Klub miłośników turystyki kamperowej - CamperTeam
FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Jacek w Norwegii
Autor Wiadomość
Jacek M 
weteran


Twój sprzęt: Dethleffs na J5 2,5D '89 - ciągle jeździ :)
Dołączył: 20 Sty 2007
Piwa: 15/46
Skąd: Siedlce
Wysłany: 2012-12-31, 13:20   

Z leniem jest tak, że na początku trzeba zacząć... A potem pójdzie :ok
Ciągle mam problem z tym zaczynaniem... :haha:
_________________
"Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę.
Bierzesz sobie winko, siadasz nad Wisłą, rozpinasz kołnierzyk.
Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę"
M. Piwowski vel A. Krost
Ostatnio zmieniony przez Jacek M 2013-01-01, 22:20, w całości zmieniany 1 raz  
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
jolcia777 
doświadczony pisarz

Twój sprzęt: może kiedyś...?
Pomogła: 2 razy
Dołączyła: 28 Lut 2009
Otrzymał 10 piw(a)
Skąd: Jelenia Góra
Wysłany: 2013-01-01, 07:46   

Jacku, super! Świetna opowieść!! Czekam na ciąg dalszy... Kamperowa brać pragnie dowiedzieć się, jak stamtąd wróciliście!
Wielu takich podróży (a po nich podobnych relacji na forum) życzę w Nowym 2013 roku
_________________
Pozdrawiam wszystkich kamperowców - poszukiwaczy przygód!
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Jacek M 
weteran


Twój sprzęt: Dethleffs na J5 2,5D '89 - ciągle jeździ :)
Dołączył: 20 Sty 2007
Piwa: 15/46
Skąd: Siedlce
Wysłany: 2013-01-02, 00:47   Knivskiellodden cd. "a kaczce było potąd"

Dzień 10, poniedziałek, 9 lipca 2007 – od godz. 18.00 – powrót z najdalszego końca końców.

Startujemy z Końca Świata – godzina 18.00. Około. Czyli – z górki zajęło nam 4 godzinki. Co tam – myślę sobie. Z powrotem droga znana. Jesteśmy trochę zmęczeni ale wiemy co nas czeka – powinno się wyrównać. Za 4 no może 4+ godzinki – będziemy z powrotem. Przecież damy radę przecież.

Zbieramy się, poprawiamy kurteczki – no to ja pójdę przodem, mówi najdroższa z żon, pójdę sobie pomalutku, wy mnie dogonicie przecież… I poszła. Zobaczyłem, że stanęła, oparła łapki o kolanka, tak, żeby grzbiecik był poziomo – odpoczywa. Niestety wiem co to znaczy – łupnęło ją w krzyżu, taka stara historia, odzywa się co parę lat, w najmniej odpowiednim momencie. Dochodzę – „co tam?”, „– nie nic, tak sobie tylko, ale ok. idziemy”.

To idziemy. Przecież i tak nic nie wymyślę – leków nie mamy, okazji nie złapię. Może się rozejdzie.

Droga po płytach ukośnych - teraz w drugą stronę – zajmuje nam godzinkę. Nie pogonimy, jak komuś słabnie kondycja - pogonić się go nie da. Jak się dobrze motywuje – może przeleźć całkiem sporo ale – rzecz główna – własnym tempem. A już wiem, że tak całkiem dobrze - nie jest.

Przed opuszczeniem klifu i wdrapaniem się na górę – palimy. To znaczy Ania pali a ja wprowadzam pozytywną atmosferę. Uspokaja mnie, że z tym kręgosłupem nie jest tak źle, ja ją uspokajam, że już sporo przeszliśmy, mamy coraz bliżej itp. itd. Z mojej perspektywy pięknie widać Nordkapp. Słońce jest gdzieś za nami, więc ładnie go oświetla. Mimo tego oświetlenia wydaje się, że chmur nad nim jest jakby więcej – czapka wygląda trochę grubiej, a wiatr od wschodu zdaje się delikatnie rozwiewać strzępki chmurki w naszą stronę. Jak się nawet dobrze przyjrzeć, to chmurka w części południowej – od nas - wygląda troszkę groźnawo. Burzowo nawet. Jakby. No ale to przecież daleko do tego Nordkappu jest – przez całą zatokę. I może się tylko zdaje przecież. A u nas słoneczko. Bardziej takie czerwonawe. Jakby. No to - idziemy pod górę.

Zaczyna się niewesoło. Z Ani kręgosłupkiem – to nie są całkiem żarty. Idziemy bardzo wolno. Na razie nie myślę o wołaniu jakiegoś GOPRu ale rozważam taką możliwość. Opowiadam jej różne znane chwyty – że już tylko pół godzinki do białych kamieni, a potem, to już tylko rzut beretem do parkingu. Pada bateria w aparacie – ostatnie zdjęcie na pustkowiu. Nad nami – zamiast błękitnego nieba coraz wyraźniej widać tiulowe, burawe zasłonki z chmurek. Wprawdzie słońce ciągle świeci ale wiem, że to zmyłka – promienie padają prawie poziomo z zachodu, a na zachód od nas chmur jeszcze nie ma. A od Nordkappu nadciąga burza. Nawet coś mruknęło ze 2 razy. Na szczęście daleko, nad Nordkappem. Komputer w głowie pracuje na przyspieszonych obrotach. Myślę, że uda mi się spokojnie Anię doprowadzić. Jest bardzo dzielna, niestety odpoczynki musimy robić bardzo często, wprawdzie ból kręgosłupa się nie nasila ale połączony ze zwykłym zmęczeniem daje mocno znać o sobie.

Liczę: jest godzina 22.14 a my jesteśmy na środku skalnego rumowiska, do samochodu mamy jakieś 4 km. Ale w tym tempie to minimum 2 -3 godziny. Sądząc natomiast po tempie załamywania się pogody - mamy jeszcze godzinę – góra dwie z jako taką widocznością. To wiem tylko ja. Dzieciaki jednak są też mocno zaniepokojone. Robią dziarskie miny ale widzą, że mimo że Mama jest bardzo dzielna - marsz jest dla niej dużym wysiłkiem. Idziemy bardzo powoli i często odpoczywamy, więc jest im też zwyczajnie zimno. Do tego mimo, że kozakują są też zmęczeni. Przeliczniki w głowie chodzą nadal… Jeśli nasza podróż potrwa więcej niż godzinę chłopaki zaczną mi się wychładzać i będę miał 3 sztuki do holowania. Już szczękają zębami – ile można szczękać? Zaraz im też zacznie siadać kondycja. Ubrani są dobrze ale do marszu, nie do siedzenia i czekania na nas. Bezpieczniej też będzie jak w razie poważnego załamania pogody nie zostaniemy wszyscy razem w środku skalnego rumowiska. Zostawić trójkę zmarzniętych i mokrych i lecieć po pomoc - to naprawdę nie będzie dobry pomysł. Lepiej się podzielić. Chłopaki jak wystartują już - na pewno dotrą do samochodu przed załamaniem pogody.

Nygusy mają po 16 lat, stanowią bardzo zgrany duet i wiem, że w górach orientują się całkiem dobrze, poza tym są mocno zestresowani więc będą uważni. Droga nie ma już niespodzianek – trzeba trzymać się grzbietu i kamiennych kopczyków, po mniej więcej kilometrze czyli 10-15 minutach powinniście trafić na poprzeczny słabo widoczny ale jednak grzbiecik, tuż przed nim będą – znane wam białe kamienie. Grzbiecikiem skręcacie w lewo, uważajcie, żeby nie schodzić z kulminacji na lewo ani na prawo – kontrolujcie to, bo jest bardzo wypłaszczona i łatwo z niej zleźć a półwysep ma minimum 2 km szerokości, więc po co kluczyć. Uważajcie na kopczyki z kamieni, żeby nie zejść z ich linii i żeby słońce było na początku po prawej a po skręcie za plecami. Im bliżej parkingu, tym ścieżka będzie wyraźniejsza, a kopczyków z kamieni – więcej. Idźcie szybko ale raczej bez podbiegania – łatwo skręcić nogę. Uważajcie na siebie. Wy powinniście dolecieć za godzinę czyli ok. 23-ej z minutami, a my powinniśmy dotrzeć godzinę – dwie za wami. Plus – minus do pierwszej - drugiej. Gdyby do 2-3 w nocy nas nie było, a pogoda się całkiem załamała – szukajcie pomocy – zabierzcie się okazją na Nordkapp i tam zgłoście co i jak. My będziemy na ostatnich dwóch kilometrach, więc fachowcy migiem nas znajdą – nie martwcie się. No to szorujcie - z Bogiem. Jak przyjdziecie – zjedzcie kolację, zróbcie sobie dużo gorącej herbaty i zagotujcie dla nas. Na nieszczęście komórki pośród skalnego rumowiska - nie działają.

O dzieciaki się nie martwię, wiem, że sobie poradzą. Z Anią mam troszkę kłopotu, przeżywa drobny kryzysik. Ale wiem, że na tym etapie można sobie z tym jeszcze poradzić prostą ściemą – jest parę wypróbowanych sposobów. Oszukuję w żywe oczy podając dużo mniejszą odległość – jak człowiek widzi, że cel jest osiągalny to się lepiej mobilizuje. No i – jakoś pełzniemy. W zupełnym kryzysie ratuje nas ostatni Snickers i łyk zimnej herbaty. Cuksy i czekolada bardzo pomagają – taki nawet drobny zastrzyk szybkich kalorii potrafi ożywić zupełnego zdechlaka. Aniu – już widać parking. Na szczęście Ania nie widzi (może nie chce?) że od dobrej godziny towarzyszy nam nad głową ciężka chmura z brudnej waty. Z chmury siąpi mżawka. Jest strasznie zimno, patrzę po kamieniach – nie, woda nie marznie, więc to jeszcze plus. Bardzo ciekawe. Pułap chmury – wydaje się, że ze 15-20 m. nad naszymi głowami. Wyraźnie widać płaską burą podstawę tuż nad nami. Prawie można dosięgnąć ręką. Podchodzimy trochę wyżej, to chyba ostatnie podejście… (takich ostatnich było… kilka…) Na koniec – pułap chmur wynosi 7m, 5m, 2m… Wtedy okazuje się jak pomocne są kopczyki z kamienia. Gubimy trochę orientację ale jak w chmurze za nami ginie jeden kopczyk, to przed nami z mgły wyłania się następny…. No i jednak pułap chmur osiąga 0 tylko czasami. W innych okolicznościach uznałbym to za bardzo fascynujące – głowa w chmurach a nogi nie… Jak się człowiek schyli – coś widać.

Widoczność autentycznie tracimy już poniżej 100 m. od parkingu. To znaczy: dochodzimy do końca „gołoborza” do czegoś jak ogrodzenie pastwiska z żerdzi i w przejaśniającej się mgle widzimy w oddali zarysy kilku kamperów i innych samochodów. Hura! Za chwilę wiatr nagania chmury i znowu do przodu widzimy – nic. W zamian za to wokół parkingu jest trochę więcej trawy i pod nogami widać coś - jakby ścieżkę. Ostatnie 40 m pokonujemy już wyraźną ścieżką. Uff. Parking. Wchodzimy do auta – chmury na zmianę to zakrywają całkiem widoczność, to cokolwiek widać – ale ciągle są 1-2 m nad ziemią. Deszcz zacina już całkiem nieźle.

Zastanawiam się, jak by to wyglądało gdybyśmy szli jeszcze trochę dłużej. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili przed utratą widoczności i sporo przed krytycznym limitem czasowym.

Obliczenia okazały się słuszne, a nasze młodociane wojsko - bardzo karne. Herbata czekała na małym ogniu, w kamperze napalone, suche ubranka naszykowane. Wolę nie myśleć o innych wariantach zakończenia tej wycieczki. „Tatusiu, droga była dokładnie taka, jak ustaliliśmy ale grzbiecika nie wyłapaliśmy – pocwałowalismy dalej dopiero jak zobaczyliśmy,że grunt raptownie opada i zatoczkę, zorientowaliśmy się, że musieliśmy przelecieć za daleko. No i kopczyków nie było – wróciliśmy po śladach do linii kopczyków i potem już bez przygód dotarliśmy do auta. Ale szliśmy sporo dłużej, bo prawie 2 godziny. Całe szczęście – nie czekaliście na nas zbyt długo.

Tak to z niewinnego spacerku - 16 km, 4 godzinki (kaczce było potąd) - wyszło nam ponad 12. Troszkę pogoda plus troszkę zdrówko i - proszę. Teraz już możemy z tego się tylko śmiać - i tak też robimy. Chyba rozumiemy, co czują rozmaici śmiałkowie po powrocie "do bazy" :)

Dobra jest gorąca herbata w kamperze.

IMG_1464.JPG
Wracamy - mama poszła przodem.
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 46,56 KB

IMG_1468.JPG
Teraz płyty są nachylone w lewo...
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 52,56 KB

IMG_1469.JPG
Morze nie jest szczególnie spokojne.
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 50,69 KB

IMG_1474.JPG
Palymy. Chmur nad Nordkappem jakby więcej. Rozjeżdżają się trochę?
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 41,35 KB

IMG_1480.JPG
Wdrapaliśmy się na górę. Najgorsze za nami. Godzina 20.25
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 41,36 KB

IMG_1481.JPG
Ostatnie zdjęcie zrobione po kolejnej godzinie na "odgrzanej" baterii. Nad nami kłaczki burej waty - nie wyglądają jeszcze groźnie. Ale za kolejną godzinę... tego już nie sfotografuję - battery empty pip, pip, pip.
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 54,12 KB

IMG_1490.JPG
Nie ma to jak w domu :) Rano można spokojnie odpocząć, opisać wrażenia, zrzucić zdjęcia...
Plik ściągnięto 2860 raz(y) 49,64 KB

_________________
"Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę.
Bierzesz sobie winko, siadasz nad Wisłą, rozpinasz kołnierzyk.
Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę"
M. Piwowski vel A. Krost
Ostatnio zmieniony przez Jacek M 2013-02-05, 23:52, w całości zmieniany 1 raz  
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Wyświetl szczegóły
Więcej szczegółów
Wystawiono 1 piw(a):
Tadeusz
Fux 
Kombatant

Pomógł: 2 razy
Dołączył: 12 Sie 2007
Piwa: 29/96
Skąd: ze wsi
Wysłany: 2013-01-02, 08:59   

No nieźle... :kwiatki:
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Jacek M 
weteran


Twój sprzęt: Dethleffs na J5 2,5D '89 - ciągle jeździ :)
Dołączył: 20 Sty 2007
Piwa: 15/46
Skąd: Siedlce
Wysłany: 2013-02-06, 00:19   

Taka Knivskiellodzka refleksja jeszcze:

Nie skleciłem tej opowieści, żeby poćwiczyć budowanie napięcia ani po to, żeby opisać własną niefrasobliwość czy próby radzenia sobie w sytuacji, która z minuty na minutę z niewinnej próbowała stać się niemal ekstremalna. Przynajmniej jak na przeciętne "zabiurkowe" niedźwiadki. Raczej chciałem pokazać, jak pozornie zupełnie niewinny spacerek może z lekka zjeżyć kark. I zupełnie nic szczególnego nie potrzeba. Góry - niskie, temperatura - na plusie, odległość - śmieszna. Ktoś się słabiej poczuł, telefony, które traktujemy jako oczywistą oczywistość - bez zasięgu, pogoda - nagłe załamanie i już z majówki mamy kompletny kotlet - czy raczej 'klops papciu" jak w pewnym ulubionym za młodu serialu mawiała kol. Szykulska.

Kilka moich roboczych wniosków:
- bez kompasu w górach nawet do kibla nie idę.
- Zawsze trzeba założyć załamanie pogody
- rezerwa ciuchów i żarcia
- parka PMR, którą do tej pory uważałem za nieszkodliwy szpan - wchodzi na wyposażenie.
- i jeszcze proste i oczywiste: mimo, że widno jest całą dobę rozsądniej jest żyć w rytmie innych mieszkańców planety, tj. nie rozpoczynać wyprawy "pod wieczór". W "dzień" ta i każda inna wytyczona ludzką ręką trasa jest liczniej uczęszczana i zdecydowanie łatwiej o jakąkolwiek interwencję w syt. awaryjnej.

Bardzo jestem ciekaw, co ew. czytelnicy sądzą o poprzednim poście? Czy ktoś z Was miał podobną sytuację, że w "biały dzień" pogoda, zdrowie czy coś jeszcze innego odmówiło raptownie współpracy stawiając Was w - łagodnie mówiąc - "niezręcznej" sytuacji?
_________________
"Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę.
Bierzesz sobie winko, siadasz nad Wisłą, rozpinasz kołnierzyk.
Najlepsze są amerykańskie koszule w kratę"
M. Piwowski vel A. Krost
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Wyświetl szczegóły
Tadeusz 
Administrator
CamperPapa


Twój sprzęt: Fiat Talento Hymercamp
Nazwa załogi: Kucyki
Pomógł: 16 razy
Dołączył: 06 Lis 2007
Piwa: 1610/2356
Skąd: Otwock
Wysłany: 2013-02-06, 08:36   

Jacek M napisał/a:
Czy ktoś z Was miał podobną sytuację, że w "biały dzień" pogoda, zdrowie czy coś jeszcze innego odmówiło raptownie współpracy stawiając Was w - łagodnie mówiąc - "niezręcznej" sytuacji?


Oj, Jacku, nie zliczę takich sytuacji. Głównie były to groźne przygody wspinaczkowe (bardzo dawne czasy) i żeglarskie ( to już niemal 50 lat pętania się po wodach).

Bywało tak ciężko, że po szczęśliwym zakończeniu ani ręką ani nogą ruszyć się nie dało. Dobrze chociaż, że we łbie wciąż było poukładane.

Nadal żegluję i kto wie co jeszcze mnie spotka. Właściwie nie ma sezonu, żeby nie bywało "ciekawie". :szeroki_usmiech

Przyjmij ode mnie piwko za powyższy kawałek literatury. :spoko
_________________
W życiu najlepiej jest, gdy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest tylko dobrze - to niedobrze.
Ks. Jan Twardowski.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
WHITEandRED
[Usunięty]

Wysłany: 2013-02-06, 09:28   

:spoko
Ostatnio zmieniony przez WHITEandRED 2015-07-13, 13:53, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Ania i Zdzich 
zaawansowany
AiZ


Twój sprzęt: Fiat Ducato Dethleffs Globetrotter
Nazwa załogi: Ania i Zdzich
Dołączyła: 28 Maj 2010
Piwa: 16/12
Skąd: Katowice
Wysłany: 2013-02-06, 23:12   

No i cóż mogę, Jacku, powiedzieć... Jestem powalona Twoimi relacjami :spoko , czekam na cdn... Głownie na Wasze Lofoty.
A jeśli chodzi o "nieodpowiedzialne" zachowania dorosłych ludzi... To mam ich też kilka na swoim sumieniu:
1.przygoda przy podchodzeniu na Ben Nevis w 2008r
2. żeglowanie na samym foku przez wzburzone fale jeziora Dobskiego - brzmi śmiesznie, nieprawdaż? Ale zapewniam, że wtedy śmiesznie wcale nie było :(
3.Wycieczka nad Loch Coruisk na wyspie Skye i dramatyczny powrót stamtąd

Może kiedyś o tym napiszę. Co prawda niewiele ma to wspólnego z kamperowaniem, ale wiele z naszym poszukiwaniem przygód

pozdrawiam, stawiam browarka :pifko i czekam na cdn

Ania
_________________
Carpe diem
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum

Dodaj temat do ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
*** Facebook/CamperTeam ***