Klub miłośników turystyki kamperowej - CamperTeam
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Na Islandii "ruski" dwa!
Autor Wiadomość
Srebrzanka 
doświadczony pisarz


Twój sprzęt: VW T3 Karman Gipsy'88 1,9 TD
Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Lut 2010
Otrzymał 4 piw(a)
Skąd: Sopot
Wysłany: 2013-07-11, 10:21   Na Islandii "ruski" dwa!

Tak miała się nazywać relacja z wyjazdu, który z moim przyjacielem Peterem (znacie go z 2RK6PSK - laweta) planowaliśmy od bez mała 8 lat.
I taki właśnie tytuł będzie nosić pomimo, że już nie jeździmy "ruskami" (Peter ma jeszcze M-72 '55, po moim Uralu M-11 pozostał tylko NIK) w dodatku będzie nas 4-ch, w tym 3-ch DoctorRidersów.
Uczestnicy to: Longus (Tomek) Honda Varadero, Misiek (Wojciech) BMW K100RT, Peter (Piotr) BMW R100GS Dakar i ja BMW R1200GS Adventure. Na tydzień doleci do nas Maritka żona Wojtka.
Startujemy do szczecina, gdzie czeka nas nocleg - pomocy w zaklepaniu miejscówki udzielił inny Wojciech z naszego Klubu, za co szczególnie dziękujemy.
Dalej trasa Szczecin-Hijorring w DK, gdzie nocujemy 15 km od promu, na który wsiedliśmy 15.06 i odpływamy na Wyspy Owcze.
Na FO spędzamy 3 noce zwiedzając okolicę w towarzystwie Strusia i Wikinga i ich przyjaciół (2 jeepy, 4 osoby), płyniemy tym samym promem - przypadek jakże radosny.
19.06 okrętujemy się wieczorem, a rano lądujemy na wschodzie Islandii w Sejdisfjordur, gdzie nasze drogi się rozchodzą. Wikingowie czochrali interior IS (szutry, brody - ekstremalnie) i wracają tydzień przed nami, my zrobimy objazd po ringu, zwiedzając najciekawsze atrakcje turystyczne, dokumentując magiczne miejsca.
Na prom powrotny wsiedliśmy 4.07 schodzimy 6.07 i mkniemy (już bez Longusa) do Kopenhagi, gdzie zabradziażymy jeszcze przez 3 noce. 9.07 powrót promem Trelleborg-Sasnitz, obiad w Świnoujściu i nocleg już w domu.
Taki plan, prognozowane nawinięcie na koła między 6 a 8 tyś. km., i to Longus zgarnie puchar w kategorii "najdłuższa trasa".
_________________
Piotr i Katarzyna
  
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
darboch 
Kombatant
KMW_SILESIA


Twój sprzęt: Rimor Super Brig 648
Pomógł: 5 razy
Dołączył: 17 Lip 2009
Piwa: 68/48
Skąd: Górny Śląsk
Wysłany: 2013-07-11, 10:25   

Czekam z niecierpliwością na relację bo tez patrzymy w tamtym kierunku.

Ile prom na Islandię kosztuje ?
_________________
Darek

Relacje z naszych skandynawskich podróży
http://www.camperteam.pl/...pic.php?t=8431. Skandynawia
http://www.camperteam.pl/...pic.php?t=11145 Skandynawia
http://www.camperteam.pl/...pic.php?t=11150 Skandynawia
Ostatnio zmieniony przez darboch 2013-07-11, 10:28, w całości zmieniany 1 raz  
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
 
Srebrzanka 
doświadczony pisarz


Twój sprzęt: VW T3 Karman Gipsy'88 1,9 TD
Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Lut 2010
Otrzymał 4 piw(a)
Skąd: Sopot
Wysłany: 2013-07-11, 10:26   

Wyspy Owcze ujrzeliśmy na 1,5 godziny przed zakotwiczeniem, które nastąpiło o 23:30 16 czerwca, po 32 godzinnym rejsie z Hirtshals (DK). Przywitały nas pochmurną pogodą i pierwszą awarią – Wojciechowa "cegła" nie odpala, więc zjeżdża z promu na luzie, na parkingu Peter sprawnie ogarnia temat. Wyjazd po północy w kierunku Vestmanny (40 km), gdzie mamy metę – w towarzystwie Strusia i Wikinga (Jeep) oraz Romy i Stiopy w Land Rover) – jasno jak w letni wieczór ok. 19-tej. Okazało się, że nasza miejscówka – rezerwowana z pomocą przyjaciela "Duńczyka" - jest wysoko w górach, więc czekamy 5 min. na przewodnika, który prowadzi nas wyasfaltowaną wąską drogą z widokiem zapierającym dech w piersiach. Nasza miejscówka to półka skalna na zboczu urokliwej doliny z jeziorkiem, której szczyty wznoszą się na 400 metrów. Są poprzecinane poziomymi pasami warstw bazaltu między którymi pasą się owce na stokach o nachyleniu do 50 stopni. Nasz plac to płaski obszar o powierzchni ok. 200 m.kw. Na wysokości 272 m nad poziom morza, pokryty sztuczną trawą, na którym stoją 2 duże 4 os. przyczepy kempingowe z przedsionkami, ze wszystkimi udogodnieniami, podwójna huśtawka, trampolina a wokół – skwitował zaczepnie Staś "praktycznie nic, oprócz widoku". Mamy wrażenie, że trafiliśmy na koniec świata. Podmuchy wiatru i padająca mżawka sprowokowała Tomka do stwierdzenia -" Farery, zimno, mokro i do domu daleko"-.



Rano wyjazd w towarzystwie terenówek na sąsiednią wyspę Vagar – jedziemy tunelem o długości 4,9 km pod dnem – tak Atlantyku (bezpłatny dla dwóch kółek) – i dojeżdżamy do najbardziej na zachód miejscowości Gasadalur, dostępnej na kołach. Do kotliny prowadzi tunel, wcześniej 2 x tyg, przechodził ogromne górę miejscowy listonosz, któremu mieszkańcy wyspy postawili pomnik w Sorvagur. Dalej jest tylko wyspa Mykines będąca rajem Maskonura – jutro 3-ka naszych się tam wybierze na cały dzień. Droga powrotna już w słońcu, pozwala fotografować surowe piękno kraju tak mało znanego. Malownicze osady nad brzegami zatok fjordów, 17 tuneli przecinających góry na 20-stu głównych wyspach plus 2 przebiegające pod dnem Atlantyku, wspaniałe asfaltowane drogi, których możemy farerczykom pozazdrościć.



Dzień drugi, to przejazd na wschodni koniec archipelagu, gdzie na kołach, bez korzystania z promu da się dojechać. "Landryna" i Tomek wybrali się "do maskonura", obiecał mi fotki do avatara, dostałem sempiterny owcy, krowy i pomrowika (gatunek ślimaka). Aura wyjątkowo nie sprzyjała fotografii ptaków. My skorzystaliśmy z zaproszenie do jeepa i tunel północny zdobyliśmy w charakterze loży szyderców tylnej kanapy. Zdradę jednośladów usprawiedliwia jedynie zdjęcie deszczu padającego w poziomie.Po minięciu Klaksvik zostaliśmy dowiezieni do Vidarejdi – kraniec wschodni dostępny dla nas – gdzie kremem homarowym, halibutem z wody i piersią z nurzyka uraczyliśmy podniebienia. Powrót ponownie w aurze sprzyjającej fotkom: urokliwe widoki w Kunoy, port w Lamba, gdzie na pochylni stoi głaz przeszkadzający funkcjonowaniu portu rybackiego lecz jest nietykalny, bowiem pod nim jest wejście do krainy opisywanej w mitologii nordyckiej elfów Huldufolk, które mogłyby sprowadzić na miejscowych pasmo nieszczęść. Oglądaliśmy urokliwy klif w Gjogv, oraz stadion w Eidi (stadion wciśnięty między jezioro a ocean), na którym federacja piłkarska Wysp Owczych odwołała mecz międzypaństwowy z reprezentacją Włoch z powodu silnego wiatru i rozbryzgów fal.







Żal opuszczać nasze ostrygojadowe gniazdo, bo to ten właśnie ptak jest w herbie (FO). Sławek dokonał przełomowego odkrycia, że nasza samotnia jest przepełniona wrzaskiem nieopodal gniazdujących i przelatujących ptaków oraz beczeniem owiec, które pasąc się w samopas są oznakowane i różnokolorowe. Gdyby nie przejmujący ziąb, z przyjemnością godziny "nocne" spędzilibyśmy w leżakach owinięci w śpiwory, wsłuchani w magiczną orkiestrę farojów.Każda próba wejścia na stok kończya się "awanturą" i atakami pikujacych, nieopodal gniazdujących ostrygojadów. Farerczycy są niespotykanie przychylni i pomocni, o czym także mogliśmy się osobiście przekonać, są niemal genetycznie pozbawieni agresji, nie przepuszczą żadnej okazji do zabawy czy świętowania. Polacy stanowią istotną populację mieszkańców, a jeden z naszych rodaków Czesław Słania urodzony w Czeladzi był projektantem forerskich znaczków pocztowych i banknotów.





Ranek ostatniego naszego dnia przywitał nas wichrem i deszczem, szczyty okolicznych gór schowane były w chmurach, więc zrozumiałym był brak chęci na cokolwiek. Śniadanie i pakowanie przedłużaliśmy w nieskończoność, tak że koło południa wyruszyliśmy w kierunku Tornshavn. Jazdę jednośladami w zacinającym deszczu i podmuchami osiągającymi chwilówki do 100 km/h, przestawiające motocykl o 2 metry równolegle na pasie jazdy, należy skwitować stwierdzeniem – męska rzecz. Jak wynika z naszych kilkudniowych doświadczeń, po południu się przejaśnia i dotknęły nas pierwsze promyki słońca. Kilkugodzinne oczekiwanie na prom minęło przyjemnie spacerem po miasteczku, degustacji łupacza (ryba, która w kraju byłaby 3 x droższa) i zakupu pamiątek. Zachwycił nas budynek parlamentu stojący na przeciw portu, drewniany ze skośnym dachem o nachyleniu ponad 50 stopni, jak większość starych budynków na Farojach pokryty rosnącą trawą. Peter – jedyny umysł techniczny wśród nas był zainteresowany techniką ścinania trawy na dachu, gdzie ptaki miały trudność się utrzymać. Dzień zakończyliśmy zaokrętowaniem, Faroje żegnaliśmy z tarasu widokowego, sycąc oczy widokami ostro nachylonych stoków schodzących prosto do oceanu, znanych nam wcześniej od strony dolin i kotlin, którymi się przez 3 dni poruszaliśmy.
Faroje to tylko krótki przystanek w naszej podróży na Islandię, której w chwili obecnej nie możemy się już doczekać.























































Zdjęcia niestety są losowo ułożone, ale mam je skatalogowane w kolejności dni i atrakcji. Strzelamy dziennie 200-300 zdjęć, kręcimy 5-15 ujęć do lub ponad minutowych, więc dokumentacja będzie mocna. Baliśmy się nudy na promie (ponad 2 doby) ale szybko odkryliśmy na rufie pokładu widokowego 3 baseny jacuzzi z 40-to stopniową wodą morską (ostatnia fotka). Podróże nie tylko kształcą, ale także regenerują - zazdraszczajcie.

_________________
Piotr i Katarzyna
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Srebrzanka 
doświadczony pisarz


Twój sprzęt: VW T3 Karman Gipsy'88 1,9 TD
Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Lut 2010
Otrzymał 4 piw(a)
Skąd: Sopot
Wysłany: 2013-07-11, 10:28   

Rano obudziło nas pukanie do drzwi kajuty z wezwaniem do opuszczenia tejże na 2 godziny przed zacumowaniem w Seydisfjordur. Pobieżne pakowanie i "wylot" z kabiny zajął nam mniej niż 10 min... po kolejnym komunikacie załogi promu, wzywającym do opuszczenia tejże w przeciągu 15min. Po zniesieniu bagaży pod drzwi pokładu samochodowego, udaliśmy się na taras widokowy. Tu pełne zaskoczenie - ocean gładki – totalna flauta mimo, że w nocy trochę bujało. Mgła ograniczająca widoczność do 50 metrów odebrała nam chęć na jakiekolwiek fotki.
Po wejściu do fiordu mgła ustąpiła, oba brzegi podobne do krajobrazu Wysp Owczych, tak samo warstwowe strome ściany pokryte zielenią, wierzchołki ukryte w chmurach, lecz od 100 metrów w górę coraz więcej śniegu. Języki śnieżno-lodowe zwężające się się przechodząc w strumienie, potoki i małe wodospady spływające do oceanu. Od 300 metrów w górę praktycznie biało. A więc tak nas wita kraina śniegu i lodu, dlaczego mnie to dziwi... z jakiegoż to powodu nie zabrałem ze sobą zimowych rękawic motocyklowych? Ach tak, wyjechałem przecież na letni urlop.
Moment cumowania omija kierowców pojazdów, w tym czasie odpinamy motocykle z pasów, dopakujemy w rzeczy zabrane do kabin i przygotowujemy się do wyjazdu z promu. Motocykle z pierwszeństwem zazwyczaj opuszczają promy, niestety w pierwszej kolejności na nie wjeżdżają. Po zjeździe czeka nas odprawa celna. IS jest w strefie Schengen, ale nie w UE, paszporty nie są konieczne, ale je mamy – niepotrzebnie. Najpierw w kolejce przyklejają nam rodzaj winietki z datą wjazdu, to prawo poruszania się przez 12 m-cy, nic w paszportach nie wbijają, ale opuszczając ten kraj, nalepka będzie sprawdzana. Celnicy patrzą na nas motocyklistów obojętnie i bez zatrzymania nakazują wyjazd – po pastwią się nad kamperami i autokarami wycieczkowymi – na wyspę można wwieźć 3 kg produktów spożywczych pod warunkiem fabrycznego zamknięcia, ½ litra alkoholu i 10 paczek papierosów.



W porcie zatrzymujemy się na parkingu, gdzie żegnamy się z przyjaciółmi i dwiema terenówkami, którzy towarzyszyli nam na promie i w przerwie rejsu na Farojach. Zbierając się do wyjazdy na parking zajechał Sindri i poprowadził nas 72 km do urokliwej mieściny Eskifjordur – mamy tu metę na pierwsze i ostatnie 3 noce przed czekającym nas objazdem Islandii zaplanowanym na 9 dni. Po powitaniu i posiłku nie możemy wysiedzieć na miejscu i ruszamy (z naszymi gospodażami w charakterze plecaków) w mały objazd najbliższej okolicy. Próba wspięcia się luźną, szutrową drogą na 200 metrów do sasiedniego (podobno przeurokliwego) fjordu Vodlavik, kończy się moją glebą w rowie, z którego wystawały koła Adventure. Zgięty stelaż owiewki (która nie pękła), został naprawiony przez Petera w cigu 40 sekund – innych strat (poza moralnymi), nie odnotowano. I to byłoby tyle z eksploracji islandzkiego, słynnego inteioru, hi hi. Po podjęciu męskiej decyzji o nieopuszczaniu asfaltu, z pasażerami nawinęliśmy jeszcze 70 km, oglądając zaporę p/lawinową w Neskaupstadur, zbudowaną po tragicznym osuwisku w 2009r. Po kolacji degustacja rekina grenlandzkiego – przysmak islandczyków. Mięso surowe jest toksyczne i niejadalne bez przygotowania. Islandczycy zakopują je na pewien czas. Po jego ponownym wydobyciu, takie (nie boję sie uzyc tego słowa) nadgnite, cuchnące, krojone w kosteczki jest podawane jak u nas koreczki z miejscową wódka – nie uwierzycie ale pychota. Wisienką do tortu było jaccuzi o temp. 42 st.C. na zakończenie dnia. Każde miasteczko posiada taki basen otwarty czynny cały rok. Już wiemy, że pobyt tu bardzo będzie się nam podobał, choc nie mamy pojęcia jakież niespodzianki na nas czekają.



Dzień drugi na Islandii zaczął się leniwie. Motocykle zdołaliśmy dosiąść w samo południe, a plany nader ambitne. Latarnia morska Dalatangi – u wejścia do Seydisfjordur, gdzie wpływaliśmy promem – ale dojazd szutrem wzdłuż północnego brzegu, leżącego na południe Mjoifjordur, widoki więcej niż urokliwe 100 km luźnego szutru nawinięte na koła (o malo 2-krotnie nie leżałem). Wielki szacun dla Miśka, który "ceglą" na szosowych laczkach – Avon z przodu, Metzeler z tyłu, ciął jak po szynach – chyba ma "cochones" z tytanu. Przejazd na wysokości 588 m.n.p.m. w śnieżnych tunelach o wysokości 5 metrów (w zimie miały 15) na długo zostanie zapamiętany. Dalej jazda na północ za Bakkagerdi do portu rybackiego nad Borgarfjordur, trasa wiodła asfaltami, ale było kilka odcinków szutru utwardzonego po którym przekraczaliśmy dozwolone 80 km/h. Na miejscu jest mała kolonia maskonurów, które udało mi się zobaczyć mimo, że zrezygnowałem z wycieczki na Mykines na Farojach, które są Mekką maskonura (po islandzku Lundi – bardzo ładna nazwa). Dzisiejszy wyjazd to łącznie 350 km i pierwsze tankowanie z poznaniem procedury uruchomienia dystrybutora, bardzo się przydają karty rabatowe, które znaleźlismy na motocyklach na promie przed wyokrętowaniem w Seydisfjordur.



Przejechaliśmy na kołach ponad 2 tyś. km. Z rzeczy zaskakujących, to: dobrze tolerujemy białe noce; garmin tu pięknie rutuje, pokazując nawet dokładnie szutrówki, na owczych dał plamę, ale pokazywał kontur wysp i główne miasta lecz żadnych dróg – granda, po powrocie wystosuję stosowną skargę; samochody terenowe na Islandii powalają wielkością kół, to monster trucki na ogromnych balonach dostosowane do kolców w zimie – prawdziwe przeprawówki. Zaledwie liznęliśmy fragment tego kraju, ale wywiera na nas ogromne wrażenie, człowiek jest mikroskopijnym nic nie znaczącym artefaktem w konfrontacji z siłami natury. Ten kraj uczy pokory, nawet gdy jest się Mistrzem Świata w Absolutnie Każdej Dziedzinie – jak ja.



Dzien 3-ci zaskoczył nas śliczną pogodą, pełne słońce, pojedyncze malutkie chmurki i leciutki wiaterek. Okoliczności przyrody wymarzone do jazdy jednośladem spowodowały, że nie wyjechaliśmy nigdzie. Na decyzję wpłynęło kilka powodów; jutro start w objazd wyspy, 500 km do noclegu; zaanonsowana baranina na kolację oraz chęć wymoczenia zadków sie w basenach termalnych. Za 500 ISK-ów odosoby (100 ISK=2,7PLN) do dyspozycji 2 x jacuzzi o temp. 42 i 38 st.C., nasępnie duży brodzik o temp. 32 st.C. i basen dł. 25 m. z temperaturą 27 st.C. Wszystko znajduje się na terenie otwartym, a takie baseny są we wszystkich miasteczkach wyspy. Do kompleksu należy jeszcze sauna z pojemnikiem wody o temp. 4-7 st.C., który namiętnie jest odwiedzany przez kilkuletnie maluchy doń wskakujące i z krzykiem wracające do brodzika – hartowanie ciała od maleńkości.



Po łupaczu, rekinie i wielorybie z grila przyszla pora na pieczony udziec barani. Wojciech osobiście badał mięso termometrem, przeciągnął czas, aby zapewnić kruchość potrawie. Nie podejmę nawet próby odniesienia się słowem pisanym do smaku i aromatu nadmienię tylko, że gdy sięgnąłem po aparat pozostały tylko 2 spore kości obgryzane przez Tomka i Wojtka.
Co nas dzisiaj zaskoczyło, to jaka jest tu polityka rządu dotycząca finansów młodzieży. Od 14-tego r.ż. dzieci w ferie pracują (koszą trawniki, sadzą i pielą kwietniki, sprzątają) i są zwolnione z podatku dochodowego do ukończenia 16-tego r.ż. Widzieliśmy grupy nastolatków w żółtych kamizelkach odblaskowych, za to żadnego peta czy papierka na ulicy. Genialny sposób na wpojenie szacunku do pracy i pieniędzy.
I nadszedł oczekiwany dzień kiedy ruszamy w objazd wyspy. Wstajemy wcześniej i z małym poślizgiem wyruszamy w piękiny słoneczny ranek. Zjeżdżamy wokół fjordów wschodnich na południe w kierunku Hofn. Po drodze (jedziemy drogą nr 1 od Breiddalsvik) są 2 odcinki szutrowe, zaskoczenie bo to w końcu krajowa obwodnica. Na więksości odcinków ograniczenie do 90 km/h i nie zalecam przekraczać w trosce o zasobność własnego portfela. Temperatura 10 st.C i rosła do 14 st. w Hofn. Zaraz za tunelem przed Hofn skręcamy w lewo w szutrówkę do Vestrahorn. Jest tu osada Wikingów zbudowana w celu kręcenia filmu reżyserowanego przez Mela Gibsona, nie rzuca na kolana... ale posąg Wikinga tuż obok, już i owszem. Dalej tankowanie w Hofn i już widać języki największego lodowca w Europie i 2-go na świecie – Vatnajökull. Każdy z lodowcowych języków, a jest ich mnóstwo, ma nazwę własna i traktowany jest turystycznie jak osobny lodowiec. My kierowaliśmy się możliwością dojazdu jak najbliżej czoła lodowca, więc wybraliśmy Hoffellsjokul, znany ze znajdowanych tu opali i jaspisów. Dojazd do moreny czołowej 4 km po płaskiej kamiennej drodze i jeden potok glebokści 0,5 z luźnymi, dużymi kamieniami na dnie, co uniemożliwiło Tomkowi przebycie brodu suchą stopą. Varadero w bliznach, a Tomasza czeka przez 2 dni jazda w moich zapasowych butach w związku z czym – jak fjordy – je mi z ręki. Cegła dostała zakaz przekraczania brodu i Wojciech w woderach kontynuował dojazd na tylnym siedzeniu GSA. Widok przejmujący, niespotykany aż nierzeczywisty, tylko w naturze bo fotki to namiastka. Po powrocie przy naszym brodzie akcja ratunkowa – utknęła osobówka. Terenówkami zryli nam koryto brodu, więc znaleźliśmy sobie inny, 50 m w górę strumienia z przeprawą bez niespodzianek.



Następnym przystankiem był Jokullsarlon - miejsce, gdzie wielki jęzor Breidamerkurjokul odłamuje góry lodowe wpływające wprost do oceanu. Widowisko zapierające dech w piersiach, komu mało może (dla prestiżu, za opłatą) popływać między krami wielkości budynku.



W drodze na zachód przerwa na pecika, z widowiskowym językiem Svinafelsjokuli i dalsza jazda do Vik, gdzie mamy nocleg. Po drodze krajobraz najpierw z piekła – pola szlaki, pumeksu i żużlu gdzie okiem sięgnąć, góry jak hałdy węgla wysokości 300 metrów w różnych odcieniach szarości i brązu, nastepnie rodem z koszmarów – pola lawowe po horyzont, obłe głazy (jak mega odchody) porośnięte mchem, jak odchody stada krów wielkich jak Antonow 225.



Ranek przywitał nas słoneczkiem, temp. 10 st.C. - jak dobrze, że odpadła opcja namiotów, decyzje tę będziemy błogosławić w nadchodzące deszczowe dni. Po śniadanku za 1600 ISK (ok. 40PLN) pakujemy się, tankujemy i zaczynamy od obejżenia klifów za naszym miasteczkiem w rejonie Myrdalur. Bardzo różnorodne i ciekawe formacje skalne pozwalają nam uwiecznic się na ich tle. Jest 14 st.C. więc kusi mnie myśl o zdjęciu podpinki, będę przez resztę dnia hołubił lenistwo, bowiem w dalszej trasie temp. spadła do 10 stopni a na wyżynie przed stolicą do 8 stopni, a na finiszu 11 st.C.
Dalsza jazda jedynką w kieunku Rejkiawiku i pierwszy postój przy Skogarfoss – to wrota do Thorsmork – 60 metrowej wysokości płaska ściana wody robi na nas wrażenie, to najładniejszy wodospad południowej Islandii. Thorsmork (Lady Thora) to słynący z zapierającej dech w piersiach przyrody, miejscowy park narodowy z ciekawymi formacjami skalnymi, zalesiona i poprzecinana mnóstwem strumieni i rzek, co wymusza koniecznosć pokonywania 20-tu brodów. Z tego powodu nie uwzględniliśmy tam wjazdu – wygodną wymówką była wojciechowa "cegła". Schalandfoss, kolejny i mniej okazały wodospad oglądaliśmy z siodeł motocykli.



Kolejnym etapem tego dnia była Hekla, najaktywniejszy wulkan Islandii, który w poprzednim stuleciu wybuchł 5 razy. Nazwa Hekla oznacza pelerynę lub kaptur, bowiem wysoki na 1491 stożek wulkaniczny skryty jest naogół w chmurach. Nielicznym udaje się trafić widok szczytu, nam nie było dane. W pobliże dojechaliśmy drogą 26 na odległość 8 km, aby się zbliżyć na 4 km musielibyśmy pokonać luźnym szutrem ok 10-ciu nastepnych kilometrów – uznaliśmy, że to trud daremny z uwagi na znaczne zachmurzenie. Heklę po wybuchu w 1104 roku nazwano bramą do piekieł, w 1766 wyrzuciła jednorazowo największą ilość lawy w histori Islandii. 40 km na południe od Hekli znajduje się chyba 5-ty co do wielkości lodowiec Eyjafjallajokull, wybuch wulkanu pod nim był powodem pamiętnego paraliżu lotniczego Europy w 2010 roku. Na północno-wschodnich obrzeżach lodowca wylała się lawa i do dziś są miejsca ciepłej ziemi.



Następny postój przypadl w 6-cio tyś. miasteczku Selfoss, przez które przepływa rzeka Olfusa, tworząc urokliwa bystrzycę – przypomina szymem, także kolorem rzekę In w Insbruku.Tu zbudowano jeden z pierwszych mostów w tym kraju. Przed nami jeszcze niecałe 40 km i bez błądzenia (garmin jedynym urządzeniem wyposażonym w mapy) trafiamy do wynajętego mieszkania w centrum. Motocykle mieszczą sie w miejscówce dla mieszkania w garażu podziemnym, a my zasiedlamy komfortowy lokal na 3 noce. W godzinach późno wieczornych (choć jest całkiem jasno) odbieramy z lotniska Keflavik wojciechową Maritkę.
Prognoza na kolejny dzień nie nastrajała optymistycznie, pomimo zapowiadanych opadów postanowiliśmy wyjechać na zwiedzanie. Pierwszym punktem był oddalony ponad 100 km od stolicy Gullfoss, najsłynniejszy islandzki wodospad na rzece Hvita (biała rzeka), nazwa pasuje do jej wzburzonych wód. Gullfoss oznacza (złote wodospady) nie wiadomo skąd się ta nazwa wzięła, ale są uważane za bardzo cenne dobro narodowe. Kształt wodospadu jest niepowtarzalny: 3 różne poziomy wody oddzielają od siebie 2 opadające równolegle do siebie kaskady (górna 21 m wys.dolna 11 m wys.).



Następny postój zrobiliśmy na polach geotermalnych w Geysir, oddalonych ok. 10 km od Gullfossa. To najstarsza uznana atrakcja turystyczna opisywana już pod koniec XVIII wieku. Gejzery były aktywne do roku 2000 i jeszcze po trzęsieniu w 2005r. Ich aktywność maleje, ale byliśmy świadkami jak cyklicznie co 5 min. wyrzucał wodę na niespełna 20 metrów najczęściej fotografowany gejzer i Islandii – Strokkul (bańka). Trasy spacerowe usiane są między gorącymi żródłami, fumarolami i gejzerami z wodą o temp. 100 st.C. są na obszarze około 1/10 ha. Nieopatrznie pozwoliliśmy się obryzgać przez Strokkura, zapach siarkowodoru będzie nas prześladował do końca dnia.



Po tych atrakcjach postanowiliśmy się wymoczyć w nowym kompleksie basenów w Laugarvatn. Bilety prawie 6-ro krotnie droższe niż w Eskifjordur, baseny płytkie o typie brodzików, bez możliwości stuknięcia kilku długości basenu. Brzęczące wszędzie, upierdliwe muszki, w pakiecie. Nie polecamy.



Ostatnim miejscem planowych odwiedzin było chyba najważniejsze miejsce dla każdego Islandczyka w apekcie państwowości i narodowości – dolina Thingvellir (Pingvellir). W tym miejscu powstał pierwszy demokratyczny parlament - Althing w 930 r., w roku 1000 przyjęto tu chrześcijaństwo. Ostanie 6-cio tygodniowe obrady Althingu odbyły się w 1798 r. W 1944 r. tutaj proklamowano Republikę Islandii.Ta ogromna płaska dolina pokryta mchem, krzakami i karłowatymi drzewkami jest nadziana pęknięciami skalnymi tworzącymi głębokie szczeliny. Jest to miejsce styku dwu płyt kontynentalnych i podobno najlepiej na świecie obrazujące miejsce styku płyt tektonicznych.



Ostatni krótki postój 40 km od Rejkiawiku na przydrożnym parkingu, przy którym wypatrzyłem pole z mnóstwem kopczyków ułożonych z kamieni w wysokości od kilkudziesięciu cm do 1/5 metra, zajmowały obszar ok. 5 arów. Zapytany bawarczyk w podeszłym wieku robiący tam zdjęcia super aparatem na statywie, nie miał pojęcia co to jest, kto je ułożył i co oznaczają. Był wyraźnie zainteresowany naszymi motocyklami a informacja, że jesteśmy z Polski spowodowała, że nie był w stanie ukryć zaskoczenia, Wbrew wcześniejszym naszym obawom udało się wrócić do domu na sucho.



Nowy dzień obudził nas bębnieniem deszczu o parapety okienne, nie nastrajało to do wbicia się w stroje motocyklowe. Prognoza przewidywała przejaśnienia od południa, więc ranek spożytkowaliśmy na śniadanie, lenistwo, małe zakupy "z buta". Zrezygnowaliśmy z moczenia się w Błękitnej Lagunie – kultowym i obowiązkowym punkcie marszruty każdego turysty odwiedzającego Rejkiawik – 40 Euro za sam wstęp potrafimy spożytkować ciekawiej, na kolację będą pyszne żeberka. Wyjeżdżamy po 15 na objazd półwyspu Reykianes. Pierwsze miasteczko a właściwie osada z latarnią morską najbardziej na północ to Gardur, kilka fotek i ruszamy wzdłuż wybrzeża. Sangdgerdi i latarnię w Nylenda oglądamy z siodeł. Omijają nas ruiny miasta Basendar u stóp latarni, które zostało zmyte z powierzchni przez ogromną falę w 1799 roku. Silny wiatr staje się uciążliwy przy temp. 9,5 st.C. W efekcie Tomek odpada i wraca "na chatę", a my kontynuujemy jazdę na południe. 3 beemki mkną od Hafnir przez Reykjanesta (piękna latarnia na wzgórzu) do Grindavik.



Przejmujący chłód predysponował do zwiedzania "z siodła", nowy asfalt przecinał bazaltową rozpadlinę o wysokości i szerokości ok. 20 metrów, dno rozpadliny wypełniał drobny piasek koloru granitu. Między dwiema ścianami bazaltowymi ok. 100 metrów od drogi którą jechaliśmy był rozpięty most wiszący, obok ogromny parkink, który mnie nie skusił. Minęliśmy to miejsce jadąc wolno i oglądając, ale bez fotek. W tym miejscu najlepiej na świecie jest widoczny punkt styku płyt tektonicznych, północnoamerykańskiej i euroazjatyckiej. Bazaltowe urwiska obu płyt oddalają się rocznie o 2 cm, a rozpadlina ciągnie się do brzegu Atlantyku, gdzie znajduje się niezapomniana plaża Sandvik pełna czarnego piasku.
W Grundavik zapada decyzja o powrocie, zostawiamy jeszcze po drodze odcisk opon na parkingu Błękitnej Laguny i zjeżdżamy na ostatni nocleg do stolicy. Od wyjazdu z 3citi licznik do tej pory nakręcił 3200 km.



Ranek po ostatnim noclegu w Rejkiawiku przywitał nas silnym zachmurzeniem. Po śniadaniu i niespiesznym pakowaniu się doprowadzamy mieszkanie do porządku (warunek wynajęcia) i opuszczamy z półgodzinnym poślizgiem po 12-tej. Jedziemy obejżeć Hofdi, mały biały drewniany domek, oddalony od naszego lokum o 400 metrów, który pełni rolę urokliwego belwederku. W 1986 roku odbył się tu szczyt – spotkanie Gorbaczowa z Reaganem. Gorbaczow złożył 3 propozycje lokalizacji spotkania: Berlin, Londyn i Reykiavik, Reagan wybrał Islandię, bowiem w młodości służąc w wojsku stacjonował w pobliskim Keflaviku, w nieistniejącej już bazie NATO.



Dalej obraliśmy kierunek na północ w kierunku Hvalfjordur czyli fjordu wielorybników. W czasie II Wojny Światowej była tu baza marynarki sił sprzymierzonych. Wiele budynków koszarowych przerobiono na domki letniskowe. Na końcu fjordu zjajzd na parking i 5,5 km wędrówka po stromej ścieżce, aby zobaczyć najwyższy wodospad w Islandi, tzw. Dzwoniący o nazwie Glymur. Na szutrowym placu zostają 2 boksery, Varadero i "cegła" zjeżdżają do pobliskiego miasteczka na popas, wieje silny wiatr, deszcz zacina chwilami w poziomie. Trasę pieszą tam i z powrotem rozpisaną na 3 godziny robimy z Piotrem w godzinę i 20 minut wliczając na miejscu 5 min. na fotki. Czujemy się jak "debeściaki" – warto było, bo dociera tam niewielu turystów – pomimo albo właśnie dlatego, że chroni nas nieprzemakalne ubranie, pływamy obaj we własnym pocie. Na śliskich kamiennych ścieżkach wysokie, sztywne, blachą podbite buty motocyklowe sprawdziły się lepiej niż trekkingowe.



c.d.n.
_________________
Piotr i Katarzyna
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Srebrzanka 
doświadczony pisarz


Twój sprzęt: VW T3 Karman Gipsy'88 1,9 TD
Pomógł: 2 razy
Dołączył: 17 Lut 2010
Otrzymał 4 piw(a)
Skąd: Sopot
Wysłany: 2013-07-11, 10:29   

Zjeżdżając znajdujemy pozostałych (stacja paliw, sklep i restauracja w jednym), połykamy hamburgera i jedziemy do miejsca noclegu oddalonego o 140 km. Cały czas zacina kapuśniaczek, Po drodze przełęcz na wys. 417 m.n.p.m. przy 6 st.C., ostatnie 20 km bez deszczu w temp. 8,5 st.C kiedy to udaje się troszkę osuszyć ubranie, ale tylko powierzchownie. W hotelu kompleks basenowy – lecz już zamknięty, znajdujemy na pobliskim stoku kamienny zbiornik z parującą wodą a obok szałas jako przebieralnia. Prawie godzinę zażywamy kąpieli w wodzie o temp.ok. 38 st.C. Odradzają się w nas siły witalne, których jutro będziemy bardzo potrzebować.
Kolejny ranek powitał nas małym zachmurzeniem i przebłyskami słońca. Pojawiały się też krople deszczu z pojedynczych chmurek, szybko ustępujące, ale wystarczyło by 3-ka z nas włożyła przeciwdeszczaki, przydały się, bo co najmniej kilka razy po kilkanaście minut na trasie padało. Wyjechaliśmy o 10:30 i jechało się nam znakomicie mimo, że czekało nas kilka szutrowych odcinków na drodze nr 60 – taki był plan. Nie zaniepokoiło mnie, że szutrówka jest za wcześnie i wbiliśmy się w drogę 608, która poprowadziła nas przez góry i pola śnieżne na wysokości 510 m.n.p.m. do drogi nr 61. W efekcie skróciliśmy nieco trasę i zwiedziliśmy fiordy od strony północnej półwyspu te, które mieliśmy przejechać następnego dnia jadąc do Akureyri.



50 km przed Isafjordur w cegle skończyło się paliwo, akcja na poboczu drogi w deszczu, podjeżdża "cysterna" pod postacią Adventure i spuszczanie wężykiem do butelki – stacja paliw za 30 km gdzie tankujemy pod korki. Wjazd groblą do Isafjordur i duży market – prowadzę kolumnę na parking. Po wejściu pierwsze duże stoisko – sklep z polską żywnością prowadzony przez personel z Polski. Właściciel motocyklista natychmiast zaproponował kawę, wychodząc jesteśmy zaproszei na wieczornego grilla – przyjadą po nas do hotelu o 20:00. Oby nie przesadzić, bowiem następny dzień to najdłuższy nasz przelot do miejsca zakwaterowania, dokładnie 587 km.
Krótko po 20-tej dzwoni Adam z info, że za 20 min. po nas podjeżdża, czekają 2 auta bo jest nas piątka, Adam i jego córka Karolina zaworzą nas do oddalonego o 24 km Flateyri. Na Flaterach jak mawiają nasi gospodarze (lub Alcatraz jak mówi Adam – bo jest 1 droga dojazdu często w zimie zamknięta) czeka na nas prawdziwa uczta grillowa. Przemiła atmosfera, rozmowy, toasty, śmiech trwają prawie do 3-ciej w nocy, a słońce nie chce zajść. Małgorzata i Adam z malutką Karolinką zlądowali w Islandii 15 lat temu, na rok góra dwa. Od 1,5 roku są właścicielami sklepu z polską żywością (w markecie przy wjeździe do Isafjordur), a do kraju przodków zjeżdżają na wakacje średnio raz na 3 lata. Spotykają prawie każdego lata turystów z Polski (oddalenie Fjordów zachodnich powoduje, że niewielu naszych tu dociera), lecz my byliśmy pierwszymi motocyklistami których spotkali. Przed 3 nad ranem zostaliśmy odwiezieni przez Gosię i Karolinę 2-ma wozami i przed nasazym hotelem nastapiła długa ceremonia pożegnalna, z wymianą motocyklowych naszywek, blach i flag (poznałem zakończenie z opowiadań i ze zdjęć, które Tomek robił moim aparatem). Czego nie dowiedzieliśmy się od naszych gospodarzy to, że w 1995 roku na miasto spadła wielka lawina w wyniku której zginęło 50 osób, po tej tragedii z miasteczka wyprowadziło się ponad 200.



Ranek był trudny i opuściliśmy hotel po wybiciu południa, jeszcze krótkie pożegnanie w sklepie Gosi i Adama i w drogę. Z powodu pomyłki w dniu przyjazdu poprowadziłem naszą kolumnę przez południowe wybrzeże Fjordów zachodnich drogą nr 60. Pogoda była wymarzona, pełne słońce, mały wiatr i temp. powyżej 10 st.C. dokumentacja zdjęciowa super, i tu nagle guma w tylnym kole wojtkowej cegły. 2-krotnie kołkowaliśmy, straciliśmy ponad godzinę i wytrzymało 2 km. Peter przejął inicjatywę i skończyło się założeniem dętki, co znów opóźniło marszrutę, ale dojechaliśmy do Akureyri na 1-szą w nocy. Ostatnia przełęcz 50 km od celu na wysokości 590 m.n.p.m. powitała nas temperaturą 4 st.C. do tego zmęczenie dystansem i atrakcjami w trasie spowodowały, że rano zwlekliśmy się przed samym południem.



Plan był by jechać do Myvatn, to 100 km w jedną strone, ale ziąb i silne wietrzysko sowodowało, że po zakupach i tankowaniu zapadła decyzja, że robimy ciepłą wyżerkę i pomoczymy się w miejscowych ciepłych basenach. Baseny nas nie zawiodły, 3 jakuzzi o różnych temperaturach, najwyższa to 43 st.C. parzyło przy wejściu. Wieczorem Tomasz przejął inicjatywę i zaciągnął nas wszystkich do restauracji w porcie Akureyri na miłą kolacyjkę. Zjedliśmy rybkę i zakąsiliśmy krewetkami w stylowym wnętrzu jednego z najstarszych budynków w najcieplejszym mieście Islandii. Jutro wcześnie rano odstawiamy Maritę na lot do stolicy, potem spróbujemy znaleźć tylną oponę dla Wojtka, bo już kord się pokazał i do Polski na tym nie wróci.



Wczesnym rankiem Marita została odstawiona na pobliskie lotnisko zgodnie z planem. Po godzinie 8 Tomek z Wojtkiem pojechali do serwisu, prawie godzina minęła do powrotu, a jednak wrócili na tarczy. Opona może być na jutro rano – tu krótka narada, konsultacja telefoniczna z naszym dobrym duszkiem i przedłużenie pobytu o noc – zapada decyzja: zostajemy do jutra, zamawiamy oponę i dzisiaj zwiedzamy.
Zaczynamy od starówki i centrum Akureyri, wymiana waluty w banku, pocztówki, pamiątki. Przed sklepem zagadnęła nas po polsku dystyngowana pani czy tu pracujemy, czy zwiedzamy. Była bardzo zaskoczona, że uprawiamy turystykę motocyklową. Przedstawiła się jako pisarka i fotograf, dostaliśmy wizytówki i dostęp do zdjęć z Islandii: www.facebook.com/islandiajakzbajki. Nie pochwaliła się wydaniem wspaniałej książki, o czym dowiedzieliśmy się po 2 dniach – już ją nabyłem. Potem była kawa z ciastkiem i wpadła nam w ręce ulotka muzeum motocykli . Rezygnujemy z wyjazdu do Myvatn (zaliczymy jutro wracając na wschód) i jedziemy. Muzeum stoi przy drodze wzdłuż fjordu vis a vis lotniska, usytuowane w nowym budynku z kolekcją ponad 100 jednośladów w tym motorowery. Jesteśmy pod wrażeniem posiadanych edzemplarzy, znajdujemy rzadkie rodzynki jak Honda CB-X 1000 '72 poprzeczna 6-ka, BMW R69 '55, MotoGuzzi 750 wersja policyjna zciągnięty z USA, kilka BSA, Nortony, Matchless, Royal Enfield, Triumphy, Ariel square four, militarna 350-ka Condor do złudzenia podobna do znanych nam na kontynencie Herkulesów oraz sporo japońskich wysokich cross-ówek typowo przeprawowych do pojemności 350 cm. Byl też jeden motocykl z silnikiem Wankla. Nad blatem obsługi zawisły nasze barwy klubowe (flaga i jajko), krótka pogawędka przy kawie, nasz wpis do księgi pamiątkowej muzeum i zaproszenie na zlot motocyklowy za 3 dni – niestety będziemy już na promie w drodze powrotnej. Wracamy do mieszkania odpocząć i zjeść co upichci nam Wojciech. Jutro od rana zapowiada się aktywny dzionek.



O 9:00 w serwisie opon okazało się, że przyszła opona ale w innym rozmiarze, więc założono Wojciechowi używkę (której wczoraj nie mieli???!!!) i obiecali, że już dziś wieczorem będzie na nas czekać w Egilstadir, więc policzyli Wojciecha za przekładkę, zapłaci tylko za oponę bo wymiana już będzie gratis. Z takim nastawieniem o 11-tej po śniadaniu i zdaniu kluczy od mieszkania żegnamy zachmurzone Akureyri o temp. 8 st.C. Kierując się w stronę Myvatn pokonujemy niewielką przełęcz (360 m.n.p.m.) gdzie temperatura spada do 6,5 st.C. i taka już towarzyszy nam do końca dnia. W trasie przegapiam zjazd do Godafoss - jestem wściekły. "Wodospad Bogów" nazwany tak, gdy po obradach Althingu w roku 1000 władca Islandii Thorgeir Thorkelsson podjął decyzję o przyjęciu chrześcijaństwa, po czym wrzucił do tego wodospadu figurki dotychczas chołubionych bożków. Nie szukaliśmy ich w nurcie... zapewne prąd rzeki zniósł je gdzieś dalej.
Okolica jeziora Myvatn zaskakuje widokami i różnorodnością formacji skalnych, a właściwie lawowych – to obszar wulkaniczny, który się zapadł i odsłonił labirynty pumeksowych kanionów. Rejon ten na wschód od jeziora jest Parkiem Narodowym Hverfall. Zrezygnowaliśmu z kąpieli w zbiornikach geotermalnych – silna woń siarkowodoru, jak gotowane stare jaja. Po drugiej stronie góry trafiliśmy na pole geotermalne, ponad hektar bulgocących błotnych dziur a okoliczne wzgórza piaskowe z sykiem wypuszczają pióropusze pary.



Następny przystanek to Dettiffoss, największy wodospad Islandii i Europy nazwany "Spadający Wodospad" z uwagi na potęgę wody, odwiedzający na chwilę guchną po dojściu do krawedzi. Kierujemy się drogą po wschodniej stronie rzeki Jokulsy, do platformy widokowej mamy 28 km szutru najgorszego gatunku – tarką. Warto było, bo poza lepszym widokiem na wodospad, mamy wspaniały widok na kanion Jokulsy. Przepłuwa przez niego na sekundę objętość wody równa połowie objętości Wisły przy ujściu.



Powrót na 1-kę i jazda do Eskifjordur miała zająć ponad godzinkę, ale na 90 km przed celem podróży mamy kolizję: wojciechowa cegła trzymała się zbyt blisko osi jezdni w efekcie następuje zderzenie lusterkami z osobówką. W motocyklu pękło szkło, w nissanie lusterko roztrzaskane w drobny mak. Formalności, spisanie oświadczeń, rozmowy telefoniczne z policją (nie pojawili się, bo nie było poszkodowanych) i po 40 minutach ruszamy dalej, by po następnej godzinie już bez dalszych przygód zaliczyć metę dzisiejszego odcinka.



To już nasz ostatni dzień w krainie lodu i ognia. Dzień płynie leniwie. Po długim śniadaniu niespiesznie pakujemy motocykle na drogę powrotną. Wyjazd do sąsiedniego miasteczka Reydarfjordur samochodem naszych gospodarzy celem zakupów spożywczych na jutrzejszy 56-cio godzinny rejs promem do Hirtsfall (DK). Czekamy na powrót Wojciecha z oddalonego o 45 km Egilsstadir na nowej tylnej oponie, by oddać się chwileczce zapomnienia w miejscowym kąpielisku termalnym.Wieczorna uczta pożegnalna (przed jutrzejszym wczesnym wyjazdem na prom) iście królewska – udziec barani pieczony na 2 sposoby w różnych ziołach, palce lizać. Żal nam opuszczać tak gościnnych Gosię i Sindriego, może tu kiedyś wrócimy. Pomimo 2-tyg. Pobytu nie udało się nam wszystkiego obejżeć i zwiedzć wszystkie zaplanowane miejsca. Islandia, pomimo bardzo długiej zimy i wyjątkowo chłodnego i późnego lata była dla nas łaskawa. Wracając mamy diametralnie inne wyobrażenie o tym kraju i jego mieszkancach od tego, z jakim (wyczytanym z przewodników) wjeżdżaliśmy tu 14 dni wstecz.
Rano bardzo wczesna pobudka, szybkie śniadanie i na koń. Islandia żegna nas płaczem i głośno zawodzi (deszcz i wietrzysko). Ostatnie 25 km do promu to walka z naturą, która chciała nas zdmuchnąć z drogi – wiało powyżej 80 km/h przy widoczności do 15 metrów. Droga przez przełęcz prowadząca do Sejdysfjordur na wys. 600 m.n.p.m. była otulona chmurą mgły. Od strony miasta widoczność do wys. 100 metrów, chmury zakrywają całkowicie zbocza i wierzchołki wzgórz. Zmoczeni, przewiani i spoceni ustawiamy się w kolejkę do promu, po około godzinnym postoju wjeżdżamy i mocujemy motocykle. Wypływając z fjordu żegnamy latarnię, do której dojechaliśmy motocyklami wymagającą szytrówką. Przekąska i odrabiamy zaległości w śnie, czeka nas 3-ci etap podróży – Kopenhaga. Pożegnanie Islandii, gdy znikała z pola widzenia Tomasz skwitował – teraz to już będzie ciepło. Przespaliśmy dzień i noc. Drugiego dnia rejsu przyjmowaliśmy lekarstwa na chorobę morską, skutkiem przedawkowania dały się zauważyć u nas objawy choroby filipińskiej.



Na 2 godziny przed metą tradycyjnie wyrzucono nas z kabin – wcale nie za złe zachowanie. Na tarasie widokowym niespodzianka – upał ponad 20 st.C. Kotwiczenie o planie, zjazd z promu i pożegnanie Tomka – zdecydował, że ciśnie do domu. My niespiesznie skierowaliśmy się na Kopenhagę, czekają na nas Monika i Krzysio. Po kolacji seans przezroczy z fotek z naszych wojaży.



Ranek powitał nas wcześnie. Po śniadaniu wyjazd do centrum Kopenhagi, oddalonego o kilkanaście km. Punkt pierwszy zmiana warty przed Amalieborg, siedzibą królowej Małgorzaty, następnie spacer do Syrenki, po drodze fontanna Gefjony, boginii która rydwanem zaprzęgniętym w 4 byki odciągnęła Szwecję od Danii.



Następnie popłynęliśmy w godzinny rejs stateczkiem wycieczkowym w celu przyspieszonego zwiedzania najważniejszych miejsc centrum miasta. Podziwialiśmy niezaprzeczalny urak tego hanzatyckiego miasta, chwilami łudząco podobnego do naszego Gdańska. Wisienką na torcie były rzeźby wykonane z piasku, które pięknie prezentowały się od strony wody.



Kolejnym punktem był obiad w tureckiej restauracji. Zamówiliśmy sute danie z 4-ma gatunkami mięsa grilowanego – pychotka, wychodziliśmy pękając w szwach. Powrót do domu na chwilkę i wyjście nad morze na grilla, spotykamy się z kolejnymi znajomymi Beata i Grzesiem, którzy jak nasi gospodarze są tu prawie od 6 lat, ucztując wspólnie w alejce przy porcie jachtowym. Grzecznie wracamy przed 22-gą na kolejną sesję zdjęć z naszego wyjazdu. Na pytanie Moniki chór 3 męskich głosów zaskamlał, czy my możemy już dzisiaj niczego nie jeść?



Rano po tradycyjnym póżnym śniadaniu jedziemy do muzeum Carsberga. Browar powstał w I-szej połowie 19-go wieku założony przez Carla Jacobsena, póżniej otrzymał nazwę Góry Karola, znawcy tematu zapewne będą wiedzieć lepiej, kiedy dołączono nazwę Tuborg. Poza ciekawymi giftami z epoki, zostaliśmy zaskoczeni zbiorem piw butelkowanych z niemal calego świata – tysiące butelek Na koniec pokrzepiliśmy się 2-ma małymi piwkami Jacobsen – wykonane według najstarszej receptury browaru.



Następnie by poczuć klimat aglomeracji przemieścilismy się szybką koleją miejską i metrem do dzielnicy Christiania – dzielnicy seksu i narkotyków. Powstała po likwidacji koszarów wojskowych w 1971 r. zostało zajęte przez hipisów i ogłoszone jako strefa wolnego miasta. Władze dunskie nadały odpowiedni status mieszkancom, a w 1993 r. mieszkańcy ustanowili własne prawo obowiązujące do chwili obecnej, zabraniające m.in.fotografowania, używanie samochodów, kradzieży, korzystania z broni, w tym z kamizelek kuloodpornych i ciężkich narkotyków – lekkie widzieliśmy na wielu stoiskach. Nie zaryzykowaliśmy zrobienia fotek w środku. Wieczór upłynął nam w miłej atmosferze seansu fotek, wspominkach, smiechu i odpoczynku przed czekającym nas jutro powrotem do kraju.
Dzień zaczęliśmy pobótką po 5-tej rano. O 6-tej byliśmy przy motocyklach i tu 1-sza strata, zestawiając z centralnej podpórki uderzyłem w słup i pękło mocowanie halogenu – za blisko betonowego słupa postawiłem motocykl. Wyjazd nastąpił 20 min. później. Droga prowadziła z Zelandii na Amager, później w kierunku Malmő najpierw ponad 6 km tunelem podmorskim, później płatnym mostem do Szwecji. Dojazd do Trelleborga zajął nam niespełna godzinę. Na bramce promowej 2-ga strata – nie rozłożyłem stopki bocznej wyciągając z torby rezerwację promu i zwaliłem się z motocyklem wprost na ścianę z okienkiem – zgięty stelarz i podrapaną, wykrzywioną owiewkę Peter naprawił po zejściu z promu w trakcie tankowania. 4 godz. rejsu do Sasnitz upłynął na nudzie. Z Rugii wytyczyłem kierunek na Świnoujście, w którym zaparkowaliśmy punktualnie o 15-tej. Po sutym obiedzie wyjazd w kierunku domu, o 20-tej żegnamy się z Wojtkiem za Słupskiem, po 1,5 godz. przypakowujemy się z Peterem na początku obwodnicy. O 22:04 wjeżdżam do Sopotu w poczuciu spełnienia po ukończeniu "podróży życia".



Na liczniku 5.895,5 km od wyjazdu z garażu 26 dni wcześniej. Opona tylna bez bieżnika w środku, przednia wyząbkowana skośnie – obie do śmietnika. Najdalej nocowaliśmy w Isafjordur we Fjordach Zachodnich na Islandii – 2.589 km w lini prostej od domu. Pełny koszt to 6,5 tyś. PLN za osobę i motocykl, niczego sobie nie odmawiając. Nakręcone filmy ważą 5,92 GB, prawie 3 tyś. zdjęć 6,53 GB. Kamera Go Pro nigdy nie zastąpi aparatu fotograficznego – stała ogniskowa uniemożliwi zbliżenia, ale pozwala kręcić lub pstrykać w chwilach, w których użycie aparatu jest technicznie niemożliwe.
Jeszcze nawet się nie rozpakowałem, a już kolebią się myśli, by tam jeszcze kiedyś wrócić.
_________________
Piotr i Katarzyna
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Wyświetl szczegóły
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum

Dodaj temat do ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
*** Facebook/CamperTeam ***