynent, płeć - po prostu ufam, najczęściej bezgranicznie.
Tego dnia było mnóstwo kontaktów międzyludzkich, rozmów, wypitych herbat. Zdecydowanie więcej niż przez cały, pokonany do tej pory, afrykański odcinek.

Mimo, że Marek mi tego nie zabraniał, akceptował to, to dopiero teraz pozwalam sobie na postoje co kilometr. To teraz pozwalam sobie rzucić się w przydrożną trawę, zieloną tak mocno, że aż bolą oczy. Teraz wyraźnie czuć delikatny powiew wiatru i zapach świeżej, rosnącej na rozlewiskach trawy. Tu, właśnie w tym miejscu spojrzałem jej w oczy - najpiękniejsze i najpełniejsze oczy Świata, oczy mojej przygody. Spojrzałem w nie tak głęboko, że o mało nie straciłem równowagi, zakręciło mi się w głowie.
- Czy mnie pragniesz ? - zapytałem nieśmiało

Nie odpowiedziała, a ja leżałem dalej odurzając się żarem lejącym się z nieba, zupełnie jak bym czekał na to, że przyjdzie sama.





Pół godziny później leżę już kolejny kilometr dalej i cieszę się tym samym. Obserwuję lokalnych ludzi, rybaków jak serwisują sieci, kobiety przy praniu, dzieci łowiące ryby gołymi rękoma czy zakładające sidła na te sprytniejsze sztuki, które umykają ich sprytnym i szybkim dłoniom. Pewnie bym nawet przysnął w tej wspaniałej scenerii ale adrenalina nie daje mi na długo usiedzieć w jednym miejscu.








Motocykl parkuję trzymając dystans od miejscowych, tak by nachalnie nie zaglądać w ich podwórko, które praktycznie łączy się z mocno rozlaną rzeką, wychodzi prawie na drogę, która swój koniec bierze w szerokiej teraz na około 350-450m Bani. Jedynie potężne drzewo pokazuje jakąś umowną granicę własności. Mija może z 15 sekund już jestem otoczony ludźmi. Grzeczne przywitania, zaproszenie by jednak podjechać te 3m, stanąć w cieniu.








Osłonięty od słonka, w miejscu gdzie oczekuję na prom, który odpłynął dosłownie 3 minuty temu, zaczynam dialog z ludźmi. Bardzo szybko kończy się to litrami wypitej herbaty, opowieściami o tym i owym, a najważniejsze dla mnie, że za cenę promu i dwóch butelek wody mineralnej, mam na całe popołudnie przewodnika, który obiecuje pokazać mi takie miejsca w Djenne, których od kilku lat nie odwiedził żaden "niewierzący" turysta. Średnio w to wierzę ale niewiele mam do stracenia.












Cieszą mnie tak błahe rzeczy jak widok zagraconego podwórka, możliwość zajrzenia do wnętrza ich domów czy obserwacja choć przez marną godzinę tego jak tak naprawdę żyją, co robią na co dzień. Dla mnie to bezcenne w podróży, w mojej małej włóczędze.













Wjeżdżam na prom, gdzie witają się ze mną wszyscy, kobiety, mężczyźni, dzieci - każdy chciał uścisnąć mi dłoń. Wspaniałe uczucie. Pełen szacunek, ich do mnie, i mój do nich.
Uiszczam opłatę za nas obu, za motocykl, od razu w obie strony i odbijamy od brzegu. Po drugiej stronie, zaledwie 15km od miejsca gdzie Marek postanowił wracać do domu, do rodziny, czeka na mnie kolejna wielka przygoda, mała niespodzianka, seria kolejnych znajomości, kolejnych ciekawych, niezapomnianych wręcz mistycznych miejsc. Wiem, wiem – jesteście ich ciekawi. Ja też byłem...

_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
  
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Wyświetl szczegóły
buba 
trochę już popisał


Twój sprzęt: VW Sven Hedin
Nazwa załogi: Bobki
Dołączyła: 26 Sie 2012
Piwa: 5/28
Wysłany: 2013-01-04, 00:29   

:) piékne zdjécia, jak zwykle :) mow dalej :)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
LukNet 
zaawansowany


Twój sprzęt: aktualnie brak
Nazwa załogi: LukNet
Dołączył: 17 Wrz 2012
Piwa: 7/22
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2013-01-04, 08:58   

Neno, proszę o więcej, więcej, więcej..., więcej ... :wyszczerzony:
_________________
Denerwować się to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych.

Pozdrawiam
Łukasz
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
WHITEandRED
[Usunięty]

Wysłany: 2013-01-06, 20:13   

:spoko
Ostatnio zmieniony przez WHITEandRED 2015-07-22, 19:39, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-01-07, 19:47   

Prom dobija do brzegu. Przeprawa trwa dość krótko, około 10 minut a wszyscy widząc coraz bliżej północny brzeg zapominają, że na pokładzie płynie biały człowiek i szykują się do opuszczenia rozgrzanej niemal do czerwoności żelaznej podłogi promu. W cale im się nie dziwię- część osób jest po prostu bez obuwia, choć większość jednak w chińskich klapeczkach kupionych na lokalnym targu za grosze.

-Może to jest pomysł na oryginalną pamiątkę ? - pomyślałem patrząc na przeróżne kolory i wzory, rozwiązania konstrukcyjne sandałów, klapek.

W pośpiechu robię prowizoryczne miejsce na tylnej kanapie motocykla, dla mojego przewodnika znanego tu, w Djene jako John Travolta ! Trochę ten przewodnik kłóci się z moją ideologią podróżowania ale nawet jadąc solo jestem elastyczny – naprawdę świetnie dogaduję się sam ze sobą ;) Zachęcany przez Johna wyłamuję się więc poza ramy i skuszony propozycją odwiedzenia miejsc podobno niedostępnych (dziś, po konfrontacji z osobami, które były w Djene wiem, że one naprawdę takie były; wtedy myślałem, że koleś ściemnia) dla białego turysty. Dokument jakim się legitymował był mało wiarygodny ale co tam, bez niego też skorzystałbym z jego pomocy.



John wygląda mi na niezwykle wyluzowanego człowieka i to mi się bardzo w nim podoba, ta otwartość, ten spokój, brak typowego naciskania, że muszę. W końcu kilka lat temu miał tu z pewnością co robić. Nauczył się podejścia do ludzi, a może po prostu taki jest z natury?
Z opowieści wiedziałem, że przed promem, na południowym brzegu, kiedyś były dziesiątki straganów, handel kwitł w najlepsze - bo dziesiątki aut w oczekiwaniu na trawers na drugą stronę rzeki były niezłym biznesem dla miejscowej ludności. Teraz były pustki, brak straganów z pamiątkami, ostatni turysta widziany około 7-8 tygodni temu, tak dawno, że nawet John tego dokładnie nie pamięta.

- Po starych dobrych czasach zostało wspomnienie – opowiada mi John.

W czasie, gdy piliśmy herbatę na jego podwórku, opowiedział mi też trochę o Dogonach, czyli o miejscu, które planowałem odwiedzić za kilka dni. Jako jeden z nielicznych ludzi, którzy widzieli moją mapę był w stanie z niej coś wyczytać. Większość, niestety zachowywała się tak jak by nie miała pojęcia co to jest i do czego służy - realia Afryki. Na owej mapie pokazał mi granicę, której lepiej bym nie przekraczał. Ja tylko utwierdzałem się po raz kolejny w przekonaniu, że granica ta jest tylko jedna, bo tą samą pokazują mi wszyscy, od cywilów po wojsko i policję. Także już wiedziałem, że jeden z celów nie zostanie osiągnięty. Piękna "Dłoń Fatimy", góra będą celem wspinaczy a moim obiektem westchnień nadal zostanie tylko marzeniem. Może kiedyś...

Z promu zjeżdżam jako ostatni, mój przewodnik czeka już na lądzie. Jest niezwykle wysokim mężczyzną więc sprawnie wskakuje na motocykl i ruszamy. Pierwsze metry to droga żwirowa, szerokości 2-3m, z mnóstwem wielkich dziur wypełnionych wodą. Nie jest źle ale nie chciałbym tu trafić tuż po porze deszczowej. Bez trudu wyprzedzamy wszystkich którzy płynęli z nami: pieszych, rowerzystów, auta, tylko motorowery dawno już zniknęły nam z oczu. Po kilku minutach pojawia się w końcu asfaltowa nić, niezbyt szeroka ale jest bez dziur więc nie ma co wybrzydzać. Na samym wjeździe do miasteczka stacja benzynowa której tak oczekiwałem. Napełniam więc zbiornik po brzegi i jedziemy dalej, do centrum, gdzie na zapleczu jednego z hoteli bezpiecznie parkuję motocykl, biorę prysznic, przebieram się w cywilne ciuchy i ruszamy we dwóch na miasto. W międzyczasie za drobną opłatą (1000CFA ok 1.5 euro ) mój kombinezon i buty zostają przetransportowane skuterkiem na brzeg rzeki gdzie będą poddane próbie przywrócenia im świeżości, mają na to tylko 4h i całość ma być i czysta, i sucha! A będzie co czyścić, dwa dni wcześniej wylądowałem w błocie po kolana ;)



4godzinny spacer po zabytkowym centrum miasta przeplatamy wizytami w domach u znajomych Johna, gdzie mogę podpatrzeć jak się mieszka w mieście, w szkole czy u lokalnych artystów, którzy od dawna nie mają już pracy bowiem konflikt w Mali całkowicie odstraszył turystów. Odwiedzamy też najbardziej znany zabytek w mieście, na razie tylko z zewnątrz - największy na Świecie meczet zbudowany tylko z gliny. Naprawdę jest potężny! Po każdej porze deszczowej jest tu niesamowite święto związane właśnie z tym zabytkiem. Kto tylko ma siły znosi na plac pod Wielkim Meczetem materiał do jego odnowy gdyż opady niszczą gliniane ściany. Następnie przy akompaniamencie muzyki młodzież, kilka dni i nocy ugniata glinę własnymi stopami, po czym mężczyźni po wystających z muru palmowych balach wspinają się na mury i odnawiają/naprawiają Świątynię. Temu wszystkiemu przygląda się cały czas starszyzna, która ma już za sobą kilka lat pracy przy ich wspólnej budowli, budowli z której są naprawdę dumni. A kobiety - one starają się by nikt z pracujących nie był głodny. Szkoda, że nie przyjechałem tu w czasie tego festiwalu...oj szkoda.

Przed wyjazdem czytałem dużo opowieści o tym jak to po nagraniu zakazanych obrzędów posłuszeństwa odmawiały karty pamięci, czy całe kamery, aparaty. Stąd też nie wtykałem swojego obiektywu w każde miejsce, zdjęcia czy klatki do filmu starałem się robić szanując prywatność miejscowej ludności i gdy tylko widziałem pierwsze oznaki niezręczności z ich strony czy niezadowolenia po prostu odpuszczałem. Niestety... nie pomogło. Tracę zawartość karty pamięci i w aparacie, i w kamerze. Jedna po drugiej w przeciągu niespełna godziny. Pech? Do dziś się nad tym zastanawiam... a może zamiast kamieniem ktoś rzucił we mnie zaklęciem ?



































Djene z tarasu :




















Z wizytą u lokalnego artysty:





Na szczęście mam zapasowe karty pamięci, które natychmiast lądują w miejsce tych „zbuntowanych”.
Czas na główny punkt programu bowiem popołudniowe modły się już zakończyły i zgodnie z obietnicą mam zostać przemycony do wnętrz Wielkiego Meczetu. Nie jest to takie proste - by wejść do środka musimy odnaleźć odpowiednich ludzi, którzy za odpowiednią opłatą umożliwią mi to, co nie możliwe – pieniądz działa również na Czarnym Lądzie. Na szczęście niewielki, choć i tego mi szkoda, bo boję się, że robią mnie w „bambuko”. Odliczam 5000CFA, a John wykonuje kilka telefonów. Okazuje się, że musimy chwilę poczekać bo jeszcze nie wszyscy wierni, po popołudniowych modlitwach opuścili wnętrze. Czas ten umilamy sobie sącząc herbatkę u kolejnych znajomych.







Po kwadransie zjawia się dwóch przemiłych jegomości, którzy prowadzą nas do wnętrza. Za mną zostaje tablica informująca o zakazie wstępu. Cały spacer wygląda tak, że przodem idzie jeden z mężczyzn i sprawdza czy nie nadziejemy się na "przełożonego" a z tyłu idzie ten drugi pilnując by "przełożony" nie nadział się na nas ... Dostaję limit, nie wiem dlaczego taki dziwny : 12 minut, 12 zdjęć. Udaję , że nie rozumiem... ;) w 12 minut wyrobić się musiałem bo takie tempo dyktowali moi przewodnicy ale co do zdjęć – zawsze byłem zboczony ! A w takim miejscu nie wyobrażałem sobie pościć.

































Z uśmiechem na twarzy, z Johnem na tylnym siedzeniu odjeżdżam zostawiając za sobą wzbijany przez wiatr kurz. Mijamy pusty plac targowy, puste piaszczyste uliczki i cieszę się, że takie były. Lubię gwar, ścisk ale tylko w wydaniu lokalnym - średnio podobają mi się starówki wypchane turystami, dużo ciężej poczuć wtedy prawdziwy klimat miejsca. A tak, nie musiałem wytężać swojej wyobraźni, wystarczyło popatrzeć i było widać i czuć to, po co tu się zjawiłem, prawdziwą Afrykę, prawdziwe Djene!
Odstawiam mojego nowego frenda i mimo zaproszenia na herbatę zmuszony jestem cisnąć dalej - opadające coraz niże słonko nie pozwala mi nawet na chwilę opieszałości. Muszę jeszcze tego dnia dojechać do głównej drogi bowiem wzdłuż tej, prowadzącej do Djene jest pełno wody, nie ma opcji rozbicia namiotu.
Także w czystych, pachnących ciuchach, owładnięty marzeniami ruszam dalej w swoją podroż.
No właśnie, podróż - dla jednych to sposób na ucieczkę od szarej rzeczywistości, dla mnie poszukiwanie siebie, swoich granic, adrenaliny, tych chwil niepewności, chwil których brakuje w naszym ucywilizowanym świecie, poszukiwanie tego co nie odkryte, pokładów ludzkiej miłości, przyjaźni - tak głębokiej jak wielkie rowy afrykańskie i oby tak samo długiej jak one. Czy je znalazłem.. czas pokaże.

_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
pagand 
weteran


Twój sprzęt: ROTEC 640 G
Dołączył: 04 Lut 2011
Piwa: 22/6
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2013-01-11, 15:04   

Neno... ogromne dzięki za spotkanie w tawernie... bardzo fajna opowieść...super zdjęcia... a i śmiechu trochę było...

Powodzenia przy następnej podróży... a jakbyś miał w planie Sudan Południowy, Kenię, Ugandę czy te okolice, to może uda nam się spotkać na szklaneczkę...wody :pifko
_________________
Rzuć mnie wilkom na pożarcie,
a wrócę dowodząc watahą.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-01-12, 10:31   

Opowieść umówmy się - była średnia :( Ale doświadczenie zdobyte, uwagi zebrane i mam nadzieje, że kolejne slajdowiska będą już o niebo ciekawsze.

Co do spotkania, to na 99% Sudan Pł. i Kenia. Także szykuj...wodę ;) no i siebie :P :pifko :pifko

Dzięki za przybycie, jeszcze większe za zaproszenie. Jako, że Ty stawiłeś się na moje, ja będę walczył by się zrewanżować ! Do zobaczenia !!
_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-01-12, 21:48   

Cisza... otwieram powieki. Delikatne powiewy wiatru, pierwsze promyki słońca wydobywają się zza skał i przenikają przez cienkie ścianki sypialni namiotu. Burczenie w brzuchu przypomina mi, że nie jadłem już od 24h. Odbieram SMSy które doleciały do mnie w nocy.
- Port w Mopti a potem do Dogonów na kilka dni ! – brzmi jeden z nich.

To Mirek, nasz, a teraz już mój Anioł Stróż, człowiek który jak się później okaże był mi sterem, żaglem, doradcą i krytykantem. Dzięki niemu nie czułem się kompletnie samotny... Raz dawał kopa w dupę, innym razem uspokajał. Normalnie czuł sytuację jak by ze mną był !
Czas się ruszyć – 400m po „łące” i już mknę po asfalcie.





Kilka kilometrów dalej, skrzyżowanie dwóch ruchliwych ulic.
- Prosto nie pojadę, bo niebezpiecznie, więc na godzinkę w lewo, do portu w Mopti, na targ po zakupy i potem wracam – zupełnie jak radził Mirek, myślę sobie.

Przenikający ciało dźwięk gwizdka całkowicie zmienia me plany. Trzyosobowy patrol mundurowych zaprasza mnie na pobocze gdzie dostaję instrukcję, że o tym, czy pojadę dalej zadecyduje ich przełożony. Wskazują mi budynek tuż za skrzyżowaniem – podjeżdżam. AK47 czeka już w pogotowiu... dostaję jednak grzeczną sugestię bym zaparkował w cieniu, bo po co ma się motocykl nagrzać zbyt mocno, w końcu słońce pnie się coraz wyżej.
-Hmm, czyli spędzę tu trochę czasu – myślę i od razu szukam gdzie by tu przykucnąć sobie w cieniu .

Rozsiadam się wygodnie na drewnianej ławce, opieram plecy o rozgrzany już mur budynku i czekam na przełożonego. Dochodzi 8, więc powinien za chwilę dojechać. Pół godziny później zajeżdża granatowa 230ka z gwiazdą na masce. Wysiada z niej potężnej postury mężczyzna a karoseria Mercedesa wraca do poziomu. Wszyscy salutują, ja jako cywil podaję mu rękę i przechodzimy do konkretów. Paszport, dokumenty motocykla, wyjaśnienia – skąd, dokąd, po co, w jakim celu. Wszystko wałkowane pięć czy sześć razy jak by sprawdzali czy się nie pomylę, czy moje zeznania są spójne i trwałe w czasie. Po tym wszystkim znów wylądowałem na ławce przed budynkiem. Zaczynało się robić gorąco kiedy przyjechał kolejny wojskowy i zabrał mnie do swojego biura. Ponura nora... tak pewnie rzekła by większość a ja cieszyłem się jak dziecko, że jest klimatyzacja ;) W zasadzie ciężko to nazwać klimatyzacją – w dziurze, obok zamkniętego szczelnie metalowymi roletami okna, wciśnięto po prostu agregat, który wiał tak, że aż ciary przechodziły. Pierwszy kwadrans to miłe orzeźwienie, po drugim zaczyna mi się robić chłodno, trzeciego nie wytrzymuję i przesiadam się pod ścianę.
Pomieszczenie dość duże - 4x4m, wymalowane na biało, na suficie wiszą dwie świetlówki bez oprawek i wentylator który wygląda jak by zaraz miał spaść. Dobrze, że się przesiadłem....
Co chwilę ktoś puka w metalowe drzwi i zagląda do środka. Coś przynoszą, odnoszą. Przyprowadzają też szeregowego który zna kilka słów po angielsku, próbujemy się dogadać. Nie idzie. Co 10 minut padają tylko magiczne słowa, bym się nie denerwował, że wszystko jest w najlepszym porządku. Hmm … nie wiem jak wyglądałem w ich oczach ale pomimo że dwie godziny siedzenia tu mam już dawno za sobą to jakoś byłem dziwnie spokojny, i na zewnątrz i w środku. Sam nie wiem dlaczego...
Znów wychodzimy na zewnątrz, tym razem by pooglądać motocykl a przy okazji wytłumaczyć do czego mi kamera na kasku, mikrofon, słuchawki, GPS i te wszystkie zabawki jakie mam przyczepione do maszyny.
Kolejny mercedes, kolejny ekspert. Znów wracamy do biura, ja , tłumacz, nowo przybyły, elegancko ubrany człowiek z teczką oraz szef posterunku. Rozsiadam się w fotelu, tfu...na drewnianym krześle i dopiero teraz dostrzegam dwa komputery, dwie drukarki gotowe do pracy stojące w kącie, na podłodze.... Ciekawe kto i jak na nich pracuje!
Ekspert ze swojej skórzanej teczki wyciąga potężnego laptopa.
-Będzie się działo – myślę

Zostaję poproszony o telefon oraz jego numer. Nie będę zaprzeczał, że nie mam bo wcześniej widzieli - z nudów bawiłem się nim trochę przed posterunkiem. Wpisują jakieś dziwne kody, coś tam wyszukują w komputerze podłączonym do przenośnego internetu, coś tam zapisują w grubym zeszycie. Nie mam pojęcia co to miało wszystko znaczyć… sprawdzali gdzie mój telefon się logował do sieci w poprzednich dniach, a może próbowali robić z nim coś by wiedzieć gdzie będę za kilka dni? Nie wiem, nie potrafiłem się tego dowiedzieć.
-K***a, oby tylko nie wysyłali SMSów bo rachunek przyjdzie nietęgi – to jedyna rzecz jaką się teraz przejmowałem.

Po całym tym cyrku znów ląduję na ławce koło motocykla i czekam dalej.
-Szkoda, że jeszcze nie tłumaczyli na arabski tego co mam zapisane w notebooku – myślę sobie uśmiechając się w duchu i natychmiast gryzę się w język bo jak wykraczę to spędzę tu chyba z miesiąc...

Pozwolenia nadal nie ma, mimo, że tłumacze, iż za godzinę i tak będę tędy wracał to się zatrzymam.... i pogadamy dalej.
Zaczyna się czwarta godzina pobytu w Sevare, na skrzyżowaniu N15ki i N16ki. Ruch rośnie w oczach, widać jak ludność z Bandiagary, do której mam w planach dotrzeć dzisiejszego popołudnia, podążają do Mopti, gdzie już dawno powinienem być... Tam, na mega dużym bazarze czekają na mnie w końcu banany, ananasy i cała reszta przysmaków. W brzuchu burczy mi coraz bardziej. Zamykam oczy... dosłownie na chwilę bo słyszę klekotanie starego diesla - podjeżdża kolejny Mercedes, tym razem TAXI, z którego wysiada kolejny czarnoskóry, który będzie mnie „badał”. TAXI nie odjeżdża, parkuje w cieniu z zamiarem oczekiwania więc łudzę się, że pójdzie w miarę szybko. Gość ubrany na biało, bardzo elegancko, z laptopem pod pachą wydawał się być lekko poddenerwowany – nie wiem jednak czym, może pobrudził sobie spodnie w samochodzie... Próbuję rozładować atmosferę gdy widzę, że zamiast do pracy zabiera się za logowanie do Facebooka. Całkiem zabawnie robi się jednak dopiero gdy próbuję go namówić by oddał mi swój przenośny modem, bo niby ja jestem uzależniony od internetu a już dawno nic „nie brałem” :) Kończy się na tym, że w 30-40 minut sprawdzają moją kartę kredytową, dzwonią do ambasady by sprawdzić autentyczność mojej wizy i.... mogę ruszać dalej !! Mało brakowało a uwiesiłbym się im na szyi z radości !



Mopti (miejscowość nad rz. Bania)


15 minut krążę już motocyklem po targu wśród ludzi. Spora część handlujących zaprasza, woła by to u nich zrobić zakupy. A mi się jakoś nie spieszy, nawet zapomniałem o tym, że jestem głodny. Jadąc mijam się z białym turystą z lustrzanką przy oku – nie widzi mnie – w końcu jest zajęty bo dzieje się tu sporo. Kupić można wszystko. Od gotowych sieci rybackich po materiał z których można je wykonać. Rowery, opony i części do nich. Plastikowe krzesła, wiadra, miski. Sterty kolorowych klapek i różnego rodzaju obuwia piętrzą się ku niebu. Różnej maści ciuchy - prym wiodą koszulki europejskich drużyn piłkarskich. A to wszystko, cały ten rozgardiasz upchany jest na piaszczystym nabrzeżu . W tle widać rzekę i różne łodzie rybackie, od tych najmniejszych po całkiem spore. Do tego wszystkiego stoiska z owocami, smażące się frytki, małe lokaliki gastronomiczne gdzie można zjeść ryż z sosem, grillowane mięso czy wypić kawę. Brakowało mi jedynie świeżo wyłowionych ryb, akurat na nie miałem ochotę. Kupuję więc tylko owoce i zbieram się do wyjazdu. Oczywiście wokół mnie tłum, zaglądają w mapę, w nawigację, są ciekawi dokąd jadę. Pada magiczne słowo Bandiagara i już wszyscy kiwają głową ze zrozumieniem a jeden z otaczających mnie młodych chłopców proponuje, że mnie wyprowadzi z tej plątaniny „uliczek” jakie utworzyły się pomiędzy szeregami sprzedających i kupujących. Oczywiście grzecznie dziękuję bo wiem jak się to zazwyczaj kończy – wyciągniętą ręką za pomoc. Chłopak nie daje za wygraną i biegnie przed motocyklem krzycząc by ludzie się rozeszli i zrobili nam miejsce. Ależ miał kondycję !!!! Kilkaset metrów dalej pokazuje mi kierunek w jakim mam jechać i wyciąga dłoń.... jestem w szoku !!! On tylko chciał bym w zamian przybił mu piątkę !!
Jest wspaniale!!


Kilka kilometrów dalej parkuję motocykl w cieniu drzewa i obserwując lokalny ruch posilam się tanimi acz niezwykle niskiej jakości pomarańczami.
-Chyba te najlepsze pojechały do Europy – stwierdzam z niesmakiem w ustach.


Znów jestem w Sevare - napełniam zbiornik paliwa, uzupełniam zapas wody, kupuję dwie bagietki i przejeżdżając skrzyżowanie modlę się by nie powtórzyła się sytuacja z rana. Na szczęście wszyscy mnie tylko pozdrawiają i mogę spokojnie jechać dalej. Uff, oddycham z ulgą.
5km dalej znów stoję i prezentuję zawartość moich sakw i toreb a za plecami słyszę (oczywiście się tylko domyślam o czym nawijają bo przecież oni mnie a ja ich nie rozumiem) jak dwóch wojskowych rozmawia sobie o mojej kamerze, ile może kosztować i czy powinni mi ją skonfiskować, bo przecież dalej jest kupę wojsk i mogę nagrać gdzie i jak są ukryte....
-No jaja jakieś - myślę sobie – podchodzą i zaczyna się.

Twardo im mówię, że nie ma opcji, że kamera jedzie ze mną. Przekomarzamy się tak kilka minut, w końcu z miasteczka, które przed chwilą opuściłem przyjeżdża mój tłumacz i łagodzi sytuację. Kończy się na tym, że w cieniu drzew oglądamy razem kilka filmików z mojej podróży i na szczęście to im wystarcza. Mogę jechać.
- W takim tempie to ja daleko dziś nie zajadę...

Mijam dwa działa ukryte w zaroślach, pickupa z karabinem na pace i odjeżdżam. Jeszcze bez tumanów kurzu za sobą, bo to ostatnie kilometry asfaltem ale odjeżdżam !! I tylko to się teraz liczy.
Ruszając dalej poczułem, że to gdzie bywałem do tej pory to jak knajpa portowa. Teraz, dziś, mijając tą konkretną „granicę”, ten punkt kontroli, poczułem jak wypływam na jezioro, nieduże ale jednak udało się w końcu opuścić knajpę. Dziś jezioro, jutro morze... wiem, że oceany już czekają. Podnoszę szczękę LS2ki, krzyczę z radości, nasłuchując czy echo wróci....






_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-01-26, 04:12   

Tak króciutko - zapraszam:

_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Wyświetl szczegóły
StasioiJola 
Kombatant


Twój sprzęt: Fiat Bürstner
Nazwa załogi: StasioiJola
Pomógł: 11 razy
Dołączył: 25 Lip 2008
Piwa: 70/258
Skąd: Gąbin
Wysłany: 2013-01-26, 21:12   

Czekamy na ciąg dalszy!! :ok A Afrykę smakuję Tak jak ją opisujesz i pokazujesz !!!Wielkie Dzięki . A to małe piwko jest o wiele za małe za Twoje opisy z podróży!! :szeroki_usmiech :spoko
_________________

Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Tadeusz 
Administrator
CamperPapa


Twój sprzęt: Fiat Talento Hymercamp
Nazwa załogi: Kucyki
Pomógł: 16 razy
Dołączył: 06 Lis 2007
Piwa: 1063/1332
Skąd: Otwock
Wysłany: 2013-01-26, 21:33   

Rzadko zdarza się by tak wciągnął mnie temat, że czekam na następną część jak na coś od czego wiele zależy. Twój sposób narracji, budowanie nastroju i ilustrowanie zdjęciami naprawdę robi na mnie wrażenie. Bo i zdjęcia są nie tuzinkowe. Świetnie uzupełniają się z tekstem.

To właśnie takie perełki jak ta opowieść są solą takich podróżniczych forów.

Dziękuję Neno.

:pifko
_________________
Fotki z mojej włóczęgi:
https://picasaweb.google.com/114793023460612116625



W życiu najlepiej jest, gdy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest tylko dobrze - to niedobrze.
Ks. Jan Twardowski.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-02-08, 05:16   

Dziś dla odmiany coś czym zajmowałem się ostatnie dni, oczywiście ja tylko przeleciałem materiał - montażem zajął się Madrafi czyli Rafał Czemko za co mu serdecznie dziękuję.
Krótki trip z Remim w roli głównej, a niżej ze mną, a za kilka tygodni zapewne cały film. Pierwszy ale nie ostatni :)

Czekam na Wasze opinie ;)



_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-03-05, 16:02   

Kochani, mam nieskrywaną przyjemność zaprosić Was, na co prawda nie slajdowisko ale 30 minutowy "występek". Podczas tych 30 minut postaram się streścić i pokazać kwintesencję wyjazdu. Sam jestem ciekawy jak moje zdjęcia będą wyglądały na dużym ekranie. Będzie też klip na początek i koniec moich wypocin ;)

Miejsce: Gdynia, Hala Sportowo-Widowiskowa "Gdynia" , ul.Kazimierza Górskiego 8. Wstęp wolny. Ilość miejsc ograniczona do ok. 5.000.
W wypadku braku miejsc należy swoje odczekać bowiem wpuszczanych jest tyle osób ile opuści budynek. Dlatego warto wpaść wcześniej. W ubiegłym roku takie problemy były w sobotę - jak będzie w tym roku, ciężko powiedzieć.
Ja zaczynam w piątek ok. 18:10 (duża sala) ale zapraszam Was już dużo wcześniej, będzie mnóstwo niesamowitych (oby) pokazów.
Całość w ramach XV Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Alpinistów i Żeglarzy.
Więcej info na http://kolosy.pl/nasze-im...olosy-2012.html

Wiem ,że ktoś z CamperTeamu na pewno tam jeździ bo widuję parkujące dwa-trzy kamperki z naklejkami ;) Ależ Wam zazdroszczę pędząc zawsze do "hotelu"... ;)
_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Neno 
zaawansowany


Dołączył: 14 Lip 2011
Piwa: 52/3
Skąd: Zambrów
Wysłany: 2013-03-07, 13:59   

Myśmy z Remim pojechali i nakręcili materiał, dziś żałuję, że się do tego nie przyłożyłem, ba olałem go kompletnie... nie wgrywając nowego softu, nie czyszcząc obiektywu z kurzu i owadów, nie nagrywając .... ale czasu już nie cofniemy :(

Do projektu dołączył się Madrafi i z tego marnego czegoś cośmy przywieźli zmontował te 4 minuty i 20 sekund. Dla Was za pewne nic nie mówiące a dla nas pełne wrażeń, uniesień. WIELKIE Dzięki Rafał!

Wielkie dzięki również, jeśli nie przede wszystkim dla chłopaków z grupy Samuraj(Marcin Sokołowski i Piotr Michalik) za wspaniały tekst i super wykonanie.
Muzyka: Marcin Sokołowski (Sokollo)

To co, lecimy ...

...bez marzeń jestem pusty jak bańki mydlane...

_________________
http://www.przezswiat.eu

https://www.fb.com/PrzezSwiatZnamiotem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum

Dodaj temat do ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
*** Facebook/CamperTeam ***