Tadeusz - bardzo Ci dziękuję za Twój Asyż i za wszystkie wcześniejsze zdjęcia
Chcecie wierzcie lub nie wierzcie, ale gdy jestem w potrzebie, zawsze spotykam na swojej drodze jakiegoś anioła I właśnie znów mnie to spotkało; Anioł-Tadeusz wsparł zjęciowo moją szarą opowieść.
Już niedługo spotkam kolejnego anioła za jakieś 2-3 odcinki. Ale nie uprzedzajmy faktów...
Zralaksowani na ciele i duszy opuszczamy nasz domek i znaną już drogą udajemy się do Bazyliki Świętego Franciszka.
Z naszej drogi już widać Bazylikę
Droga piękna i wygodna - Święty Franciszek tak dobrze nie miał
Coraz bliżej i piękniej
Jeszcze kilka schodków i zakręt
I już jesteśmy na miejscu
Dziecko już dzisiaj w dobrym nastroju
A nawet w bardzo dobrym
Zaopatrzeni przy wejściu w audioprzewodniki (w kilku językach, oprócz naszego ojczystego) - wchodzimy do bazyliki. Niestety wysoce specjalistyczne słownictwo opisujące historię, architekturę i sztukę dotyczącą tego miejsca nie jest nam dostępne. W końcu podłączamy się do jakiejś polskiej wycieczki z przewodnikiem. Opowiada barwnie i dużo więcej niż mogliśmy wyczytać w naszym Pascalu.
Fotografować chyba wolno było tylko bez lampy. Więc tak na szybko:
Klimat kościoła dolnego
I jakieś ujęcie z górnego
Naładowani przeżyciami duchowymi i estetycznymi jeszcze raz spacerujemy po dziedzińcu bazyliki.
Spotykamy nowożeńców. Mają sesję zdjęciową
Potem jeszcze niepowtarzalny i nie do pomylenia dziedziniec klasztoru
I jeszcze rzut oka na okolicę
Parę uliczek, parę obiektów
Bardzo chciałabym jeszcze zanurzyć się w uliczki tego niesamowitego miasta. Jest jeszcze tyle do zobaczenia.
Właściwie chętnie zostałabym tu jeszcze kilka dni. Ale Roma na nas czeka, więc trzeba się streszczać. Musimy tu wrócić...
Twój sprzęt: Bürstner Solano na Ducato
Nazwa załogi: SOKOŁY Pomógł: 2 razy Dołączył: 14 Lut 2007 Piwa: 62/37 Skąd: Kołobrzeg
Wysłany: 2012-01-15, 19:31
Santa napisał/a:
Bardzo chciałabym jeszcze zanurzyć się w uliczki tego niesamowitego miasta. Jest jeszcze tyle do zobaczenia.
Właściwie chętnie zostałabym tu jeszcze kilka dni. Ale Roma na nas czeka, więc trzeba się streszczać. Musimy tu wrócić
Mamy takie same odczucia, co do Asyżu - zachwyt atmosferą i ogromny niedosyt (byliśmy tam też tylko "w przelocie"). Nawet zdjęcia mamy podobne. Ceramiczną tabliczkę "Pax et Bonum", zakupioną w Asyżu, wmurowałem u wejścia do naszego domu.
...Ceramiczną tabliczkę "Pax et Bonum", zakupioną w Asyżu, wmurowałem u wejścia do naszego domu.
Ale świetny pomysł. Natępnym razem zrobię tak samo
Ja w Asyżu zakupiłam tylko charakterystyczne krzyżyki - na upominki dla znajomych.
To wszystko dzieje się za szybko - ale cóż - świat jest takie wielki i piękny, a urlop taki krótki
..................................................................................................................................
Rzut oka na mapę - i z analizy możliwości dojazdowych pokazało nam się, że na autostradę wracać nie warto. Z Asyżu udaliśmy się w kierunku Foligno, Spoleto i tam wskoczyliśmy na drogę SS3, która prowadzi prosto do Rzymu. Poza tym dedukowaliśmy, że wjeżdżając lokalną drogą, łatwiej załapiemy się gdzieś na nocleg - na jakiejś stacji benzynowej albo pod marketem, a rano poszukamy czegoś docelowego.
Tak też zrobiliśmy. Pojechaliśmy obraną trasą. Ale wkrótce okazało się, że nie był to najlepszy pomysł. Droga co prawda mało uczęszczana, ale wyjątkowo niewygodna dla zestawu z przyczepą. Częste podjazdy i strome zjazdy, kręta, wąska, niezbyt dobra nawierzchnia. Można spokojnie jechać, ale średnia prędkość niestety mocno obniżona. Ostatecznie zajęła nam o wiele więcej czasu, niżby to wyszło na autostradzie.
Noc nas złapała jeszcze kawałek przed Rzymem. Gdy w końcu wjechaliśmy do miasta, okazało się, że wcale nie tak łatwo gdzieś się przytulić na nocleg. Ale jeszcze tak nie było, żeby się coś nie znalazło, więc i tym razem się znajdzie. No i się znalazło. Duży plac parkingowy obok jakiegoś targowiska. W większości pusty, trochę aut na obrzeżach, w tym kilka zdezelowanych i chyba porzuconych. Na dodatek obok fontanelka z wodą.
Romek pionizuje naszą przyczepkę, my szykujemy jakąś kolację, ale okazuje się, że nie jest tu tak całkiem spokojnie. Podchodzi do nas jakiś smagły mięśniak i kombinując łamaną angielszczyzną, próbuje nam powiedzieć, że ten parking jest przeznaczony dla gości baru, który znajduje się na przeciwległym jego końcu. I jeszcze, że można tutaj stać ale trzeba w tym barze coś kupić. We wskazanym kierunku widać jakąś budkę i ze dwóch sączących jakieś płyny klientów. Ponieważ nie chce nam się stąd ruszać, więc wyjmuję kilka euro i wręczam smagłemu, tłumacząc mu, że nie mamy już dzisiaj ochoty na piwo, ale żeby on wypił za nas, a my chętnie skorzystamy jutro. Smagły uśmiecha się od ósemki do ósemki i mówi, że w takim razie, to on nas tu będzie pilnował, żeby nam nikt w nocy nie przeszkadzał
Widać, że naciągacz, ale cóż - jesteśmy na jego terenie On tu jest u siebie a my chcemy spokojnie dotrwać do rana. A swój ochroniarz w Rzymie, za kilka euro, to chyba dobry interes
Obracamy wszystko w żart (bo co innego możemy zrobić) i kładziemy się spać. Rano wstajemy, wszystko w najlepszym porządku. Pusto, spokojnie.
Nie wiemy gdzie dokładnie jesteśmy, bo mamy co prawda mapę Rzymu, ale ona nie obejmuje obrzeży. Wypada po prostu wyjechać i rozglądać się za znakami do centrum miasta. Do 12 czasu jeszcze sporo, ale ponieważ z parkingiem nigdy nic nie wiadomo, to wyjeżdżamy szybciej. Szybko znajdujemy kierunek na centrum. W końcu dojeżdżamy do Tybru i tam postanawiamy zatrzymać się, żeby mieć blisko do Watykanu.
W niedzielę rano z miejscem nie ma większego problemu ale nasz zestaw wymaga odpowiednich warunków, więc robimy rundkę, żeby znaleźć coś odpowiedniego. Znajdujemy po przeciwnej niż Watykan stronie Tybru, za 4 mostem (Ponte Nenni) licząc od Zamku Świętego Anioła i Ponte Sant Angelo. Miejsce nie dość, że niedalekie, to jeszcze zacienione. Parking płatny ale parkometr nie przyjmował monet. Jakiś miejscowy przechodzień informuje nas, że parking free. Teraz już wiem, że parkingi nad Tybrem w niedzielę są niepłatne.
Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, robię trochę porządku w samochodzie i przyczepce. Część rzeczy będących do tej pory w samochodzie - przenoszę do przyczepy. Składam nasze podręczne podróżne klamoty - mapy, termosy, ładowarki. W aucie zostawiamy porządek - będzie stać na parkingu, po co ktoś ma oglądać nasz bałagan.
Zuzia - podróżująca na tylnym siedzeniu auta, wszystkie swoje dziewczyńskie skarby ma przy sobie - płyty, odtwarzacze, biżuterię, cały plecak ze swoimi drobiazgami, z którymi się nie rozstaje. Teraz gdy już będziemy stacjonarni, lepiej mieć to w przyczepce, bo w aucie niepotrzebne.
W końcu wychodzimy, Romek zamyka przyczepę i auto. Wyposażeni tylko w to, co absolutnie niezbędne udajemy się w kierunku Watykanu. W ostatniej chwili Zuzia jeszcze decyduje, że zostawi swoją podręczną torebkę - po co dźwigać, w bazylice i tak nie będzie dzwonić ani odbierać telefonów... cdn...
Idziemy wzdłuż Tevere - fotka dla tych, co Tybru jeszcze nie widzieli
Na horyzoncie już widać kopułę
Po drodze Palazzo di Giustizia
I jeszcze takie cudeńko - nie wiem co to jest, ale urocze
Zbliżamy się do Castel Sant Angelo
I już jesteśmy na Ponte Sant Angelo
I wreszcie jest ...
A teraz w całej swojej okazałości
Na miejscu okazuje się, że papieża zobaczymy tylko na telebimie
W sierpniu papież też ma wakacje i jest w Castel Gandolfo. Stamtąd będzie transmitowana modlitwa na Anioł Pański. Nie przewidziałam tego, ale trudno, w przyszłą niedzielę pojedziemy do Castel, to go zobaczymy.
Potem msza święta, na którą akurat natrafiliśmy w jednej z kaplic i zwiedzanie bazyliki.
Na tym forum oglądałam już tyle wspaniałych zdjęć z bazyliki Św. Piotra, że pewnie nic nowego nie wniosę pokazując swoje, ale wkleję przynajmniej te, które dla mnie są z jakiegoś powodu ważne.
Drzwi święte - których otwarcie przez Jana Pawła II śledziliśmy na początku nowego tysiąclecia
Napis nad drzwiami
Pieta
Symboliczne, turystyczne powitanie ze Świętym Piotrem
Zejście do grobu Świętego Piotra pod ołtarzem konfesji
Ołtarz konfesji
Kilka ujęć z wnętrza
I wg mnie najsympatyczniejsze miejsce w bazylice - takie wdzięczne aniołki - jeden ładny, drugi brzydki
Potem jeszcze zejście do podziemii...
W grotach zdjęć robić nie wolno. Ale dla fotografa jak nie wolno, znaczy... szybko
Grób Świętego Piotra
I jeszcze On - Jan Paweł II
To światło na zdjęciu - dla mnie symboliczne...
Nie pamiętam dokładnie ile czasu spędziliśmy w bazylice. Wrażeń opisywać nie będę - są bardzo osobiste, czekałam na ten dzień bardzo długo. Chciałam tu przyjechać za życia Jana Pawła. Teraz mogłam tylko odwiedzić go w Grotach. Odszedł zaraz po moim ojcu. Taka podwójna strata...
Twój sprzęt: Rimor Katamarano 1
Nazwa załogi: elwood'ki Pomógł: 1 raz Dołączył: 18 Mar 2008 Piwa: 84/50 Skąd: Dąbrowa Górnicza
Wysłany: 2012-01-17, 00:07
Piszesz tak pięknie, że czytając Twoją opowieść powracam w miejsca, w których miałem okazję być z prawdziwą przyjemnością i wzruszeniem. Masz we mnie wiernego czytelnika z niecierpliwością czekającego na ciąg dalszy. Może wirtualne piwko choć trochę ochłodzi Ci wspomnienia włoskich upałów i gorących przeżyć. Pozwól, że w Twoim wątku postawię piwko również Tadeuszowi. Pozdrawiam
Wysłany: 2012-01-17, 21:45 Przeżyjmy to jeszcze raz !
Elwood napisał/a:
Piszesz tak pięknie, że czytając Twoją opowieść powracam w miejsca, w których miałem okazję być z prawdziwą przyjemnością i wzruszeniem. Masz we mnie wiernego czytelnika z niecierpliwością czekającego na ciąg dalszy. Może wirtualne piwko choć trochę ochłodzi Ci wspomnienia włoskich upałów i gorących przeżyć. Pozwól, że w Twoim wątku postawię piwko również Tadeuszowi. Pozdrawiam
Elwood - bardzo dziękuję. Cieszę się, że swoim opowiadaniem przywołuję Twoje miłe wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie
Wracając do poprzedniego odcinka przypomniało mi się jeszcze, że zwiedzając bazylikę weszliśmy do muzeum, w którym można obejrzeć niezliczone ilości bezcennych pamiątek z dziejów papiestwa - głównie naczyń liturgicznych, szat, darów dla papieży i innych niepowtarzalnych gadżetów. Zdjęć stamtąd nie mamy ale zachęcam do odwiedzenia tego miejsca.
Nie mylić z Muzeami Watykańskimi
Żal nam tylko, że nie weszliśmy na Kopułę ale zmęczenie i głód zaczynają nam już dawać się we znaki, więc decydujemy, że jeszcze tu wrócimy.
Wychodzimy z bazyliki na Plac Świętego Piotra.
Romek biega z aparatem i uwiecznia scenerię placu
Święty Piotr z symbolicznym kluczem
Tutaj należy go szukać
Oglądamy witryny na via Conzillazione
Potem przechodzimy przez Ponte Vittorio Emanuele - most-muzeum
Powoli kierujemy się stronę przyczepki.
Jeszcze fotka na tle Zamku Świętego Anioła (Romek żałuje, że dziś do niego nie wejdziemy, bo tam jest jakiś arsenał broni)
Mijamy pierwszy, potem drugi i trzeci most. Robimy zdjęcia, gawędzimy, w końcu dochodzimy do grupy ludzi i widzimy, że akurat jacyś Polacy mieli stłuczkę. Mają utłuczony kawałek auta, przy nich karabinieri. Zmartwieni i zdenerwowani, próbują dochodzić swoich racji. Robi mi się ich strasznie żal. Przyjechać taki kawał świata po to, żeby tu mieć takiego pecha, to musi być naprawdę nieprzyjemne. Idziemy dalej a ja głośno wyrażam swoje współczucie dla naszych pechowych rodaków.
Dochodzimy do czwartego mostku. Nogi już ledwie nas niosą. Za chwilę będziemy na miejscu, jeszcze tylko taki uskok muru i zaraz będzie nasz parking.
W pewnym momencie Romek pyta mnie czy jestem pewna, że to na pewno tutaj, a ja choć oczywiście na sto procent jestem pewna - czuję ogarniający mnie niepokój. Już powinno być widać naszą przyczepkę ale jej nie ma. Nagle Romek przyspiesza kroku i podniesionym głosem mówi "nie ma przyczepy". Podbiega w kierunku auta. Nie za bardzo dociera do mnie treść jego słów, ale też podbiegam i widzę, że rzeczywiście auto jakby nasze - ale samo. Przyczepy nie ma. Może bym się jeszcze zastanawiała, czy to na pewno ten samochód, ale patrzę a z tyłu w pobliżu haka leży rozgięta kłódka, a zderzak w aucie jest zarysowany.
Romek szybko orientuje się w sytuacji i rzuca mi krótką informację, że pobiegnie do tych karabinierów, którzy są przy tej kolizji, którą mijaliśmy po drodze, bo trzeba coś z tym zrobić.
Zostajemy z Zuzią same. Po kilku minutach wraca i mówi, że karabinierzy kazali mu się zgłosić do ekipy, która ma dyżur na Piazza Collona. Dali mu mapkę, na której zaznaczyli lokalizację. W międzyczasie przechodzą koło nas młodzi ludzie, z których jeden okazuje się Polakiem. Zagadnął nas i po zapoznaniu się z naszą sytuacją, zwrócił się do swojej dziewczyny - Włoszki. Dziewczyna zaczęła głośno zastanawiać się i poszukiwać różnych wyjaśnień. Cień nadziei daje nam jej wersja, że czasem pojazd mógł zostać odholowany. Ale spojrzawszy na leżącą kłódkę stwierdziła: "I am sorry".
I w tym momencie wszystko stało się dla nas jasne...
A tak coś czułem, że chodzi o przyczepkę.
Stało się coś co mogło stać się najgorszego. Podczas takiej wyprawy. W takim miejscu.
Nie chciałbym znaleźć się nigdy w podobnej sytuacji.
A tak coś czułem, że chodzi o przyczepkę.
Stało się coś co mogło stać się najgorszego. Podczas takiej wyprawy. W takim miejscu.
Nie chciałbym znaleźć się nigdy w podobnej sytuacji.
Agostini - myślę, że właśnie tacy podróżnicy jak na naszym forum są w stanie zrozumieć co się nam wtedy przydarzyło
....................................................................................................................................
Młodzi odchodzą. Zostajemy sami.
Każdy z nas pamięta tę chwilę inaczej, ale ja mogę opisać tylko tak, jak ja ją zapamiętałam.
Rzut oka na Romka - usiadł na murku, jest zupełnie spokojny, nic nie mówi. Taki spokój nie wydaje mi się bezpieczny. Czuję, że muszę szybko coś zrobić, żeby zneutralizować narastające emocje. Nie ważne co myślę, ale mówię - "nie mamy przyczepy, ale dobrze, że mamy chociaż auto. Pieniądze i dokumenty też mamy, więc jesteśmy w całkiem dobrej sytuacji". Tak, to że mamy auto jest prawdziwym szczęściem w naszym dzisiejszym nieszczęściu. Przez moment czuję się prawie szczęśliwa, gdy wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy zostali bez auta. Podchodzę do Romka i próbuję mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że poradzimy sobie, i że nie warto się przejmować, szkoda zdrowia. Przez myśl mi przechodzi, że mogłoby nam się przydarzyć coś złego ze zdrowiem - i to wtedy byłoby prawdziwym nieszczęściem.
Niestety zaprzeczanie emocjom nie jest dobrym sposobem - powinnam to wiedzieć jako profesjonalista - ale nie bez powodu, ktoś wymyślił przysłowie, że "szewc w dziurawych butach chodzi".
Podczas gdy ja się skupiam na Romku, nasze dotąd milczące dziecko nagle wybucha: "jak to możliwe?, przecież tyle intencji za tę podróż złożyłam na FSMie, tyle modlitw, u tylu świętych byliśmy - i to wszystko na marne
Teraz dopiero czuję powagę sytuacji - myślę sobie, co tam przyczepka, skoro tu wiara mojego dziecka jest zagrożona.
Tym razem "szewc" staje na wysokości zadania - i nie wiem skąd, ale przychodzi mi do głowy taki tekst. Mówię: "dziecko - trzeba się modlić, tak jakby wszystko zależało od Boga, a robić tak, jakby wszystko zależało od nas. Zostawiliśmy przyczepę niestrzeżoną, więc nic dziwnego, że złodzieje się nią zainteresowali. Pan Bóg nic do tego nie ma".
Może by to nawet i zadziałało, ale nasze dziecko przypomniało sobie, że właśnie dziś rano zaniosło z auta do przyczepy swój plecak z całą biżuterią i ze wszystkimi swoimi podręcznymi skarbami. Przyczepa - przyczepą, ale takiej straty to na pewno nie da się przeżyć.
Na to wkracza do akcji tatuś (widać też poruszony stratą korali). Mówi: stratami będziemy się martwić potem, teraz musimy znaleźć tych karabinierów i zgłosić kradzież.
Może ma jeszcze jakąś nadzieję...
Wsiadamy do auta, rozkładamy naszą "złodziejską mapkę" - tak ją potem nazywaliśmy. Po kilku okrążeniach udaje nam się w końcu znaleźć miejsce, gdzie można zaparkować auto i podejść do karabinierów. Ale oni tam są od pilnowania porządku i przekierowują nas na komisariat przy placu San Lorenzo. Mimo, że to niedaleko - znów kilka rundek - bo to niedzielne popołudnie, turystów jak mrówek, ulice pozamykane albo jednokierunkowe.
Choć mam głowę zajętą zupełnie czymś innym, ale podczas tej rundki rozpoznaję kilka obiektów, które widziałam w przewodniku - i domyślam się, co to może być. Pamiętam (a może tylko mi się tak wydaje), ale Fontannę di Trevi, Piazza Venezia, Coloseo, Piazza Spagna - widziałam wtedy po raz pierwszy z okien samochodu. Nie tak miało wyglądać moje zwiedzanie Rzymu
Docieramy do Piazza San Lorenzo - Zuzia mówi, że nie rusza się z auta - już wystarczy strat na dzisiaj, nie zamierza wracać do domu pieszo.
Idziemy tylko z Romkiem. Pierwszy obiekt zwiedzony w Rzymie, to lokalny komisariat (jak to w życiu nigdy nic nie wiadomo). Bardzo elegancki obiekt - stylowe wnętrze, marmurowe schody, mahoniowe meble, soczysta zieleń w ogromnych rzeźbionych donicach - elegancja w każdym calu. Porównanie z polskim komisariatem, w którym pracuje mój brat - to jakby dwie różne planety.
Karabinieri uprzejmi, ale interesuje ich głównie czy mamy dokumenty i pieniądze na powrót do kraju. Nijak nie są w stanie pojąć, co nam właściwie ukradli
W rozmówkach nie znajduję odpowiedniego słowa, a oni tylko w kółko pytają czy to "kamper"
W końcu Romek rysuje im auto z przyczepą, przyczepę przekreśla - ale też nie jestem przekonana czy to coś dało Może w Rzymie przyczepy nie są znane
Wypełniamy odpowiednie dokumenty - z danymi utraconej przyczepki, opisem okoliczności i danymi kontaktowymi. Dostajemy kwit stwierdzający, że została zgłoszona kradzież - i na odchodne informację, że jak coś będzie wiadomo, to poinformują naszą ambasadę.
Cała procedura ciągnie się w nieskończoność. Widząc jak wygląda włoska praca, nie mogę sobie wyobrazić, jak wygląda słynny "włoski strajk"
Gdy jesteśmy wreszcie wolni, zaczyna się ściemniać. Wracamy nad Tybr, zatrzymujemy się i wreszcie mamy czas, żeby pomyśleć co dalej...
Twój sprzęt: Fiat Talento Hymercamp
Nazwa załogi: Kucyki Pomógł: 16 razy Dołączył: 06 Lis 2007 Piwa: 1610/2346 Skąd: Otwock
Wysłany: 2012-01-18, 20:48
Wiedziałem przecież co przeżyliście, a jednak poznając szczegóły przeżywam tę przygodę tak jak bym tam z Wami był. Wyobrażnie podsuwa obrazki a serce przepełnia smutek.
Jest coś w tym, że w pierwszej chwili można zapomnieć o zawodowym doświadczeniu i w stosunku do swych najbliższych i siebie samego w obliczu próby szczególnie trudnej - poczuć się prawie bezradnym.
Znam to uczucie.
Coś mi jednak podpowiada, że w Twoim przypadku był to stan krótkotrwały.
Niecierpliwie czekam... co dalej?...
_________________ W życiu najlepiej jest, gdy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest tylko dobrze - to niedobrze. Ks. Jan Twardowski.
Wiedziałem przecież co przeżyliście, a jednak poznając szczegóły przeżywam tę przygodę tak jak bym tam z Wami był. Wyobrażnie podsuwa obrazki a serce przepełnia smutek.
....
Niecierpliwie czekam... co dalej?...
Tadeuszu - proszę, żebyś czekał z optymizmem - w końcu to "stare dzieje"
Tadeusz napisał/a:
...Jest coś w tym, że w pierwszej chwili można zapomnieć o zawodowym doświadczeniu i w stosunku do swych najbliższych i siebie samego w obliczu próby szczególnie trudnej - poczuć się prawie bezradnym.
Znam to uczucie. ...
Oj, tak. W takich sytuacjach jest się po prostu sobą
Jesteśmy 2000 kilometrów od domu, zmęczeni, głodni, brudni, w jednych ciuchach. Romek sprawdza co nam zostało w samochodzie. Okazuje się, że właściwie to nic. Bagażnik auta wypełnia wielki przedsionek do przyczepy, jakieś skrzynki z narzędziami (Romek ma zawsze wszystkie narzędzia, które mogą się przydać jemu i każdemu innemu, kto znajdzie się w potrzebie).
Nie pamiętam co więcej tam było ale raczej nic ważnego.
Pierwszy pomysł jest taki, żeby wsiadać w auto i kierować się na Grande Recorde Anulare - tam obrać właściwy kierunek i szybko wracać do domu.
Tymczasem nad Tybrem atmosfera gęstnieje - niedzielny wieczór - kto był ten wie, kto nie był, niech przypomni sobie film "Rzymskie wakacje"
- barki na brzegach Tybru, impreza koło imprezy, tłum rozbawionej młodzieży, turystów i ogólnie jak ulu. Jeśli nie można się do nich przyłączyć, to przynajmniej trzeba stąd uciekać, żeby serce zbytnio nie bolało
Przypomina mi się, że chyba należałoby powiedzieć komuś, o tym co nam się przydarzyło. Wysyłam kilka smsów i wykonuję jeden telefon do Polski - do mojego brata, który pracuje jako oficer dyżurny policji. Tak mi się wydaje, że pierwszy powinien się o tym dowiedzieć. Do mamy przecież nie zadzwonię, bo zaraz będzie miała nockę z głowy
Mój brat - profesjonalnie, w kilku pytaniach orientuje się w naszej sytuacji, ustala nasze miejsce (gdzie stoimy), każe nam się nie ruszać, wyłącza się i za kilka minut znów dzwoni. Wcale nas nie pyta o zdanie, tylko swoim zawodowym zwyczajem, wydaje dyspozycje. Mówi, że mniej więcej za pół godziny przyjedzie do nas Dżordżio (ten właśnie, którego nie chcieliśmy najeżdżać, dopóki nie wróci jego żona - nasza znajoma, która ciągle jest w Polsce). Podał mu nasz telefon i on za chwilę się z nami skontaktuje.
W normalnych warunkach od razu bym odmówiła. Należę do ludzi, którzy nie zwykli nadużywać cudzej gościnności. Wolę pomagać innym niż przyjmować pomoc. Ale to nie są normalne warunki, więc coś tam tylko przebąkują, że to tak trochę głupio, że go nie znamy, ale nikt ze mną nie dyskutuje. Za chwilę telefon od Dżordzia i za jakieś 30-40 minut, już się z nim witamy. Każe nam jechać za sobą. Jedziemy w kierunku Cristoforo Colombo i wypadamy na starą drogę prowadzącą do Neapolu. Jedziemy w kierunku morza. Drogę prześledziłam wcześniej w internecie, bo mieliśmy w planie ich odwiedzić, no ale nie w takich okolicznościach. Przygotowaliśmy dla nich upominki - ale zostały w przyczepie. Kompletna porażka
Dojeżdżamy do posiadłości Dżordziów. Dżordżio zaprasza nas do salonu. Po chwili już siedzimy przy zastawionym stole. Żeby nie przesadzić, powiem tylko, że w pięć sekund znalazło się na nim z kilkanaście różnych trunków i wiele, wiele innych dowodów polskiej gościnności we włoskim wydaniu.
A Dżordżio - gość pogodny, konkretny i rzeczowy, wcale się nad nami nie użala, tylko mówi mniej więcej taki tekst, że przyczepy szkoda, ale to się wszystko da odrobić i że on tu kiedyś do Italii przyjechał z jedną walizką, choć w Polsce zostawił dorobek całego życia i że my też niebawem zapomnimy o swoich kłopotach - jako i on zapomniał A że przyczepa się znajdzie, to raczej tutaj niemożliwe, bo tu się nikt takimi drobiazgami nie zajmuje. A pod Rzymem to jest wiele takich miejsc, zamieszkałych przez koczujących stranierów, gdzie policja nawet nie próbuje interweniować, bo strach tam wejść, bo można nie wyjść żywym.
A w międzyczasie - staropolskim obyczajem zachęca do toastów "za poznanie", "za spotkanie", za to żeby Polacy trzymali się razem i w wielu innych różnych intencjach
Opowiada nam swoją historię, o tym jak to kiedyś w Italii bywało, że jak on tu przyjechał, to był tu tylko papież i Boniek, o tym jak kupił sobie pierwsze auto, które służyło mu za dom, przechowalnię i dawało poczucie bezpieczeństwa... i tak w sympatycznej atmosferze zupełnie zapominamy o przejściach dzisiejszego dnia
Właściwie to jest już jutro - Dżordżio ma na rano do pracy ale obiecuje, że jak wróci, to zrobimy sobie grila, popijemy, pogadamy - jak Polak z Polakiem. Wskazuje nam sypialnię, łazienkę, garderobę, każe sobie poszukać wszystkiego, co nam potrzebne, bo nie ma pojęcia gdzie co leży, a żony nie ma a rano mamy się tu rozgościć, ewentualnie pojechać sobie nad morze - bo to tylko 7 kilometrów; można nawet pojechać rowerami, które stoją za domem.
Odświeżeni - na ciele i duszy, kładziemy się w eleganckiej atłasowej pościeli. Wokół spokój, z oddali słychać tylko szum Pontiny (via Pontina).
Mimo zmęczenia sen nie chce przyjść. Rozpamiętuję całą dzisiejszą sytuację, ale o dziwo jestem zupełnie odcięta od emocji, jakby to nie mnie dotyczyło.
Obmyślam optymalny plan wyjścia z sytuacji. Nie dzielę się pomysłami z Romkiem, bo nie chcę, żeby Zuzia słyszała i przeżywała. A poza tym Romek musi się wyspać - będzie nam potrzebny dobry kierowca...
Twój sprzęt: Bürstner Solano na Ducato
Nazwa załogi: SOKOŁY Pomógł: 2 razy Dołączył: 14 Lut 2007 Piwa: 62/37 Skąd: Kołobrzeg
Wysłany: 2012-01-19, 22:24
Twoja informacja o Waszym przykrym zdarzeniu w Rzymie pojawiła się na forum w dniu, gdy my wyjeżdżaliśmy do Włoch. Ja tego dnia już nie włączałem komputera i przeczytałem post dopiero po naszym powrocie. Nas tamtego roku Rzym także nie pogłaskał - klapsa zapamiętamy na zawsze. Jednak bardzo się cieszę, że zła przygoda, ani w Was, ani w nas, nie ostudziła zapału do poznawania tego pięknego kraju i Wiecznego Miasta. My zachorowaliśmy na Włochy i Rzym w 2003 roku. Pojechaliśmy na 10-tą rocznicę ślubu (za rok już mamy 20-tą). Byliśmy w Castelgandolfo na audiencji generalnej u Jana Pawła II. Sądziliśmy wówczas, że to największa podróż naszego życia, ale byliśmy tam bez dzieci. Apetyt został rozbudzony i zaplanowaliśmy, że za dwa lata pojedziemy do naszego papieża z dziećmi. I pojechaliśmy. Niestety Jan Paweł II nie doczekał wakacji 2005. Gdy wyszliśmy na San Pietro i spojrzeliśmy w papieskie okna, w których stały rozstawione drabiny malarskie, w oczach stanęły nam łzy i coś ścisnęło gardło.
Ale przepraszam, że zaśmiecam Twój wątek naszymi sentymentami. Za relację, którą nadal wiernie czytam, stawiam piwko, chociaż kobiecie bardziej elegancko byłoby lampkę dobrego wina - co się odwlecze, to nie uciecze.
Twoja informacja o Waszym przykrym zdarzeniu w Rzymie pojawiła się na forum w dniu, gdy my wyjeżdżaliśmy do Włoch. Ja tego dnia już nie włączałem komputera i przeczytałem post dopiero po naszym powrocie. Nas tamtego roku Rzym także nie pogłaskał - klapsa zapamiętamy na zawsze. Jednak bardzo się cieszę, że zła przygoda, ani w Was, ani w nas, nie ostudziła zapału do poznawania tego pięknego kraju i Wiecznego Miasta. My zachorowaliśmy na Włochy i Rzym w 2003 roku. Pojechaliśmy na 10-tą rocznicę ślubu (za rok już mamy 20-tą). Byliśmy w Castelgandolfo na audiencji generalnej u Jana Pawła II. Sądziliśmy wówczas, że to największa podróż naszego życia, ale byliśmy tam bez dzieci. Apetyt został rozbudzony i zaplanowaliśmy, że za dwa lata pojedziemy do naszego papieża z dziećmi. I pojechaliśmy. Niestety Jan Paweł II nie doczekał wakacji 2005. Gdy wyszliśmy na San Pietro i spojrzeliśmy w papieskie okna, w których stały rozstawione drabiny malarskie, w oczach stanęły nam łzy i coś ścisnęło gardło.
Ale przepraszam, że zaśmiecam Twój wątek naszymi sentymentami. Za relację, którą nadal wiernie czytam, stawiam piwko, chociaż kobiecie bardziej elegancko byłoby lampkę dobrego wina - co się odwlecze, to nie uciecze.
Pamiętam jak wróciliście i jak napisałeś o Waszych przejściach. Widzę, że też macie swoją wzruszającą historię związaną z Rzymem. Może to właśnie trudne emocje tak zbliżają i związują nas z miejscami i z ludźmi.
Życzę Wam wielu wspaniałych podróży do Rzymu i pełnego zaspokojenia apetytu na Rzym, który "wzrasta w miarę jedzenia". I mam nadzieję, że umówione z Agnieszką wspólne "odczarowywanie Rzymu" kiedyś dojdzie do skutku Proponuję rosso dolce
Dziękując za wzruszający osobisty Twój wkład do mojej relacji - dla Was odkrycie z wizyty w Łagiewnikach. Może Was natchnę do podróży nowym kamperkiem
Płyta nagrobna Jana Pawła II, przy której jeszcze niedawno modliliśmy się w bazylice św. Piotra, teraz znajduje się tutaj: http://www.janpawel2.pl/budowa-centrum
Będąc tam w okresie Bożego Ciała, akurat trafiliśmy na moment, jak kustosz opowiadał sponsorom, w jaki sposób udało się ją do Łagiewnik sprowadzić. Ze zdziwienia opadły nam szczęki
Panowie - dziękuję za browarki. Jak skończę swoją pisaninę i będę miała czas na czytanie, to wszystkie rozdam
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum