...na jednodniowej Capri, to ja chcę przede wszystkim zobaczyć i poczuć, no i popłynąć do Lazurowej Groty...
Cytat:
...Romek, który żadnej okazji do popływania nie odpuszcza...
Wiele plaż i miejsc, ogólnie dostępnych do popływania na Capri nie ma, więc pewne typy mam.
Nie wiem, czy wiecie, ale późniejszym popołudniem, kiedy „zwija” się łódkowe przedsiębiorstwo przewoźnicze,
można z brzegu, zejść po schodkach, wskoczyć do wody i wpłynąć do Lazurowej Groty wpław.
Oczywiście, wewnątrz nie będzie takiego efektu jak w południowych godzinach, gdyż promienie słoneczne, padające przez otwór groty, nie będą sięgać dna pod odpowiednim kątem.
Ale to oferta raczej dla Romka, bo myślę, że on to raczej jest pies na wodę.
Ależ mnie zżera ciekawość.
Powiedziałaś jutro?
OK.
Coś tam wiedzieliśmy, ale reszty dowiedzieliśmy się na miejscu
Aulos napisał/a:
Agostini napisał/a:
Powiedziałaś jutro?
To już
Tak powiedziałam
To "jutro" było bardzo długie i bogate w przeżycia. I tutaj - "na łamach" też się trochę pociągnie
Nie chciałabym niczego spłycać, ani pomijać, liczę więc na cierpliwość, bo jako "kobieta (dużo) pracująca" potrzebuję trochę czasu, żeby zmaterializować to, co siedzi w mojej głowie - a może - korzystając z okazji "przeżyć to jeszcze raz"
Następnego dnia - skoro świt - o szóstej (co jak na mnie jest rekordem) radośnie wyskakuję z alkowy, zaparzam kawusię i przygotowuję śniadanie dla Romka Sama nie jadam... o takiej dziwnej porze
Bez zbytniego ociągania, maszerujemy do pobliskiej przystani i kierujemy się tam, gdzie już czeka grupka osób - szprechających zupełnie niestosownie do okoliczności. Po kilkunastu minutach odpływamy - pod włoską banderą ale w otoczeniu samych Niemców. Trochę mi to towarzystwo "zgrzytało" w klimacie Italii i moich wyobrażeń o Capri, ale potrafię się wyłączyć i wpasować w otoczenie.
Bilety zakupiliśmy przy wejściu na pokład. Za kurs zapłaciliśmy oboje coś około 40 euro - ale to tak na okrągło, bo nie pamiętam, a szkoda mi czasu na szukanie kwitu, który gdzieś tam powinnam mieć i gdyby ktoś potrzebował wiedzieć szczegółowo, to oczywiście znajdę...
Obsługujący nas gość, proponował nam od razu bilet w dwie strony, ale nie skorzystaliśmy, bo przewidując powrót raczej późny, chcieliśmy jeszcze rozejrzeć się po wieczornym Sorrento. Po co wracać na nasz mierny kemping, skoro takie cuda wokół nas...
Tego rejsu trochę się obawiałam, bo kiedyś mi takie atrakcje szkodziły. Ale miałam nadzieję, że może już z tego wyrosłam Dawno nie pływałam, to nie wiem. Ale gdy się okazuje, że ta łajba jest odkryta i płyniemy na rufie, to zupełnie zapominam o swoich obawach, a nawet cieszę się taką nową - wakacyjną atrakcją
Gdyby nie wzmagający się upał, to mogłabym tak płynąć do Ameryki, ale po około półgodzince - zaczyna wyłaniać się nasza oczekiwana Capri.
Za chwilę skonfrontuję jak moje wyobrażenie ma się do rzeczywistości... Czy Capri mnie olśni, czy okaże się przereklamowana - jak dla wielu, którzy byli tu przede mną i na forach odradzali, żeby tu płynąć.
Zawijamy do Portu Marina Grande. Zorganizowaną grupę Niemców puszczamy przodem...
Na początek dokonujemy ogólnego rzutu okiem - co, gdzie i jak... W tym momencie najważniejsze, żeby wiedzieć - jak się po wyspie poruszać i skąd wracać.
Wita nas mapka Capri - przeanalizowałam ją przed wyjazdem na wakacje, teraz robię małą powtórkę... Mowy nie ma, żeby w tak krótkim czasie to wszystko zobaczyć...
Spojrzeliśmy jeszcze na rejsy do Sorrento. Wielki portowy "rozkład jazdy" informuje, że możliwości powrotu jest wiele. Tak więc - dzień na Capri a później nocne Sorrento Czyż to nie piękny plan
Moje wyobrażenie, jak zwykle miało się spełnić, tylko niezupełnie tak jak chciałam - ale teraz jeszcze o tym nie wiem...
Opuszczamy port - i zaczynamy się rozglądać skąd by tu zacząć...
Szybko orientujemy się, że z portu Marina Grande można wydostać się busikiem, który dowiezie nas do centrum Capri - za jakieś symboliczne eurogrosze.
Można też skorzystać z kolejki linowej "Funicolare", ale my wybieramy opcję ambitniejszą - schodami w górę, wśród zakamarów, które stanowią o uroku tej wyspy, podglądając codzienność mieszkańców Capri, ich życie pośród ukwieconych uliczek, zaułków i domów.
W głowie mam zakodowane, że Homer nazwał Capri "wyspą kwiatów", chcę się nimi nasycić do pełna - bo kwiaty, moim skromnym zdaniem, to najdoskonalsze dzieło Stwórcy (poza kobietą... oczywiście)
Przy wyjściu z portu, po prawej - jak ktoś bardzo potrzebuje, to może się ochłodzić... pierwsza ogólnodostępna plaża
Ale my odnajdujemy drogowskazy kierujące nas do centrum miasta i zaczynamy się wspinać... cały czas wąskimi schodkami pod górkę
Po drodze mijamy eleganckie posiadłości - odgrodzone od gapiów - murami i zaryglowanymi bramami. Ale czasem udało nam się zapuścić oko i obiektyw - w te cudne kompozycje ogrodowo-tarasowe, potwierdzające trafność określenia Homera.
Wśród kamiennych murów temperatura otoczenia chyba się podwoiła i z moich - z konieczności włożonych pokładowych portek - szybko przebiera mnie w zwiewną sukieneczkę, która jest "a jakoby jej nie było" i dzięki której mogłam przetrwać ten "raj na ziemi" - temperaturą zbliżony raczej do wyobrażonego przedsionka piekła
tu dać zdjęcia kwiatów
Muszę przyznać, że plącząc się wśród tych murów, zupełnie zatraciliśmy tam poczucie czasu. Tutaj widzę, że zanim doszliśmy do centrum, to trochę nam zeszło...
Ten zegar na wieży ratusza uświadamia nam, że jesteśmy na Piazza Umberto I, głównym placu Capri, znanym z białego tarasu kolumnowego.
Od razu je rozpoznaję... Te białe kolumny spowite pnączami kojarzy chyba cały świat - dla mnie to w każdym bądź razie jeden z symboli tego miejsca - żadne foldery z Capri nie obejdą się bez nich.
Tu każdy się zatrzymuje i jest to chyba jedno z najczęściej fotografowanych i najlepiej rozpoznawalnych miejsc na świecie. Chyba go sobie wrzucę na Facebooka
Jakaś gwiazda ze świtą biegających za nią fotografów - akurat ma tu sesję. Jeden ustawia ekran, a pięciu ją fotografuje - żeby przypadkiem nie uronić żadnego jej grymasu
Miałam nadzieję, że ją Romek dyskretnie uwieczni, ale nie wiedzieć czemu - nie zrobił tego Za to mnóstwo zdjęć napstrykał tej w czerwonej sukience
Ja też próbuję Romka "ustawić" i zdjąć w tym kultowym miejscu, ale za bardzo nie chce - w skali od 1 do 5 - zero z próżności
Wstępujemy do znajdującego się w pobliżu kościoła Świętego Stefana
Właściwie nie spotkałam podczas tej podróży kościoła, w którym nie byłoby portretu Jana Pawła II, tutaj też jest - na honorowym miejscu.
Po sesji fotograficznej i małym odpoczynku, kierujemy się do Villi Jovis. Z centrum Capri jest to dość długa, kręta i męcząca droga. Nagrodą i motywacją do wysiłku jest fantastyczne otoczenie i niepowtarzalnie piękna przyroda, wyłaniająca się zza kolejnych zakrętów....
Chciałoby się tylko focić, focić.... a najlepiej zostać tu na zawsze...
Tych zdjęć nie da się tu wszystkich wkleić - choć mam duży problem, które odrzucić, bo dla mnie każde jest ważne...
A w ogóle to tak sobie myślę, że opowiadając o Capri - należałoby taktownie zamilknąć i pozwolić czytelnikom spokojnie obejrzeć fotki. Zamilknięcie w moim przypadku - wymaga pewnego wysiłku, ale na chwilę - postaram się
Ten fikus to lokalny pomnik przyrody - tabliczka informuje, że jest z 1935 roku. Nic dziwnego - na Capri - w środku zimy temperatura podobno nie spada poniżej 15 stopni
Po drodze natknęliśmy się na jeden z kościołów Capri - pod wezwaniem Michała Archanioła - uroczy architektonicznie
Komunikacja na Capri - korzystają z niej starsze osoby, przewożone są towary
Mieszkańcy Capri - przy wejściach na swoje posesje umieszczają motta, lub dekoracje zgodne z ich zainteresowaniami. Lubię rozszyfrowywać ich znaczenie... w długie, zimowe wieczory
Na tej drodze prowadzącej do Villi Jovis - prawie cały czas jesteśmy sami. Rzadko się zdarza, że ktoś nas wyprzedza, lub mija schodząc z góry. Taka samotność na szlaku, dla jednych jest atrakcyjna, ale dla mnie niekoniecznie. Ja lubię przebywać wśród ludzi i istot żywych. Gdy jest zbyt pusto, robi się monotonnie. Na pustych bieszczadzkich szlakach, gdzie czasem trudno o człowieka, miło jest spotkać chociaż... jakiegoś "jelenia" Tutaj były kozy... Ucieszyły się nami nie mniej, niż my nimi. Chętnie pozowały do zdjęć .. A może miały ochotę chrumsnąć aparat Romka
Trochę żal się z nimi rozstać, więc zostajemy tu na chwilę. Romek - niespokojny duch, wyskakuje na tę skarpę i na jakiś czas znika - musi przecież zobaczyć dokąd tu sięga horyzont
Wykorzystuję ten czas, żeby zadzwonić do mamy, bo chcę się z nią podzielić atmosferą Capri, wypełnioną hałasem szalejących tu cykad... Mama stwierdza, że słyszy je tak, jakby te cykady miała w swoim domu. Co za cudowny wynalazek - te komórki - w każdej chwili można się podzielić z bliskimi, tym co się akurat przeżywa
Powoli dochodzimy na miejsce...
Przed nami zarysowuje się obiekt, do którego zmierzaliśmy...
Villa Jovis to właściwie ruina po czymś, co ma koszmarną historię. Nie będę jej opowiadać, bo jest dołująca i szkoda psuć klimatu.
Wstęp na teren ruin - symboliczny - 2 euro. Obsługa, jak zwykle w Italii - czarująca Pan w biglieterii - choć wiekowy, to wyprostowany jak strzała, z pewnością siebie godną samego Marka Aureliusza, w granatowym garniturze, nienagannie białej koszuli (z mankietami i spinkami) i oczywiście z tym niekłamanym sympatycznym uśmiechem, który tutaj można spotkać o wiele częściej niż w naszej części Europy.
Jak oni to robią, że wszyscy tacy sympatyczni U nas gatunek "sympatycznych" - na wymarciu
Po wstępnej wymianie uśmiechów, pan kieruje do nas pytanie w jakim języku chcemy rozmawiać - french, tedesco, russo, inglese...
Nie..., no masz... nie dość, że taki przystojny, to jeszcze i bystry - na dodatek... A może się po prostu nudzi
No skoro tak, to się trochę wysil , a nie tak sztampowo, jak masz "nagrane"
Ja nie po to od paru lat śpię z włoskim "Samouczkiem" , żeby mi teraz Włoch po angielsku kaleczył czy już po rusku nie daj Boże
Więc grzecznie panu odpowiadam - "parle polacco"
Italiano na chwilkę nieznacznie zbity z tropu, szybko odzyskuje pewność siebie i odpowiada mi po angielsku, że po polsku to on nie umie
A no widzisz ... to się naucz..., skoroś taki zdolny ...tak sobie w duchu myślę, ale do mojego Italiano uśmiecham się wdzięcznie i komunikuję mu - wobec tego "parle italiano"
Uśmiech Italiano rozjeżdża się jeszcze bardziej i zachwycony pyta mnie, czy mówię po włosku...
No mówić, to raczej "piccolo", ale rozumieć trochę rozumiem, a przede wszystkim, to bardzo lubię słuchać jak Italiano do mnie mówią
W moich "Bystrzakach" znalazłam taką sugestię, żeby gadając w Włochem używać często sformułowania "non capisco" czyli "nie rozumiem" a wtedy Włoch stanie na głowie, żeby ci wszystko wytłumaczyć...
No to niech teraz staje... zobaczymy, czy to prawda
Italiano na głowie nie stanął, wiec w "Bystrzakach" przesadzili, ale trzeba mu przyznać, że się bardzo starał
Udzielił nam instrukcji - jak się po tych ruinach poruszać i na co zwrócić uwagę i nie wiedzieć po co - wyszedł za nami z tej swojej kanciapy a potem jeszcze długo odprowadzał nas wzrokiem.... cdn...
Cieszę się, że widzę tu tylu Gości - sympatycznych, dowcipnych, życzliwych, miłośników Capri i ... kwiatów...
Odwołuję, że "gatunek sympatycznych na wymarciu" - po prostu wszyscy poukrywali się na pewnym forum
Kusi mnie, żeby odpowiedzieć każdemu, ale się powstrzymam (choć z trudem) bo jestem pewna, że lepiej zrobię, jeśli wkleję kolejny odcinek naszej Capri.
Dziś... szczypta goryczy...
Tylko słówko do WHITEandREDa: już wiem dlaczego tak lubię czytać Twoje wpisy - bo zawsze rzucają na sprawę jakieś nowe światło
Choć zwykle dobrze się czuję w klimatach przeszłości, to Villa Jovis sama w sobie nie była dla mnie jakąś niezwykłą atrakcją. Może dlatego, że starałam się mentalnie odciąć od jej koszmarnej przeszłości.
Stojący na szczycie ruin Villi Jovis - kościół di Santa Maria del Soccorso był zamknięty. Można było coś niecoś podejrzeć przez dziurkę od klucza, ale niewiele...
Na dziedzińcu kościoła znajdował się charakterystyczny dla tego miejsca wizerunek Madonny...
Ale trud wspinania się na szczyt Villi Jovis, oprócz pięknej drogi, został nagrodzony wspaniałym widokiem na Półwysep Sorrento i Zatokę Neapolitańską.
Wykorzystując ławeczkę w cieniu kościoła, mogliśmy odpocząć i podziwiać horyzont
Z oddali wyłaniał się nieco przymglony Wezuwiusz
Nie miałam jeszcze ochoty opuszczać tego miejsca, ale Romek miał inny pomysł - wykraczający poza informacje z mojego przewodnika
Przy wyjściu z terenu ruin znów natknęliśmy się na naszego Italiano z biglieterii. Żegnał nas promiennym uśmiechem i z daleka kłaniał się na pożegnanie. Zapewne nie przyszło mu do głowy, że my tu za chwilę sforsujemy zakaz wstępu na jego teren i wdrapiemy się na pobliski punkt widokowy
Romek wypatrzył to miejsce, gdy szliśmy w pierwszą stronę i spotkaliśmy kozy Mój mąż już tak ma, że lubi zaglądać tu i ówdzie - a najchętniej tam, gdzie nie wolno
Nie przypuszczałam, że takie miejsce można znaleźć na Capri..., spokojne, zaciszne i bez przesady można powiedzieć - magiczne...
Nad morskim urwiskiem, w cieniu zagajnika, prowadziła wąska ścieżka, ale wyglądała na rzadko uczęszczaną - być może tylko dla wtajemniczonych. Czekała tam na nas ławeczka - i widok tak niezwykły, że brak słów... Fotki tego nie oddadzą, ale przynajmniej dadzą jakieś wyobrażenie...
Wcale nie chciało nam się stamtąd ruszać. Mogłabym już odpuścić pozostałe atrakcje i spędzić tu resztę tego dnia.
Mogłabym..., gdyby nie jeszcze jedna pokusa. Tej niestety oprzeć się nie byłam w stanie Za długo siedzi w mojej głowie - a może w duszy, a może w sercu...
Gdy uświadamiamy sobie, ile czasu nam tu uciekło, postanawiamy bez ociągania udać się na drugą stronę wyspy - do miasta Anacapri a stamtąd do mojej wyśnionej Lazurowej Groty
Co prawda - grot to ja specjalnie nie lubię. A właściwie - to nie wiem czy lubię, bo na samą myśl o tym, żeby włazić pod ziemię, robi mi się niemiło, więc nie włażę...
Awersja ta rozciąga się nawet na niechęć do chodzenia do domowej piwnicy - co ma swoje dobre strony dla mnie, oczywiście
Ale ta grota jest wyjątkowa... Nie pamiętam kiedy, na pewno dawno temu, stąd dowiedziałam się, że na świecie jest takie niezwykłe miejsce. Ale wtedy nie miałam nadziei, że kiedyś tu przyjadę...
No jakże ja bym mogła nie chcieć tego zobaczyć...
Ale też i ta Lazurowa Grota wzbudzała we mnie pewien niepokój - szczególnie, że obejrzałam sobie w necie parę filmików i poczytałam kilka opisów - o tym na przykład, że wejście ciasne, a głowę trzeba schylić, żeby nie urwało... itd, itp...
No ale w końcu popłynę tam łódką i z mężem, więc jakoś przetrwam to doświadczenie. Ostatecznie nie jestem jakiś tam ostatni chuderlak..., jak trzeba, to się sprężam i daję radę...
Uświadomiwszy sobie, że jeśli chcemy tam dotrzeć, to najwyższa pora już się tam udać - tą samą drogą - szybko schodzimy do centrum Capri. Tam wsiadamy do autobusu, który wiezie nas do Anacapri.
Jak dobrze, że nie musimy jechać tędy kamperkiem, droga wąska a ruch wcale nie mały Ten kierowca nie potrzebuje pilota, więc możemy przez szyby busika obserwować okolicę.
Jak na dłoni - widać Marina Grande
...i topografię wyspy...
Mijanie odbywa się na grubość lakieru...
Przejażdżka tą drogą, to doświadczenie takich jak na poniższej fotce i podobnych "okoliczności przyrody"
Wysiadamy na końcowym przystanku, z którego również mają odjeżdżać busiki do Lazurowej Groty. Kierujemy się do odpowiedniego stanowiska, ale z rozkładu jazdy wynika, że o tej porze połączenia są rzadkie. Zanim będzie następny kurs, zdążymy dojść tam na piechotę. Czytałam gdzieś, że to nie daleko, a że jeszcze mam nadzieję nacieszyć oczy okolicą, więc żaden problem
Uroczą oliwkową alejką - udajemy się w kierunku Grota Azurra
Po drodze zaglądam do przydrożnych ogrodów, poszukuję kwiatów, ale tu jest trochę inaczej - kwiaty są ale jest ich zdecydowanie mniej
Pokazują się też inne klimaty...
Takie skromne rezydencje...
To że poszliśmy piechotą, to był błąd i strata czasu, bo choć ciągle z górki, to wcale było tak blisko, jakby się wydawało, a poza tym otoczenie, zabudowa i zieleń - też nie taka wspaniała, jak w miasteczku Capri. Droga zajęła nam pewnie z pół godzinki - i w końcu dochodzimy do przystanku końcowego busików. Po drodze żaden nas nie mijał.
Z przystanku - po znakach - kierujemy się do miejsca oznakowanego jako Grota Azurra. Dochodzimy do miejsca, które kojarzę ze zdjęć i filmików z youtube. Kawałek zbocza góry jest zagospodarowany tak, żeby turysta mógł po drabince zejść do wody, a stamtąd przesiąść się do łódki, którą wpłynie do groty. W pobliżu jakieś stragany z pamiątkami, woda mineralna po 3 euro za litr itp...
Ale po dotarciu na miejsce, od razu tknęło mnie, że coś tu jest nie tak, jak miało być. Nawet miałam podejrzenie, że to może jakaś inna grota, bo jest ich w tych okolicach więcej. Na wodzie przed grotą miały tłoczyć się łódki, miał być tłum chętnych, żeby do niej wpłynąć...
Tymczasem łódki nie ma ani jednej. Tylko kilka małych pływających skorupek buja się w pobliżu, a ich załogi z daleka spoglądają w kierunku groty. Niektórzy zażywają morskiej kąpieli.
Ale tablica informacyjna rozwiewa nasze wątpliwości
Przed wejściem do groty radośnie pluska się jakaś grupa rozbawionej młodzieży - pod okiem chyba trenera lub nauczyciela.
Gdy uświadamiamy sobie, że "nici" z naszego wpływania łódką, Romkowi równocześnie podnosi się ciśnienie i obniża nastrój...
- Jak to możliwe..., gdzie te łódki..., przecież miały tu być...
O tym co zaczyna się dziać ze mną, to lepiej przemilczeć. Pokonać dwa i pół tysiąca kilometrów, przejechać kamperem Costierę, popłynąć na Capri..., nie..., tego się tak łatwo przełknąć nie da...
Żeby choć móc popływać w okolicy groty, zaglądnąć z daleka, a może zajrzeć do środka...
Ale przypomina mi się nasze wczorajsze pakowanie i decyzja, że kostium kąpielowy mi się nie przyda.
Wylewam głośno swój żal za niezabranym kostiumem, a Romek na to, że on kąpielówki zabrał.
Całe szczęście. Przynajmniej on skorzysta...
W międzyczasie zaczyna mi się przypominać, że do groty można też dostać się wpław, tylko jak to organizacyjnie wygląda..., jakieś wstępy mają pobierać..., a tu niczego takiego nie widzę.
Starając się nie dopuścić do spiętrzenia żalów nad swoim opłakanym stanem, proponuję Romkowi, żeby zostawił mi wszystkie klamoty i popłynął rozeznać, jak to tam naprawdę jest.
Ja tymczasem siadam na ławce, za plecami jakiegoś ekscentrycznego wędkarza, który nie wiedzieć czemu akurat tutaj rozłożył swoje klamoty i toruje przejście potencjalnym amatorom odwiedzin w grocie.
Romkowi nie trzeba powtarzać dwa razy
Mija z 15 minut - Romka nie ma... Ale za chwilę wyłania się z wody i rozpromieniony biegnie, żeby mi oznajmić, że był już w grocie...., że jest tam prawie pusto, jakieś pojedyncze osoby i paru nurków.... i że jest cudownie, fantastycznie, wspaniale i w ogóle... zdziwienie mnie ogarnia, skąd mój mąż zna tyle takich kwiecistych słów i na dodatek wypowiada je wszystkie w ciągu jednej minuty
Całe szczęście..., czuję, jak spływa ze mnie napięcie..., dobrze, że chociaż on... Cieszę się razem z nim, ale on chyba tego nie widzi, ani nie słyszy, bo w takim uniesieniu werbalizuje swoje zachwyty nad lazurem, którego dotknął, że tego opisać się nie da.
Proponuję mu, żeby nie tracił czasu, tylko szybko tam wracał i korzystał z tej niepowtarzalnej "chwili". Zachęcać go nie trzeba, w locie nakazuje mi tylko pilnowanie tego całego balastu, którym jesteśmy obarczeni i już go nie ma...
Ja... zostaję... Z jednej strony cieszę się, że choć on ..., a z drugiej ... szkoda gadać....
Siedzę jak to brzydkie kaczątko, obarczona jakimiś aparatami, dokumentami, kartami, eurami, kluczami..., jak niewolnik własnych rzeczy, jak... nie powiem głośno co... ale położenie moje aktualne jest nie do pozazdroszczenia... Nic, tylko siąść i płakać...
Na dodatek nie mam tego kostiumu... Oj, Lusi... czy ty choć raz nie mogłabyś pojechać i wrócić jak normalni ludzie
Przez jakąś chwilę daję się tak targać tym skrajnie wrednym uczuciom, ale jako że ich wyjątkowo nie lubię, więc zaczynam kombinować, jakby tu sobie z nimi poradzić. Coś mi zaczyna świtać..., ale czy dam radę...
Oczywiście, że dam - a przynajmniej muszę spróbować...
Siedzę tak jeszcze jakiś czas, czekam na powrót Romka, który wcale do powrotu się nie kwapi i wcale mu się nie dziwię..., ale mam już swój plan wyjścia z mojej beznadziejnej sytuacji... cdn...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum