 |
|
|
Czas na "smakowanie" Italii ;) |
| Autor |
Wiadomość |
Aulos
weteran

Twój sprzęt: Bürstner Solano na Ducato
Nazwa załogi: SOKOŁY
Pomógł: 2 razy Dołączył: 14 Lut 2007 Piwa: 62/37 Skąd: Kołobrzeg
|
Wysłany: 2015-01-18, 00:32
|
|
|
| Santa napisał/a: | | Ja tam wolałabym spędzić czas na "smakowaniu" historii i klimatu kościoła Santa Maria Cosmedin, przy którym znajduje się to antyczne paskudztwo, które podobno odgryza dłonie... |
No, ale przecież odgryza tylko kłamcom, ludzie czystego serca są całkowicie bezpieczni. |
_________________ "Nosiciel nieuleczalnej kamperomanii"
 |
|
|
|
 |
zbyszekwoj
Kombatant

Twój sprzęt: Rapido 707F
Pomógł: 5 razy Dołączył: 24 Kwi 2013 Piwa: 329/223 Skąd: Lublin
|
Wysłany: 2015-01-18, 09:35
|
|
|
| Aulos napisał/a: | | Santa napisał/a: | | Ja tam wolałabym spędzić czas na "smakowaniu" historii i klimatu kościoła Santa Maria Cosmedin, przy którym znajduje się to antyczne paskudztwo, które podobno odgryza dłonie... |
No, ale przecież odgryza tylko kłamcom, ludzie czystego serca są całkowicie bezpieczni. |
My wkładaliśmy,choć ze strachem ,ale jak coś ma się na sumieniu to lepiej nie ryzykować |
|
|
|
 |
Santa
weteran

Twój sprzęt: dreamliner
Nazwa załogi: ROMULUSI
Dołączyła: 05 Paź 2007 Piwa: 236/171 Skąd: Podkarpacie
|
Wysłany: 2015-01-18, 20:59
|
|
|
| zbyszekwoj napisał/a: | | Aulos napisał/a: | | Santa napisał/a: | | Ja tam wolałabym spędzić czas na "smakowaniu" historii i klimatu kościoła Santa Maria Cosmedin, przy którym znajduje się to antyczne paskudztwo, które podobno odgryza dłonie... |
No, ale przecież odgryza tylko kłamcom, ludzie czystego serca są całkowicie bezpieczni. |
My wkładaliśmy,choć ze strachem ,ale jak coś ma się na sumieniu to lepiej nie ryzykować :diabelski_usmiech |
Dla takich słabych słabeuszy jak ja, "czystość serca", to bardziej cel, niż stan
Ale tak dla ścisłości, to nie mam nic przeciwko tej kolejce ludzi o czystych sercach Tylko tego czasu na stanie byłoby mi żal |
|
|
|
 |
Santa
weteran

Twój sprzęt: dreamliner
Nazwa załogi: ROMULUSI
Dołączyła: 05 Paź 2007 Piwa: 236/171 Skąd: Podkarpacie
|
Wysłany: 2015-01-22, 20:46
|
|
|
Zanim Romek wrócił, zdążyłam już zadbać o niedzielną południową dawkę kalorii i elektrolitów, zregenerować siły i wyczytać dostępną teorię dotyczącą mojego kolejnego dzisiejszego celu, którym było Wzgórze Janiculum (Dżianikolo).
Wielokrotnie zapuszczałam oko w jego kierunku, gdy tylko na horyzoncie rysował mi się Watykan, bo Janikulum to jest właśnie ten zielony obszar, który góruje nad Bazyliką Świętego Piotra.
Janikulum nie zalicza się do siedmiu wzgórz Rzymu, bo gdy te wzgórza liczono, to tam jeszcze nie był Rzym, tylko jakaś prowincja.
Rzym był wtedy po drugiej stronie Tybru, tam gdzie Forum Romanum, Pola Marsowe, itd, itd...
Wracający Romek już z daleka tajemniczo się do mnie uśmiecha. Widać było, że ma dla mnie jakiegoś asa w rękawie...
Słusznie przypuszczałam, bo zanim doszedł, już się dowiedziałam, że nasz wówczas nowy papież Franciszek jest w Rzymie i że przewodniczył modlitwie Anioł Pański na Placu Świętego Piotra, podczas gdy ja się tu lenię, o trzy mosty od Watykanu
Wtedy jeszcze nie znaliśmy oryginalności papieża Franciszka, który nie tylko odmówił wprowadzenia się do tej nowej papieskiej "chałupy", ale też jak się właśnie okazało, wolał spędzić lato w Rzymie niż w Castel Gandolfo.
Tutaj to go akurat bardzo rozumiem, bo też wybrałabym Rzym
Poczułam się głupio, bo już tyle podejść robiłam, żeby podczas pobytu w Rzymie choć raz uczestniczyć w takiej uroczystości i nigdy dotąd mi się to nie udało.
Trzeba było posłuchać Romka, gdy proponował, żeby rano jechać na Casilinę...
Zanim wyszłam, wysłuchałam relacji Romka, obejrzałam fotki i na mapce pokazałam mu w jakim kierunku teraz się wybieram...
Dla zachowania chronologii zdarzeń, pokażę parę fotek zrobionych przez Romka...
Dziwne, że oni wszyscy wiedzieli, że Francesco w domu, a ja jakoś nie...
Wrócił spacerkiem nad Tybrem... i tego też mi szkoda..., bo lubię...
Kamperek czekał na wyludnionym, niepłatnym w niedzielę parkingu przy Lungotevere.
Wygrzebawszy się z doła po stracie możliwości spotkania papieża, wyruszyłam we wcześniej obranym kierunku.
Bez marudzenia, bo ten czas w Rzymie ucieka jak szalony, a chcemy jeszcze wieczorem na mszę świętą.
Pierwszym mostem przeszłam na Zatybrze i prosto - najgłówniejszą drogą na Janikulum. Oczywiście, wiadomo, że znów pod górę... w upale strasznym..., z językiem na kolanach..., skupiona na zachowaniu życia...
Via di San Pietro in Montorio..., czyli już blisko...
Po półgodzince udało mi się dotrzeć do głównego celu mojej wyprawy, czyli do miejsca, gdzie według przekazu został ukrzyżowany Święty Piotr.
Wcześniej znajdował się tu klasztor. Dzisiaj w tym miejscu jest kościół San Pietro in Montorio...
Kościół jest niestety zamknięty, ale bardziej niż na kościele zależało mi na takim słynnym architektonicznym cacuszku, o którym wielokrotnie czytałam. To Tempietto, niewielka budowla zaprojektowana przez Bramantego i wybudowana dokładnie w miejscu ukrzyżowania Apostoła.
Dostęp do Tempietty - też niestety chiuso... Nic nowego, jak na Italię, za łatwo by było, żeby tak od pierwszego podejścia... Zdążyłam przywyknąć...
Msze w sierpniu od poniedziałku do piątku...
A co tam taki turysta, który przyjeżdża do Rzymu w lecie..., niech sobie przez kraty popatrzy..., a zechce zobaczyć wnętrze, to niech przyjedzie w maju...
Naprzeciwko kościoła znajduje się ogromne marmurowe Mauzoleum Gianicolese, wybudowane w hołdzie poległym w walkach, jakie w tym miejscu stoczyły wojska Garibaldiego z armią francuzką w 1849 roku.
Po drodze na szczyt wzgórza mija się jeszcze Fontanę dell'Acqua Paola, nazywaną również Il Fontanone ("duża fontanna").
Jak na Rzym, to młodziutka jest, bo ma zaledwie 400 lat i była pierwszą dużą fontanną na lewym brzegu Tybru.
Po drodze mijam też tajemniczą i oczywiście zamkniętą bramę do Kolegium Świętego Piotra, Apostoła.
I wreszcie dochodzę do położonego na wzgórzu parku, wypełnionego białymi posągami. To podobno jedno z ulubionych miejsc rzymskich rodzin, wybierane na popołudniowe niedzielne pikniki.
Rzeczywiście widziałam tam wiele takich rodzin, z koszykami piknikowymi, rozłożonymi na plażowych matach.
Siedzą, leżą, spoglądają na Rzym z góry..., ponoć najpiękniejsza panorama miasta jest właśnie stąd...
Te panoramy można podziwiać z dużego tarasu widokowego... To poszłam i podziwiałam... ale coś mi się w aparacie zacięło i Romek musiał mi go naprawiać... przez telefon
Coś tam jednak udało się uwiecznić...
Jak okiem sięgnąć Roma, Roma, Roma...
Można stamtąd spojrzeć na kopułę Bazyliki Świętego Piotra...
... na Pomnik Ojczyzny i Piazza Wenecja z przyległościami...
... a nawet dostrzec symbolicznego anioła na Castel San Angelo...
Honorowe centrum tego parku zajmuje ogromny konny pomnik Giuseppe Garibaldiego...
A z resztą ten Garibaldi jest w tej Italii wszędzie: w każdym mieście, na każdym kroku: Via Garibaldi, Piazza Garibaldi, Ponte Garibaldi..., Garibaldi...
Włosi czczą go jak boga... Aż dziwne, że go jeszcze nie umieścili w Panteonie... A może nie dziwne..., w końcu Panteon to kościół...
A Garibaldi to postać ogromnie kontrowersyjna, z jednej strony bohater narodowy, któremu zawdzięczają odrodzenie się Włoch, a z drugiej mistrz loży masońskiej, wróg papiestwa, Napoleona... i ogólnie postać niesamowicie barwna...
Dla wielkiego mistrza w setną rocznicę jego urodzin - masoneria Italii...
Tych twardych chłopaków też wszędzie tu pełno... Według legendy jednemu z nich zawdzięczamy powstanie tego wyjątkowego miasta... i to temu mojemu
Na mojej mapce w pobliżu tego miejsca, był zaznaczony jeszcze jeden punkt, do którego chciałam dotrzeć..., żeby potem..., kiedyś..., komuś... zadedykować
Ten Ktoś będzie wiedział, że to dla Niego..., jeśli tu zajrzy... Może się zainspiruje do spaceru - trasą raczej dla turystów niestandardową
Ze Wzgórza Janiculum wracam inną drogą, taką tylko dla pieszych, stromymi schodkami prowadzącymi w kierunku Watykanu i Placu Świętego Piotra...
Schodząc, mijam się ze wspinającymi się grupami turystów, którzy zasięgają u mnie języka czy to aby na pewno droga na Dżianikolo... A ja... oczywiście, z miną znawcy "si, si, yes, yes, ja, ja..., конечно... Dżianikolo"
Po drodze mijam jeszcze kościół i klasztor San Onofrio e Gianicolese. Też oczywiście - chiuso... A szkoda, bo Pascal kazał mi tam wstąpić, żeby zobaczyć jakieś podobno "najcudowniejsze w mieście krużganki"...
Wychodzę koło jezuickiego szpitala dziecięcego Dzieciątka Jezus (Bambino Gesu).
Jeszcze tylko trzy mosty i już jestem w domu
Romek czeka z kawką, przy której ustalamy, że najpewniejszą możliwość uczestniczenia we mszy świętej o tej porze daje nam Piazza Popolo, do którego mamy tylko kilka mostków do przodu i na którym są trzy kościoły.
Tak też zrobiliśmy i oczywiście pojechaliśmy na nasz "złodziejski parking" (przepraszam tych, którzy nie wiedzą o co chodzi).
Na mszę poszliśmy pojedynczo. Najpierw Romek - jakimiś klimatycznymi "dziurami" na skróty...
Był na mszy w kościele Santa Maria del Popolo...
...widział Caravagia...
...i jeszcze troszkę okolicy...
Po powrocie Romka, poszłam ja...
Ostatnia msza była w jednym z bliźniaczych kościołów...
Też pospacerowałam wokół Piazza Poppolo, pozaglądałam w oczy moim posągowym znajomym, ale fotki już Wam podaruję...
Wracam spokojnie, ze świadomością i satysfakcją dobrze wykorzystanego dnia...
Ale to jeszcze nie koniec...
Podczas mojej nieobecności Romek zamknął kampera, wziął aparat i kręcił się w pobliżu, nie tracąc auta z zasięgu wzroku. Na parkingu oprócz nas nie było nikogo.
W pewnym momencie - jakieś przejeżdżające auto mijając kamperka, nagle zatrzymuje się, następnie wycofuje przed samą jego maskę.
Romek widząc to, odruchowo biegnie w kierunku kampera. Gdy był już blisko, samochód z piskiem opon rusza i odjeżdża. Romek robi mu fotkę..., to ten czarny, który właśnie wjeżdża na most... Może lubi oglądać kamperki ale bez właścicieli...
Pozostałe rzymskie dni kamperek spędził na kamperparku. Był bezpieczny, ale daleko od nas - i to też niedobrze, bo taka opcja krótkich, kilkugodzinnych wypadów, z możliwością powrotu do kamperka i szybkiej regeneracji sił, jest dla mnie najbardziej optymalną formą poznawania świata
CDN. |
|
|
|
 |
| Wyświetl szczegóły |
 |
Tadeusz
Administrator CamperPapa

Twój sprzęt: Fiat Talento Hymercamp
Nazwa załogi: Kucyki
Pomógł: 16 razy Dołączył: 06 Lis 2007 Piwa: 1610/2356 Skąd: Otwock
|
Wysłany: 2015-01-22, 21:13
|
|
|
| Santa napisał/a: | | oczywiście pojechaliśmy na nasz "złodziejski parking" (przepraszam tych, którzy nie wiedzą o co chodzi). |
Ja wiem o co chodzi i błagam, Lucynko, nigdy więcej tam nie parkujcie. Proszę dla Waszego dobra i mego spokoju.
|
_________________ W życiu najlepiej jest, gdy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest tylko dobrze - to niedobrze.
Ks. Jan Twardowski.
 |
|
|
|
 |
MAREKH
weteran

Twój sprzęt: LMC na DUKATO
Dołączył: 28 Wrz 2007 Piwa: 265/78 Skąd: Kielce
|
|
|
|
 |
zbyszekwoj
Kombatant

Twój sprzęt: Rapido 707F
Pomógł: 5 razy Dołączył: 24 Kwi 2013 Piwa: 329/223 Skąd: Lublin
|
Wysłany: 2015-01-22, 21:59
|
|
|
| MAREKH napisał/a: | | drugi raz stawać w tym miejscu |
Nic dwa razy się nie zdarza... |
|
|
|
 |
Tadeusz
Administrator CamperPapa

Twój sprzęt: Fiat Talento Hymercamp
Nazwa załogi: Kucyki
Pomógł: 16 razy Dołączył: 06 Lis 2007 Piwa: 1610/2356 Skąd: Otwock
|
Wysłany: 2015-01-22, 22:31
|
|
|
| zbyszekwoj napisał/a: | | Nic dwa razy się nie zdarza... |
Nic bardziej mylnego. |
_________________ W życiu najlepiej jest, gdy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest tylko dobrze - to niedobrze.
Ks. Jan Twardowski.
 |
| Ostatnio zmieniony przez Tadeusz 2015-01-23, 22:35, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Aulos
weteran

Twój sprzęt: Bürstner Solano na Ducato
Nazwa załogi: SOKOŁY
Pomógł: 2 razy Dołączył: 14 Lut 2007 Piwa: 62/37 Skąd: Kołobrzeg
|
Wysłany: 2015-01-23, 22:23
|
|
|
| Santa napisał/a: | Na mojej mapce w pobliżu tego miejsca, był zaznaczony jeszcze jeden punkt, do którego chciałam dotrzeć..., żeby potem..., kiedyś..., komuś... zadedykować
Ten Ktoś będzie wiedział, że to dla Niego..., jeśli tu zajrzy... Może się zainspiruje do spaceru - trasą raczej dla turystów niestandardową |
Zastanawiam się kogo mogłaś mieć na myśli...
| Santa napisał/a: | W pewnym momencie - jakieś przejeżdżające auto mijając kamperka, nagle zatrzymuje się, następnie wycofuje przed samą jego maskę.
Romek widząc to, odruchowo biegnie w kierunku kampera. Gdy był już blisko, samochód z piskiem opon rusza i odjeżdża. Romek robi mu fotkę..., to ten czarny, który właśnie wjeżdża na most... Może lubi oglądać kamperki ale bez właścicieli... |
Czy ten samochód nie był przypadkiem wyposażony w hak do holowania przyczepy? Swoją drogą, lubicie kusić los.
Gianicolo "turystycznie" jeszcze przed nami. Ja byłem tam sam (tzn. z grupą, ale bez mojej rodziny), niestety w okolicznościach nie sprzyjających zachwytom nad urodą odwiedzanych miejsc - było to w drodze z autokaru na pogrzeb Jana Pawła II. Parkowaliśmy w pobliżu Placu Św.Piotra. W przeddzień pogrzebu, dojście do placu zajęło nam 10-15 minut, jednak rankiem w dniu pogrzebu (czego nie przewidzieliśmy) pozamykali ulice okalające plac i musieliśmy obejść spory kawał miasta, przechodząc m.in. przez Gianicolo. Szliśmy ok. godziny i w końcu utknęliśmy na Moście Świętego Anioła - uroczystości widzieliśmy na telebimie, a komentarzy po polsku słuchaliśmy z Radia Watykańskiego. |
_________________ "Nosiciel nieuleczalnej kamperomanii"
 |
|
|
|
 |
Agostini
weteran

Twój sprzęt: Hymer ML-T 580
Pomógł: 4 razy Dołączył: 19 Sty 2011 Piwa: 245/114 Skąd: Łódź
|
Wysłany: 2015-01-23, 23:41
|
|
|
| Aulos napisał/a: | Zastanawiam się kogo mogłaś mieć na myśli... |
Oj Aulosik, Aulosik
Ale ja też, od razu tak sobie pomyślałem.
Pozdrowienia dla niedawnej solenizantki...
... i autorki relacji, oczywiście.
2md1e7t.jpg autor - Santa |
 |
| Plik ściągnięto 4637 raz(y) 61,42 KB |
|
_________________ Basia i Andrzej
 |
|
|
|
 |
Santa
weteran

Twój sprzęt: dreamliner
Nazwa załogi: ROMULUSI
Dołączyła: 05 Paź 2007 Piwa: 236/171 Skąd: Podkarpacie
|
Wysłany: 2015-01-26, 20:44
|
|
|
Zanim wkleję kolejny fragment naszego Rzymu, króciutko odniosę się do wypowiedzi pod poprzednim.
Oczywiście, moja dedykacja była dla Agnieszki. Wiem, jak kocha Rzym i chciałam Jej zrobić taką malutką przyjemność
A w Kościele "Quo vadis" - od razu skojarzył mi się Aulus (tylko zastanawiałam się dlaczego on jest Aulus, a Ty Krzysztofie - Aulos)
Nasz feralny parking, rzeczywiście do przyjemnych miejsc nie należy. Oprócz przygody z przyczepą, kiedyś omal nie spalił się tam nasz poprzedni kamperek.
Ale czas zaciera złe wspomnienia a w Rzymie później mieliśmy tyle wspaniałych przeżyć, że tamto już się nie liczy.
Po prostu staramy się być ostrożni
Dziękuję za wszystkie sympatyczne słowa i gesty i zapraszam na ciąg dalszy...
Bardzo starałam się, żeby było krótko, ale wyszło... jak zawsze
.....................................................................................................................................................
Na Casilinę pojechaliśmy dopiero następnego dnia. Noc spędziliśmy koło stacji metra EUR. Parking do ósmej rano niepłatny, miejsce dość ruchliwe, przy osiedlu mieszkaniowym.
Wydawało nam się bezpieczne i noc minęła spokojnie, choć pobudka była dość szybka, bo od szóstej rano zaczęło się robić gwarnie od natężenia tłumów spieszących do pracy w tym rzymskim kombinacie pełnym biurowców, banków i galerii handlowych.
Nawet mi to było na rękę, bo do Rzymu nie przyjeżdża się spać
Rano na parkingu zobaczyliśmy jeszcze dwa inne kampery, ale to oni poszli naszym śladem, bo gdy tu przyjechaliśmy, to jeszcze ich nie było.
Kawka, śniadanko, a potem jeszcze coś dopłaciliśmy, żeby się nie spieszyć i gdzieś tak w granicach dziewiątej, udaliśmy się w kierunku naszego docelowego rzymskiego parkingu, na Sosta Camper, Via Cassilina 700.
W pobliżu kamperparku zrobiliśmy jeszcze zakupy, bo wiadomo, że tutaj będzie się wracać po nocach i szkoda czasu na poszukiwanie podstawowych produktów spożywczych.
Czynności przygotowawcze zajęły jak zwykle więcej czasu, niż miały zająć...
Ale w końcu się zebraliśmy...
Z kamperparku wyszliśmy dość późno i na zwiedzanie zostało nam praktycznie tylko popołudnie.
A że szczęśliwi czasu nie mierzą, a tym bardziej nie zaglądają do kalendarza, więc oprócz tego, że poniedziałek, nie wiedzieliśmy co to za dzień. A jak się potem okazało, był to dzień szczególny...
Ale po kolei...
Tak jak zawsze autobusem do Termini, tam do metra, z którego wysiedliśmy na Placu Hiszpańskim. Nie żeby go jakoś specjalnie zwiedzać, bo to już mamy za sobą, ale żeby mieć dobry punkt startowy do realizacji planu dzisiejszego dnia.
Tegoroczny Rzym to przede wszystkim miało być poszukiwanie miejsc i zakamarków, do których z jakiegoś powodu wcześniej nie udało się dotrzeć i z tyłu głowy pozostało takie przekonanie, że czas najwyższy to zrobić.
I właśnie zaczynając od tego Placu Hiszpańskiego, chcieliśmy powoli pozaglądać tu i tam, kierując się z powrotem do Dworca Termini.
Nie oddalaliśmy się daleko, bo czasu było niewiele...
Tak więc parę fotek tak tylko pro forma...
Miejsca znane też można poznać jeszcze dokładniej...
Potem udaliśmy się wzdłuż Via Sistina, w okolice nieco oddalone od ścisłego centrum turystycznego.
Chcieliśmy zobaczyć jeden z ważniejszych rzymskich placów - Piazza Barberini, na którym znajduje się stworzona przez Berniniego - Fontanna Trytona, stwora morskiego, który był mitycznym synem Posejdona, boga mórz.
Ale fontanna Trytona tego lata niedostępna, "restauro", cała zasłonięta... i żaden wysiłek ani sokoli wzrok nie pozwala dostrzec chociaż rąbka tajemnicy...
Wobec tego idziemy do pobliskiego Pałacu Barberinich, rodziny "papieskiej" która patronowała Berniniemu, a on w zamian rozsławiał jej nazwisko i herb, co niebawem mamy nadzieję zobaczyć...
Samo ogrodzenie już zwiastuje, że mamy do czynienia z jakąś szczególną ucztą dla zmysłów...
Wchodzimy na pałacowy dziedziniec...
...by po paru krokach znaleźć się na pałacowym placu... i obejrzeć fasadę z pszczelim herbem Barberinich nad głównym wejściem...
...posiedzieć przed fontanną..., oczywiście Berniniego...
Wchodzimy do środka na monumentalne schody...., które wyprowadzają nas na przeciwległą stronę placu za pałacem...
Można było tam też wejść dołem... stąd naprzeciwko widać fontannę...
Ale tutaj można było po drodze podelektować się dostępną sztuką... Dla każdego coś dobrego... dla mnie artystyczna doskonałość męska, choć i tak najbardziej spodobały mi się boskie loczki...
Romek skorzystał znacznie więcej...
Wiadomo przecież, że prawdziwy znawca chłonie wszystkimi zmysłami, a podobno dotyk w męskim poznawaniu pełni rolę wiodącą Szczególnie, gdy wzrok zawodzi ...
Jeszcze debata, czy wejść czy nie wejść do galerii...
Ostatecznie uznajemy, że dziś za mało czasu i że nie jesteśmy wystarczająco przygotowani teoretycznie ...
Arrivederci..., jeszcze tu kiedyś wrócimy..., żeby obejrzeć te skarby ukryte w środku...
Stąd udajemy się do skrzyżowania ulic znanego jako Quattro Fontane, czyli Cztery Fontanny, znajdujące się w narożnikach czterech budynków, przy skrzyżowaniu ulic Via delle Quattro Fontane i Via del Kwirynale.
Większość przechodzących nie okazuje fontannom najmniejszego zainteresowania. Widać, że im spowszedniały... Ale my oglądamy ich sobie dokładnie i metodycznie, wspierając się teorią...
Bogini Juno, symbol siły...
Fontana reprezentująca rzekę Tybr...
Rzeka Aniene, będąca dopływem Tybru...
Bogini Diana, symbol czystości...
Przy tym samym skrzyżowaniu, obok, znajduje się kolejny "cukiereczek" architektury - Kościół San Carlo alle Quattro Fontane (Świętego Karola przy Czterech Fontannach), autorstwa Borrominiego.
Dziś niestety zamknięty i możemy sobie tylko popatrzeć na fasadę...
Do środka udało nam się wejść dopiero za rok... i trzeba przyznać, że jest to genialny przykład piękna wypływającego ze skromności... Polecam bardzo...
A stamtąd wzdłuż Via del Quirynale udajemy się do Kościoła Świętego Andrzeja... i tu znów najlepiej wyszły nam ... fasady kościoła...
Robiliśmy tam już kiedyś "podejścia" ale zwykle trafialiśmy po godzinach otwarcia.
Tego dnia - kościół był co prawda otwarty ale cały obstawiony rusztowaniami i obwieszony kotarami i tylko widoczny główny ołtarz ze Świętym Andrzejem - potwierdzał, że trafiliśmy we właściwe miejsce...
To ograniczenie zasmuciło mnie w sposób szczególny, bo wreszcie chciałam tu być i zobaczyć coś dla mnie wyjątkowego...
Kościół ten ma szczególne znaczenie dla nas - Polaków i kto o nim wie, to raczej go nie ominie podczas swojej wizyty w Rzymie. Co dzień, idąc na wykłady, wstępował tam też pewien student - Karol Wojtyła.
Wielu udaje się do tego kościoła, by poszukać w nim śladów pewnego polskiego szlachcica z Mazowsza, który realizując swoje młodzieńcze ideały dotarł do tego miejsca na piechotę z Wiednia, aby wstąpić do rzymskich jezuitów, bo wiedeńscy nie chcieli go przyjąć, żeby nie sprzeciwiać się woli jego rodziców.
Cel osiągnął ale szybko zakończył swoje krótkie życie, jednak na tyle bogate, że Rzymianie okrzyknęli go niezwykłym, a po paru dziesiątkach lat papiestwo wyeksponowało te jego walory, ogłaszając go świętym.
Prochy tego młodego świętego Polaka znajdują się w sarkofagu z lapis-lazuli, na lewo od ołtarza głównego, w kaplicy przyozdobionej pięknymi malowidłami na temat Świętego Stanisława Kostki.
Natomiast - na górze - w przylegającym budynku klasztornym (wejście od środka kościoła), znajduje się miejsce absolutnie niezwykłe, głęboko wzruszające... i nic więcej dzisiaj nie powiem, oprócz tego, że trzeba tam iść i to zobaczyć...
Byliśmy dopiero następnego roku, napiszę gdy przyjdzie na to czas... Ale niestety wtedy... te ważne dla nas skarby były niedostępne.
Mogłam sobie tylko wyobrazić, że gdzieś tutaj - po lewej stronie od głównego ołtarza w kaplicy wypełnionej malowidłami na temat życia świętego Stanisława Kostki, znajduje się sarkofag z lapis-lazuli mieszczący prochy świętego Polaka.
Ten kamień - lapis-lazula (znany jako "noc Kairu") tak mnie zainspirował, że zaraz zakupiłam sobie sznur korali u afrykańskich handlarzy, rozłożonych w okolicach Bazyliki Laterańskiej
I tak to się czasem kobiecie pomiesza - sacrum i profanum
Pora na odpoczynek, w pobliżu natrafiliśmy na park, z pomnikiem króla...
Romek odpoczął w cieniu...
...a ja polatałam przyjrzeć się szczegółom...
A tych to wszędzie pełno..., jak to dzieci...
Po odpoczynku - przy okazji rundka po Kwirynale...
A z Kwirynału koło pięknego obiektu, który mam w każdym folderze z Rzymu, ale dalej nie wiem co to jest, powoli kierujemy się w pobliże Dworca Termini...
W Rzymie, nawet jak nie wiadomo co to jest, to i tak jest ciekawe.., nie sposób wszystkiego się dowiedzieć...
Ale nie ma czasu wylewać łez, bo już za chwilę wyłania się coś znanego...tak jak tutaj... nie wiedziałam, że to tak blisko...
A tutaj jakiś ciekawy kościółek, brama otwarta, więc poleciałam zobaczyć, oczywiście zamknięty...
Jeszcze próbuje nas skusić...kierunek - Piazza Wenecja... ale się nie dajemy...
Wybieramy Piazza Republika, mapka mi pokazuje, że jest okazja podejść pod wielokrotnie mijany i oglądany z okien autobusu wielki biały obiekt...
Oto on... Palazzo delle Esposizioni.
Artyzmem kipi, ale ograniczyliśmy się do obejrzenia go z zewnątrz...
Poszliśmy dalej bo zbliżała się osiemnasta, a to jest często godzina zamykania obiektów... a tu w okolicy jest kościół, który już dawno chcieliśmy odszukać ale dotąd się nie złożyło...
To Kościół Świętej Zuzanny, który stoi podobno na miejscu domu rodzinnego Zuzanny, rzymianki, kobiety z charakterem, której imię kiedyś uznaliśmy za najpiękniejsze na świecie i nadaliśmy je naszej Zuzi, za co nam do dziś dziękuje, bo imię to przynosi jej w życiu wiele sympatii i życzliwości
Kościół się znalazł ale mogliśmy go obejrzeć jedynie z zewnątrz - bo jakże by inaczej... To był chyba "dzień zamkniętych drzwi"... w Rzymie...
Nie pamiętam już, co tam było napisane, ale akurat ta kartka dotknęłą mnie osobiście i podniosła mi ciśnienie. Nie było pod ręką nikogo, żeby udusić...
Na otarcie łez poszliśmy zobaczyć Świętą Teresę - w ekstazie, czyli do Kościoła Matki Bożej Zwycięstwa (Santa Maria della Vittoria)
Mimo, że w Rzymie jest setki przepięknych kościołów, to prawdą jest, że ten mimo niewielkich rozmiarów, przepychem i barokowym bogactwem bije inne na głowę...
Spójrzcie sami - na nawę główną...
... na tyły kościoła...
I na sufit...
Ale wszyscy którzy tu przychodzą, "modlą się" głównie do tego ponadczasowego, wspaniałego dzieła, rzeźby, którą sam Bernini uważał za najdoskonalsze swoje dzieło...
Prawdą jest, że do tego dzieła dusza sama się rwie, zawsze ilekroć jesteśmy w Rzymie...
Ci co podziwiają to dzieło - z bocznej loży, też chyba zgadzają się z Berninim...
I my oczywiście też się tu "wymodliliśmy" dopóki nas kulturalnie nie wyproszono... bo zamykali...
A potem jak już nas wyproszono, mogliśmy jeszcze wrócić do tego oto pięknego miejsca, które może nie jest tak popularne, żeby o nim w przewodnikach pisać, ale przecież nie sposób ominąć...
Potem pogrzebałam trochę w internecie i znalazłam... To Fontanna Mojżesza... Ciekawa historia... ale... czuję już powiew wiosny...
W końcu dotarliśmy do Piazza Republika...i term Dioklecjana, w których znajduje się Bazylika Santa Maria Degli Angeli e Maritiri (Matki Bożej od Aniołów i Męczenników) ale nawet nie sprawdzałam czy otwarta, bo już tam kiedyś byliśmy a na pięć minut, to szkoda zachodu...
Szczególnie, że moje stawy usilnie domagały się już odpoczynku...
Znalazłam wygodne miejsce z widokiem...
A Romek... poszedł "smakować" uroki fontanny, którą co niektórzy uważają za najpiękniejszą w Rzymie, ale ja niekoniecznie, bo ja jestem zwolenniczką czystego piękna, a to jakieś takie trochę obślizgłe
Ale jak teraz te fotki oglądam, to zaczynam rozumieć tych "niektórych" i już wiem, co Romek tam tak długo robił i muszę mu oddać sprawiedliwość - mój mąż to jednak prawdziwy znawca sztuki
Dzień się powoli kończył, zbliżała się siódma...
W sumie nie wiadomo co zrobić z resztą czasu, bo tu w okolicy najważniejsze rzeczy mamy już spenetrowane a oddalać się od dworca i przystanku naszego autobusu, to trochę nie ma sensu, ani siły...
Tu w pobliżu mamy tylko Bazylikę Santa Maria Maggiore, inaczej Matki Bożej Śnieżnej, ale ona pewnie tylko do siódmej.
No ale lepiej posiedzieć przed Bazyliką niż na Placu Republiki. Postanawiamy powoli iść w tamtym kierunku....
I gdy tak sobie pomału szliśmy, nagle ocknęła się moja uśpiona na wakacjach inteligencja i pośpiesznie pytam Romka, czy nie wie którego dzisiaj jest...
Romek zastanowił się... i mówi..., że chyba 5 sierpnia...
A niech to... jak mogłam tak przegapić... Szybko..., biegniemy..., przecież tu na Eskwilinie dzisiaj jest wielkie święto...
Wpadamy do kościoła, w chwili gdy właśnie skończyła się uroczysta msza i część ludzi zaczęła już wychodzić...
Ołtarz tonie w kwiatach...
A na posadzce leżą płatki białych kwiatów, które każdego roku, są sypane z sufitu na pamiątkę śniegu, który tam kiedyś spadł właśnie 5 sierpnia. I ówczesny papież potraktował ten śnieg jako znak, że w tym miejscu ma powstać świątynia...
Za chwilę jednak kościelna ochrona zaczęła nakłaniać obecnych do opuszczenia kościoła. Zamykali.
Zanim nas wyproszono, Romek zdążył jeszcze napstrykać z parę dziesiątek fotek..., ale już Wam daruję..., no może z wyjątkiem tej jednej..., która z resztą została zrobiona rok później i przedstawia ona papieską świtę wytyczającą w tym śniegu miejsce na przyszły kościół, w którym właśnie jesteśmy...
Długo nie mogłam go w tej bazylice zlokalizować ale uparta jestem... i oto jest...
Gdy Romek pstrykał, ja tylko stałam przy tym ołtarzu i tych płatkach, co udawały śnieg i plułam sobie w brodę, że przegapiłam taką niecodzienną uroczystość, siedząc bezmyślnie na pobliskim Placu Republiki. Podobnie jak ten Anioł Pański przesiedziany w kamperze... Co za niefart...
No ale cóż - oczekujemy wyrozumiałości od innych, bądźmy wyrozumiali dla siebie...
Wychodząc z bazyliki zobaczyliśmy, że na placu przed wejściem na coś się zanosi... Ekipy rozkładają sprzęty nagłaśniające i jakieś inne "kolubryny".
Od jakiegoś lokalnego "signore" z obsługi "zasięgnęłam języka" i dowiedziałam się, że o 21 ma się tu zacząć uroczysty koncert z okazji kolejnej rocznicy tego niezwykłego zdarzenia, gdy według legendy w nocy z dnia 4 na 5 sierpnia 352 roku, na tym wzgórzu spadł śnieg, który ówczesny papież odczytał jako znak, że w tym miejscu ma powstać świątynia.
Za nic w świecie nie opuściłabym takiej imprezy, choćbym tu miała spać na ziemi. A ponieważ jest jeszcze dużo czasu, więc zajmujemy miejsca siedzące i grzecznie czekamy...
W ramach przygotowań pojawia się prawdziwa primadonna i robi próbę głosu, wspaniałego głosu, zapomniałam jej nazwiska ale na pewno miała na imię Lucija
Zjeżdżają się i schodzą znamienici goście - panowie w wyjściowych ubrankach i damy w wieczornych toaletach, rzymskie elity...
Tłum gęstnieje... Oni jakoś wszyscy wiedzieli, a ja znów nie... A może też tylko tak trafili..., przypadkiem...
Impreza się opóźnia, bo jak zdradza stojący obok ochroniarz, organizatorzy czekają na gości z Watykanu. Jeszcze Franciszek gotów tu przyjechać, jego to akurat na to stać
Nie wiem kto przyjechał, owacje dla gości były głośne i zaczęło się z półgodzinnym poślizgiem.
Najpierw kilka krótkich i wzniosłych przemówień..., potem kilka popularnych klasyków wykonanych przez primadonnę...
https://www.youtube.com/w...eature=youtu.be
W międzyczasie z megafonów popłynęły słowa - po włosku - Jana Pawła II, wtedy jeszcze błogosławionego, których nie rozumiałam, ale byłam taka wzruszona, że w ostatniej chwili pomyślałam, że mogę to nagrać..., jakoś słabo wyszło...
https://www.youtube.com/w...eature=youtu.be
I jeszcze ku ogromnej radości i podnieceniu tłumu - sypnęło śniegiem...
Z tej kolubryny...
Ale gwóźdź programu, który mnie zupełnie rozbroił był dopiero na koniec...
Posłuchajcie sami... i spróbujcie to poczuć...
https://www.youtube.com/w...eature=youtu.be
Rzym, Wzgórze Eskwilin, 5 sierpnia, środek upalnego lata, w blasku lamp widać powoli opadające i delikatnie wirujące płatki śniegu... i zupełnie nieprawdopodobna w tych okolicznościach, przepełniająca tę rzymską noc... polska kolęda, po polsku ... "Z narodzenia Pana"..., kolęda mojego dzieciństwa...
I jak tu nie kochać Rzymu
A potem - razem z tym tłumem - poszliśmy na Dworzec Termini, gdzie czekała podstawiona "sto piątka", którą wróciliśmy do kamperka
Buonanotte |
|
|
|
 |
MAREKH
weteran

Twój sprzęt: LMC na DUKATO
Dołączył: 28 Wrz 2007 Piwa: 265/78 Skąd: Kielce
|
|
|
|
 |
grzegorzalex
weteran

Twój sprzęt: Fiat Ducato
Nazwa załogi: Grzegorz i Marzena
Pomógł: 3 razy Dołączył: 29 Gru 2013 Piwa: 38/19 Skąd: Opalenica
|
Wysłany: 2015-01-26, 21:23
|
|
|
| Lucynko jak byliśmy w Rzymie, to wszystkie informacje, które nam przekazałaś były bardzo pomocne. Tylko brak było autobusu linii 63, który miał nas zawieść z dworca Termini pod Watykan. |
_________________ Pozdrawiamy Marzena i Grzegorz
 |
|
|
|
 |
zbyszekwoj
Kombatant

Twój sprzęt: Rapido 707F
Pomógł: 5 razy Dołączył: 24 Kwi 2013 Piwa: 329/223 Skąd: Lublin
|
Wysłany: 2015-01-26, 22:07
|
|
|
My raz pojechaliśmy metrem do centrum, ale tylko dzięki uprzejmości pewnej sinioriny, która poznana w autobusie zaprowadziła nas na odpowiedni peron. Woleliśmy autobus ,bo coś było widac za oknem.
Czekamy na dalsze smakowanie
ps. Z tymi kobitkami to mam tak samo jak Romek |
|
|
|
 |
grzegorzalex
weteran

Twój sprzęt: Fiat Ducato
Nazwa załogi: Grzegorz i Marzena
Pomógł: 3 razy Dołączył: 29 Gru 2013 Piwa: 38/19 Skąd: Opalenica
|
Wysłany: 2015-01-26, 22:17
|
|
|
| zbyszekwoj napisał/a: | My raz pojechaliśmy metrem do centrum, ale tylko dzięki uprzejmości pewnej sinioriny, która poznana w autobusie zaprowadziła nas na odpowiedni peron. Woleliśmy autobus ,bo coś było widac za oknem.
Czekamy na dalsze smakowanie
ps. Z tymi kobitkami to mam tak samo jak Romek |
Zbyszek poruszanie się metrem po Rzymie jest bardzo proste ja wole metrem, bo szybko wszędzie idzie dojechać. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do ulubionych Wersja do druku
|
|